Władza, forsa i salceson

"Dyzma musical" - reż. Laco Adamik - Teatr Rozrywki w Chorzowie

Kiedy Dołęga-Mostowicz pisał swoją "Karierę Nikodema Dyzmy", zapewne w najbardziej fantastycznych snach nie przypuszczał, że oto tworzy jedną z najważniejszych powieści dwudziestolecia międzywojennego

Utwór, który w pierwotnym zamyśle miał stać się zjadliwą satyrą na obóz sanacji, bez aspiracji generalizujących czy uniwersalistycznych, znienacka urósł do rangi wielkiej paraboli, ujawniając największe bolączki polskiego społeczeństwa wszystkich dekad. Popularność „Kariery Nikodema Dyzmy” jest tym bardziej zastanawiająca, że krytyka tamtego okresu jednogłośnie odrzuciła powieść, zarzucając Dołędze-Mostowiczowi grafomanię oraz schlebianie gustom niewymagającej publiczności. Któż mógł przypuszczać, że „Balzak dla mas”, jak go nazwano, będzie triumfował jeszcze sto lat później?

Wbrew tym opiniom tytułowy bohater stał się jedną z najbardziej symbolicznych postaci w polskiej literaturze. Powieść doczekała się wielu adaptacji filmowych oraz teatralnych. Teatr Rozrywki w Chorzowie wystawia musical „Dyzma” od ponad ośmiu lat, a mimo to wciąż przyciąga niezliczone rzesze widzów. O powodzeniu i nieprzemijającej świeżości spektaklu decyduje nie tylko wciąż aktualna treść, ale również świetne kreacje aktorskie, które zachwycają przede wszystkim siłą wyrazu. Jednocześnie jeszcze raz potwierdza się nieśmiertelna zasada, że teatr bawi, uczy, wychowuje – bez względu na epokę.

„Dyzma” nie jest prostą adaptacją chwytliwej powieści. Choć oś konstrukcyjna zasadniczo pozostaje w harmonii z treścią utworu, reżyser misternie nadbudował wokół niej wiele sensów, które widz odkrywa dopiero po zakończeniu spektaklu. Co więcej, wnioski, jakie się wyciąga, nie zachwycają; przeciwnie – człowiek wychodzi z teatru zmieszany, trochę zawstydzony tym, co zobaczył. Laco Adamik podstawił publiczności krzywe zwierciadło, które bezlitośnie obnaża wszystkie przywary i słabości tkwiące immanentnie w polskiej mentalności. Bolączki, które najchętniej zamiata się pod dywan, kiedy nikt nie patrzy. W tle rozlega się diabelski chichot.
Oto Warszawa lat dwudziestych i trzydziestych. Spektakl otwiera scena żywcem przeniesiona ze stołecznych ulic – panuje jeden wielki harmider, tu brzęknie dzwonek roweru, tam wykrzyknie uliczny handlarz. Ludzie tłoczą się, żywo dyskutując. Bawią ich kuglarze. Warszawa tętni życiem, pulsuje ruchem i jakąś wewnętrzną siłą. Jawi się w kategorii ziemi obiecanej, do której ściągają tłumy nieznanych ludzi, powodowanych nadzieją na odmianę własnego fatalnego losu. Takim człowiekiem bez wątpienia jest Nikodem Dyzma (Jacenty Jędrusik) – typ spod ciemnej gwiazdy, przybyły do stolicy z prowincjonalnego Łyskowa. Zbieg okoliczności sprawia, że ten łajdak, hochsztapler i oszust, którego kondycja moralna oraz intelektualna pozostawia wiele do życzenia,  dostaje się między warszawskie elity. Znienacka otwierają się przed nim zupełnie fantastyczne perspektywy: ministrowie zabiegają o jego względy, oferują mu najbardziej intratne stanowiska, mamią tytułami i zaszczytami... I właściwie Dyzma nie potrzebuje robić nic, nie musi się starać ani zmieniać (no, może poza działalnością mającą na celu tuszowanie nikczemnego oszustwa, żeby się sprawa „nie rypła”).

Widz doświadcza swoistej schizofrenii. Z jednej strony ma świadomość, że Dyzma   całą energię koncentruje na zapewnianiu sobie maksymalnie wygodnych warunków egzystencji. Z drugiej – nachalnie narzuca mu się obraz męża stanu, wizjonera oraz nietuzinkowej osobowości. Obraz, który wykreowało warszawskie środowisko spragnione charyzmatycznego przywódcy. W tym morzu chaosu, niepewności politycznej Dyzma jawi się jako wybawiciel zesłany przez litościwą opatrzność. I nawet jego rzucające się w oczy wady zostają przekute na zalety, ponieważ opatrzność nie może się mylić. Świetnie wyeksponowano rolę pisma oraz listów, tego farmakonu z Derridiańskiej wizji: kariera Dyzmy rozpoczyna się od znalezienia zaproszenia na raut; staje się przyjacielem z Oxfordui kurlandzką szlachtą dzięki pisemnym zapewnieniom Ponimirskiego.

Widz może poczuć się lepszy i bardziej świadomy, gdyż potrafi zdekonstruować tę grę iluzji oraz fantazmatów. A przy tym bawi się świetnie, widząc, jak bohaterowie starają się podtrzymać złudzenia, byle tylko nie przyznać się do własnego zaślepienia. O wyrachowaniu świadczy fakt, że na scenie pojawiają się ludzie, którzy potrafią zawołać „król jest nagi!”. Rola współczesnych stańczyków przypadła Śpiewakowi ulicznemu (absolutnie fantastyczna Elżbieta Okupska przemierza scenę w łachmanach, z białą laską i niczym jednoosobowy chór grecki ironicznie komentuje dziejące się wydarzenia) oraz wariatowi Ponimirskiemu – rzecz jasna, nikt ich nie słucha, ponieważ wypowiadają zupełnie niewygodne prawdy.
Widz bawi się do czasu, kiedy ze sceny pada oskarżenie skierowane wprost pod jego adresem: „Moralność to zleżały śmieć / Więc jeszcze długo będzie brzmieć/ Tango z Dyzmą / I życia styl narzuci wam / Wywoła dreszcz u pięknych dam / Tango z Dyzmą / Przytuli cię ze wszystkich sił / Byś wreszcie w zgodzie był / I z Ojczyzną / Sumienie więc na drobne zmień / I posuwiście rusz co dzień / W tango z Dyzmą”. Hochsztapler z Łyskowa nie jest literacką (teatralną) fikcją, wymysłem zgorzkniałego pisarza czy reżysera – społeczeństwo chętnie umieszcza rozmaite miernoty na piedestale, ustawia na świeczniku, żądając kogoś, kto ucieleśni ich tajone fantazje, a w razie czego stanie się kozłem ofiarnym, na którego zrzuci się wszelką odpowiedzialność.

Mam wrażenie, że reżyser gra konwencjami, a jednocześnie droczy się z widzem. Niektóre z zastosowanych chwytów narzucają odruchowo skojarzenia z „Weselem” Wyspiańskiego, zarówno pod kątem przedstawionych treści, jak i sposobu konstruowania dialogów. „Dyzma” przypomina szopkę – na kręcącej się scenie co chwilę pojawiają się i znikają kolejne postaci. Identycznie jak w dramacie Wyspiańskiego wielki ładunek symboliczny mają sceny, gdy socjeta warszawska zastyga w bezruchu, z rękoma składającymi się do oklasków, zaś na twarzach maluje się cielęcy zachwyt nowym bohaterem. W finale natomiast mamy nową wersję chocholego tańca – wszyscy ruszają w tango z Dyzmą (a wiadomo, że akurat tango uruchamia nowy ciąg skojarzeń; trudno o bardziej nacechowany semantycznie taniec).

Zachwyciły mnie także sceny z udziałem warszawskiego lumpenproletariatu. Aktorzy uosabiali dziki, nieokiełznany tłum, przekonany o własnej zwierzęcej sile, który w każdej chwili może wylec na ulice i wzniecić rewolucję. Otaczała ich aura prawdziwego zagrożenia dziwnie kontrastująca z radosną, wręcz ekstatyczną atmosferą na scenie. Ta groza była zawieszona w powietrzu, w sferze niedomówień, ledwo uchwytna – a przecież doskonale realna, niezmienna, odkąd lud paryski po raz pierwszy poczuł swoją siłę i ruszył na barykady.

Cały spektakl jest utrzymany w lekkiej, zabawnej formie, traktując de facto o sprawach gorzkich i nieprzyjemnych także dla współczesnego odbiorcy. „Dyzma” przekonuje, ponieważ korupcja, kolesiostwo, układy, kierowanie się partykularnymi interesami z całkowitym pogwałceniem dobra publicznego – są doskonale znane z potocznego doświadczenia, mimo iż mamy rok 2010. I możemy bez problemu dostrzec wokół siebie ludzi, dla których władza, forsa i salceson to jedyny sens życia, mityczny złoty cielec.

Monika Wycykał
Dziennik Teatralny Katowice
3 lipca 2010

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski