Witkacy wciąż potrafi fascynować

"Witkacy..." - reż: M. Kuźmiński - Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie

Im bardziej wgryzałem się w powieść, w życie i twórczość Witkacego, docierało do mnie, że musiał on być prawdziwym prorokiem. Pełen zdziwienia odkrywałem bowiem jego silne związki ze współczesnością - mówi Marcin Kuźmiński, reżyser spektaklu "Witkacy - jedyne wyjście" w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie.

Wyreżyserował Pan sztukę na podstawie ostatniej powieści Witkacego pt. "Jedyne wyjście". Czy nie miał Pan poczucia, że wystawianie dziś Witkacego jest już trochę passe?

Nie będę ukrywał, że taka myśl mi towarzyszyła, dlatego nigdy nie wystawiłbym na przykład jego dramatów. Ale powieść jak najbardziej. Myślę, że wyłania się z niej niezwykle fascynujący portret Witkacego i jego rozpadającego się życia. Dekompozycji ulega dosłownie wszystko, co twórca budował przez wiele lat, m.in. związki z kobietami czy system filozoficzny, który tak misternie tworzył. Witkacy jawi się w powieści jako artysta, który pragnie ogarnąć cały świat, a w związku z tym, że nie jest w stanie tego uczynić, jego życie rozpada się na drobne kawałki. Zobaczymy więc człowieka prawdziwie niespełnionego, niespełnionego jako artysta, kochanek, mąż czy filozof. Na dodatek poobrażał on wszystkich swoich przyjaciół, pokłócił się z wszystkimi krytykami i skrzywdził z premedytacją kochające go kobiety.

Dowiedział się Pan czegoś nowego o Witkacym w trakcie pracy nad spektaklem?

Im bardziej wgryzałem się w powieść, w życie i twórczość Witkacego, docierało do mnie, że musiał on być prawdziwym prorokiem. Pełen zdziwienia odkrywałem bowiem jego silne związki ze współczesnością. W sztuce padają na przykład słowa, że żyjemy w najparszywszych, przedkatastrofalnych czasach. To było przed drugą wojną światową. Witkacy na pewno coś przeczuwał. Dziś jesteśmy w tym samym momencie, w którym był kiedyś Witkacy. Stoimy na przykład przed groźbą wielkiego kryzysu ekonomicznego. Obawy i obsesje Witkacego mają więc niezwykle uniwersalny charakter.

Jest Pan nie tylko reżyserem spektaklu, ale wciela się Pan również w jedną z głównych ról. Rozdwoił się Pan jako twórca, prawie jak Witkacy.

No tak (śmiech). Można powiedzieć, że w moim przypadku nastąpiło rozdwojenie jaźni. Jaki będzie tego efekt, przekonają się widzowie już podczas najbliższych spektakli. Powiem tylko, że grany przeze mnie Izydor próbuje nazwać i sklasyfikować otaczający go świat, co pozwolą mu twardo stąpać po ziemi. Kontrastującą z nim postawę prezentuje natomiast Marceli, którego gra Grzegorz Mielczarek. To artysta, który założył, że musi się zniszczyć, bo tylko w zniszczeniu, jak twierdzi, twórca dokonuje naprawdę wielkiego dzieła. Obydwaj mężczyźni żywią do siebie zarówno nienawiść, jak i miłość. To dwa przeciwległe bieguny. Jak można się domyślić, ich postawy składają się na ogromnie skomplikowane i dlatego tak fascynujące alter ego Witkacego.

Czy z relacji dwóch tak skrajnie różnych mężczyzn może w ogóle wyniknąć coś dobrego?

Oczywiście, że nie. Dlatego tragiczne zakończenie powieści można potraktować jako smutny finał życia artysty.

Czy któryś z bohaterów zażyje śmiertelną dawkę środków nasennych, nawiązując do samobójczej śmierci Witkacego?

Nic takiego się nie wydarzy. Zdradzę tylko, że pojawi się nóż...

Urszula Wolak
Polska Gazeta Krakowska
10 listopada 2011

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia