Włosy trzeba mieć blond

"Kryjówka" - reż. Paweł Passini - neTTheatre w Lublinie

Ona ukrywała Żydów, narażając się na śmierć. Jej wnuk donosił Niemcom. Ona przeżyła, on został zastrzelony przez AK. Wojenne losy wybitnej polskiej aktorki Ireny Solskiej są wciąż pełne tajemnic.

Grudzień 2014, strych na warszawskim Powiślu. Wszędzie wełna, w najrozmaitszej formie: laki, swetry, koce. Najwięcej jest nici, rozpięte na wysokości metra nad podłogą tworzą wielką pajęczynę. Za chwilę na strychu zacznie się spektakl "Hideout/Kryjówka". Reżyser Paweł Passini mówi o wielkim bohaterstwie i równie wielkim milczeniu, jakie je przez lata otaczało. - Polusia wiele opowiadała o kobiecie, która jej pomogła, kiedy wyszła z getta. Dopiero kiedy studiowałem w Akademii Teatralnej, ta historia wróciła, skojarzyłem fakty, to była Solska. TA Irena Solska. Okazało się, że nikt nie wie, co robiła w czasie wojny największa polska aktorka XX wieku, która grała Rachelę w "Weselu" Wyspiańskiego czy Joasa w "Sędziach".

Warszawa, styczeń 1943 roku, Apolonia Starzec wyszła z getta, by się ukryć po aryjskiej stronie. Miała prawdziwą kenkartę na nazwisko Zofia Dzióbłowska i włosy pofarbowane na platynowo. - Myśli pan, że jestem Żydówką? - odwróciła się i krzyknęła prosto w twarz granatowemu policjantowi, który od dłuższe go czasu za nią szedł. Spuścił wzrok i przeprosił.

Nie miała mieszkania ani pracy, przypadkowo spotkała na ulicy znajomą z getta. "Dostałam adres: Mokotów, ul. Puławska nr 114, róg Malczewskiego, parter" - wspominała 50 lat później. Mieszkanie było na zapleczu sklepu. Małe, skromnie urządzone - pokój, kuchnia, łazienka i ubikacja. Łazienka pełniła funkcję składu wełny.

Otworzyła jej siwa, wysoka, szczupła kobieta. Miała szlachetny profil, piękną długą szyję, wspaniałe włosy i silne objawy choroby Parkinsona. "Mówiła z aktorską manierą - trochę podobnie do Niny Andrycz i Ireny Eichlerówny. Trochę mnie to początkowo dziwiło i zaskakiwało, ale przyzwyczaiłam się. W jej wydaniu nie wydawało mi się to śmieszne ani dziwne. Po prostu była wspaniałą aktorką, która żyła sceną także poza sceną" - wspominała po wojnie Apolonia Starzec.

Kobietą, która otworzyła drzwi, była Irena Solska.

Drżenie głosu

Była gwiazdą Młodej Polski, przełomu XIX i XX wieku, muzą Wyspiańskiego, młodzieńczą miłością Witkacego. Malowali ją Wyczółkowski, Wyspiański, Walery Eljasz-Radzikowski. Była u szczytu aktorskich możliwości, kiedy dopadła ją choroba Parkinsona.

Miała 30 lat, gdy w 1905 roku w listach do znajomych i rodziny po raz pierwszy wspominała o dziwnych drżeniach ciała i leczeniu u neurologów. Objawy okresowo mijały. Nasilenie choroby nastąpiło po roku 1918, kiedy przeszła grypę hiszpankę. - Wtedy nie było leków na opanowanie drżenia. Miała więc drżenia głowy, kręgosłupa. Tak że musiała się o coś opierać. Do tego dochodziło najgorsze - drżenie głosu, które całkowicie ją wykluczyło z zawodu. Bardzo długo starała się występować, zmagała się z chorobą na scenie. Stawała na przykład w ten sposób, że opierała głowę o dekorację, żeby opanować to drżenie - mówi Lidia Kuchtowna, biografka aktorki.

Ostatni raz Solska wystąpiła w 1938 roku w Teatrze Narodowym w Warszawie jako wdowa w "Balladynie". - Wojna zastała ją już nie na scenie, ale z wysoką pozycją moralną w środowisku aktorskim - mówi Kuchtówna.

Solska miała na utrzymaniu córkę i wnuka. By miała z czego żyć, przyjaciele zorganizowali dla niej przydział spirytusu z Monopolu Spirytusowego, który przysługiwał artystom jako rodzaj zadośćuczynienia za przyłączenie się do bojkotu scen teatralnych. "Ubrana w długi szary płaszcz, w butach, z plecakiem na ramionach, z kosturem w ręce, w chustce jaskrawej na głowie, siwa, już nie ruda. Była tak niezwykła, przykuwająca uwagę, że przechodnie odwracali się za nią, uderzeni jej wyglądem, jej całą oryginalną sylwetką" - pisał o niej pisarz Jerzy Zawieyski w 1939 roku.

Wełna za spirytus

Tamtego styczniowego dnia 1943 roku Irena Solska nie zadaje Apolonii Starzec żadnych pytań. Za to sama opowiada, czym się zajmuje: zorganizowała rodzaj spółdzielni - sprzedała przydział spirytusu, kupiła wełnę i zaczęła pomagać żonom internowanych oficerów. Przyzwyczajone do tego, że obsługuje je służba, teraz były bliskie postradania zmysłów, ale i śmierci głodowej. Solska wymyśliła sposób, żeby zarabiały i przestały myśleć o swoich nieobecnych mężach: namówiła je na zakup warsztatów tkackich i zajęcie się rękodziełem. Sama siedząc przy telefonie, prowadziła - używając dzisiejszej terminologii - działalność marketingową. Reklamowała towar, przyjmowała zamówienia, organizowała dostawę do odbiorców.

Solska miała w podziemiu pseudonim Karolina (od prawdziwego imienia Karolina Flora Poświk). We wspomnieniach z czasów okupacji funkcjonowało nawet powiedzenie: "Jak są kłopoty, trzeba iść do Karoliny". Pomagała wszystkim: prowadziła jadalnię dla głodnych cywilów, to w jej mieszkaniu AK opracowywała tajne materiały prasowe, organizowała lokale dla ukrywających się przed Niemcami.

Wtedy, w 1943 roku, Solska domyśla się, że jej gościem jest Żydówka. Proponuje jej jednak pracę przy rozwożeniu paczek z wełną pod wskazane adresy i pobieraniu wynagrodzenia. W sumie zatrudnia cztery kobiety, w tym byłą sekretarkę Romana Dmowskiego. Wie, że Żyd, który chce przeżyć poza gettem, musi jak najszybciej pozbyć się strachu przed zdemaskowaniem. Im szybciej zacznie zachowywać się normalnie, tym większe szanse ma na przeżycie.

- Ukrywanie Żydów narażało na represje niemieckie całą lokalną społeczność. Jeśli Niemcy odkrywali ukrywających się Żydów, rozstrzeliwali całą kamienicę - mówi prof. Jacek Leociak, badacz losów Żydów podczas II wojny światowej, autor książki "Ratowanie. Opowieści Polaków i Żydów". - Historycy powojenni szacują, że w Warszawie ukrywało się od 20 do 30 tysięcy Żydów.

Nikt nie wie, ilu z nich uratowała Solska. Kilku, może kilkunastu... Ona sama o tym milczała. Za jej pośrednictwem Żegota przekazywała pieniądze dla łączników-opiekunów, którzy co miesiąc dostarczali je ukrywającym się Żydom. Mimo że była wierzącą katoliczką, potrafiła skłamać księdzu pod przysięgą, że metryki chrztu są potrzebne dla działaczy AK, a nie dla Żydów. Kiedy ukrywający się znajomy Żyd doznał w kryjówce udaru, przyjaciele Solskiej na jej prośbę umieścili go w oficjalnym szpitalu, mimo że nie miał zameldowania. Kiedy personel odkrył, że pacjent jest obrzezany, trzeba go było ewakuować.

Żydowskie oczy

- Już podczas wojny używano terminu: ukrywanie się na powierzchni i pod nią - mówi prof. Jacek Leociak. - Ci, którzy chodzili na powierzchni, to byli ci, którzy mieli pracę i papiery. Zachowywali się jak normalni ludzie, mieli dobry wygląd i dobrze mówili po polsku, więc mogli się wtopić w otoczenie. Kobiety tleniły fryzury, nie obywało się bez problemów, bo chemia była na słabym poziomie, włosy mogły nabrać przedziwnych kolorów, fioletowych na przykład. To był horror. Ale nawet ludzi, którzy mieli aryjski wygląd, zdradzały żydowskie oczy, czyli oczy człowieka, który się boi zdekonspirowania. Smutne oczy człowieka, który cierpi. Doktor Adina Blady-Szwajger, która pracowała w szpitalu im. Bersonów i Baumanów, chodziła cały czas na powierzchni. Kiedy paliło się getto, ludzie gromadzili się na placu Krasińskich, żeby to obserwować. Ona też tam poszła. Po drodze kupiła bukiet fiołków, którymi zasłaniała zalane łzami oczy.

Przez plac Krasińskich przejeżdżała też Apolonia Starzec, w tramwaju usłyszała mężczyznę: "No, palą się te wszy". Stała obok niego, patrzyła przed siebie i nie odezwała się ani słowem.

- Pola [Apolonia] opowiadała o Żydówce, która na początku wojny kupiła za całe swoje oszczędności futro i białego pudla - wspomina swoje rozmowy z ciotką Paweł Passini. - Przez całą wojnę ukrywała się w ten sposób, że przechadzała się w tym futrze i z tym psem w Alejach Jerozolimskich. Uchodziła za jakąś niezwykle ekstrawagancką damę. I tak się ukrywała, centralnie, na widoku. Dzięki temu przeżyła.

Apolonia Starzec jeździła regularnie do swojej siostry, która ukrywała się na Pradze, miała dobry wygląd, ale zdradzały ją właśnie oczy.

- Tłumaczyła, że aby przeżyć, musiała cały czas coś robić, być w ruchu. Im bardziej żyjesz, działasz, tym mniej jesteś zaszczuty - Passini próbuje po latach zrozumieć ciotkę.

Oprócz wełny rozwoziła po Warszawie pieniądze i jedzenie w imieniu Solskiej. Któregoś razu aktorka źle się poczuła, Starzec nocowała u niej. Rano zjawiła się policja, szukali broni, znaleźli skład wełny, której posiadanie w takiej ilości było zakazane. Tłumaczyły, że to na własny użytek, ale nieprzekonująco, nie miały w domu ani jednej pary drutów. Obie trafiły do komisariatu, Solską szybko zwolniono ze względu na stan zdrowia. - A ciocia została tam, broniła aktorki i siebie. Wyobrażasz sobie? Żydowica na fałszywych papierach wśród gestapowców żąda, by zwolniono z aresztu ich wełnę - mówi Passini. - Trzeba mieć odwagę, determinację, zapomnieć, że się jest Żydem.

Milczenie bohaterów

Powstanie Warszawskie zastało Apolonię Starzec na Pradze u siostry. Irenę Solską w mieszkaniu przy Puławskiej z wnukiem Jaśkiem. Właśnie wrócił po paru miesiącach z obozu. Spotkały się dopiero kilka lat po wojnie, obie na temat tego, co działo się podczas okupacji, milczały. Żeby się utrzymać, Solska sprzedawała góralskie kapcie w Krakowie, była inspektorem ruchu amatorskiego na województwo wrocławskie, przez kilka miesięcy dyrektorem teatru w Legnicy.

Nikomu nie mówiła o tym, że pomagała Żydom. - Chciała zapomnieć o wojnie. Zresztą była już bardzo chora - mówi Kuchtówna. - Nie miała poczucia, że ktoś ma być jej wdzięczny. Uważała, że zrobiła to, co należało. Na starość trafiła do Domu Aktora w Skolimowie, gdzie raczej opowiadała o swoich rolach - kogo grała, u kogo występowała i w jakich teatrach - niż o wojnie.

Passini ma inne przypuszczenia: - Mogę się tylko domyślać, że Jasiek jest tutaj kluczem do milczenia. Ona ukrywała Żydów, a on cierpiał na schizofrenię. Podobno wydał Niemcom osobę, która się ukrywała, za co został uznany przez AK za zdrajcę i zastrzelony. Solska do końca życia nie mogła się z tym pogodzić. Wolała ukrywać swoją działalność, by nie wywleczono jej tej drugiej sprawy. Wiemy z listów powojennych, że śmierć Jaśka nie dawała jej spokoju. W spektaklu mówię z wyrzutem do postaci, która ją reprezentuje na scenie: "Dlaczego pani o tym nie napisała?". Ale rozumiem, że łatwiej było o tym milczeć, niż mówić. Zresztą teraz jest taki czas, że chcemy wszystkie te historie w końcu wyjąć na światło dzienne. Może przez to, że dzieli nas 60 lat? I dziś ludzie boją się mówić o swoim bohaterstwie. Znam historię kobiety, która dostała medal Sprawiedliwej wśród Narodów Świata, a jej córka wyrzuciła go do kosza, mówiąc: "Mamo, tylko problemy będą z tego". Apolonia Starzec podjęła starania, żeby przyznać Solskiej tytuł Sprawiedliwej wśród Narodów Świata. Zdaniem Passiniego jej mieszkająca we Francji córka zablokowała procedurę, obawiając się fali wspomnień o synu. - To jest najbardziej pilnie strzeżony fragment tej historii - twierdzi reżyser. - Wygląda, jakby historia tego chłopaka została zatarta, skutecznie ukryta, zamaskowana. Nie ma o nim ani słowa w listach, wspomnieniach, nigdzie. A jednocześnie wyczuwa się jego obecność.

Milczenie ocalonych

Ci, którzy po wojnie zostali w Polsce, a była to mniejszość z mniejszości, często ukrywali żydowską tożsamość. Zdarzało się, że nie mówili o niej własnym dzieciom, żeby je uchronić przed agresją, jaką w ludziach często wyzwala słowo Żyd. Nikt po wojnie w Polsce nie przekręcił cudownego pstryczka elektryczka i nie wyłączył antysemityzmu - mówi Bożena Keff, badaczka literatury w Żydowskim Instytucie Historycznym.

Passini przyznaje, że w jego domu nie ukrywało się korzeni, ale słowo Żyd było pustym pojęciem, nieobarczonym wspomnieniami, znajomością tradycji. - Ciocie, babcie spotykały się na obiedzie i nagle przy deserze się zaczynało... Potrafiły przegadać wiele godzin, wpadały jeszcze w taki stan rozbawienia, bo to były historie z ich młodości. Ale one były opowiadane przy mnie, a nie dla mnie. Kiedyś słyszę: "Myśmy kiedyś jedli macę z masłem i szynką" - i wszyscy się śmieją. Myślę, czemu, kurde, oni się śmieją? Nikt mi nie powiedział, że szynka nie jest koszerna, a już w ogóle szynka z masłem, czyli mięso z mlekiem, to jakiś absurd. A jeszcze do tego maca, którą jesz na święto Pesach. Nie wiesz, że opowiadają ci o skrajnej asymilacji, jaką przeżyli przed wojną, ucieczce z tradycyjnych domów, wolności. Nie wiesz nic - mówi Passini. - Historie o ukrywaniu się za szafą, ścianą, na strychu, w wykopie były na porządku dziennym. Tyle tylko, że były to historie, w których nie padało słowo Żyd. To były opowieści o ukrywaniu się przed Niemcami.

Połknąć Żyda w sobie

Siedzimy na strychu, powoli zaczynają przychodzić aktorzy biorący udział w spektaklu.

Jak zapamiętałeś swoją ciotkę? - pytam.

- Miała 95 lat i chodziła z moją mamą na tai-chi. Była pogodną osobą, ale jednocześnie potrafiła w przeróżnych sytuacjach rzucić traumatyczną historię. Nie zapomnę tej, która była moim koszmarem, ale od której się wszystko dla mnie zaczyna. Pola opowiadała, jak przykładała język do oszronionej ściany muru getta. Po drugiej stronie była piekarnia. Gdy język przymarzł, odrywała go. Bolał, więc mniej się chciało jeść, a w ustach na cały dzień pozostawał zapach chleba. Potrafiła mi to opowiedzieć, gdy nie chciałem jeść.

- Zacząłeś robić o niej spektakl?

- Nie od razu. Na początku myślałem, że to musi opowiedzieć ktoś, kto ma większy autorytet. Namówiłem Joannę Szczepkowską, spotkała się z Polą, ale nic z tego nie wyszło. Miałem do niej o to żal, bo niedługo po tym spotkaniu ciocia zmarła i wiele szczegółów tej historii zabrała ze sobą do grobu.

- Dlaczego miałeś żal do Szczepkowskiej, a nie do siebie?

- Bo inaczej opowiada się takie historie bliskim, a inaczej komuś z zewnątrz. Nasze rozmowy zawsze utykały na pewnym poziomie szczerości. Wiele żydowskich cioć-babć, babć próbuje nas tak chronić. Są przekonane, że niebezpieczeństwo cały czas istnieje. Że im więcej o tym mówią i im więcej my o tym wiemy, tym bardziej to jest dla obu stron niebezpieczne. Ci, którzy przeżyli II wojnę światową, nic nie opowiadali swoim dzieciom. Moja babka skrzętnie ukrywała przed moją mamą, przed swoją córką, fakt, że mówiła w jidysz. Nigdy nie powiedziała jej, jak naprawdę miała na imię! Dwojra Gitla. Babka, Żydówka, nazywała się Passini po mężu. Dziadek siedział na Pawiaku i ona po prostu w sam środek tego piekła przychodziła na wiele godzin, przynosiła mu paczki. Żydówka, która całą wojnę spędziła po aryjskiej stronie. Rodzaj determinacji i umiejętności ukrycia tego były zupełnie niebywałe. Takich historii słyszałem bardzo dużo, zrozumiałem, że trzeba było tak połknąć to swoje żydostwo, żeby nic cię nie zdradziło. No i nic dziwnego, że potem ludzie tego nie oddawali, nie chcieli o tym mówić.

Ten spektakl jest też o tym. Dla tych, którzy nauczyli się skrzętnie milczeć. I dla tych, którzy nagle to odkrywają i nie rozumieją tego milczenia. I dla tych wszystkich, dla których ważne jest, by te historie się uwolniły.

Jacek Tomczuk
Newsweek Polska
29 grudnia 2014
Portrety
Paweł Passini

Książka tygodnia

Cztery Dramaty
Wydawnictwo Ossolineum
Cyprian Norwid

Trailer tygodnia