Wódka w dobrym towarzystwie

"... np. Majakowski" - reż. Krystyna Meissner - Wrocławski Teatr Współczesny

14 kwietnia 1930 roku, Moskwa. Główny piewca rewolucji Władimir Władimirowicz Majakowski nie żyje. Oficjalna wersja - samobójstwo. Podobno poeta strzelił sobie w serce. Niektórzy zaś do tej pory preferują formułę "zginął w niewyjaśnionych okolicznościach". Bard komunizmu odszedł w wieku 37 lat; może i dobrze, bo najbardziej bał się starości. Nierozerwalnie złączone z jego życiem dzieje Związku Radzieckiego dobiegną końca dopiero za 61 lat

W roku 2008, kiedy we Wrocławskim Teatrze Współczesnym odbędzie się premiera spektaklu „np. Majakowski…” dla sporej części widowni czasy te będą już reliktem. W jaki wtedy sposób może zainteresować ich los jednego dziecka tamtych czasów?

Rozwijajcie się w marszu!
W gadaniach robimy pauzę.
Ciszej tam, mówcy!
Dzisiaj
ma głos
towarzysz Mauzer.

Majakowski jest dzieckiem swego czasu a zarazem jego ojcem. Zrodzony z rewolucyjnego przełamania i negacji dotychczasowego przebiegu historii, uzbrojony w pióro, poeta-futurysta stwarza przyszłość tego młodego kraju, którym był, a może nigdy nie był, Związek Radziecki. Czas w ontologii jego wierszy zajmuje jedno z nadrzędnych miejsc. Stoi na równi z osobą samego autora, która podobno filozoficznemu Logosowi czy Bogu (nie bał się śmiało używać symboliki biblijnej) znajduje się w centrum wszechświata, wprawiając ten wszechświat w ruch. Dlatego jeden z centralnych pomysłów spektaklu Krystyny Meissner – zderzenie naszego poety z  listopadem ‘91, czyli zapomnianą rocznicą rewolucji październikowej, wydaje się być pomysłem który i samemu Majakowskiemu przypadłby do gustu. Pomysł na pewno by mu się spodobał, jednak jakby zareagował przeniesiony z pomostków „czerwonego” teatru do współczesnego studia telewizyjnego autor poematu „Włodzimierz Ilijcz Lenin"? Byłby rozczarowany czy zafascynowany? Czułby się potrzebny czy wyrzucony na śmietnisk historii?

W pierwszej części spektaklu widzimy ogarniętą porewolucyjnym szałem bolszewicką Rosje. W teatrze, gdzie za chwilę odbędzie próba czekającej na akceptację cenzury „Pluskwy”, panuje totalny chaos. Wszędzie jest pełno ludzi i śmieci. Majakowski (Bartosz Woźny) wysoki i barczysty, odziany w długi czarny płaszcz, nieco spóźniony, szybkim krokiem przemierza scenę i od razu stanowczym głosem przerywa próbującemu zacząć przedstawienie reżyserowi (Tomasz Cymerman). „Jestem poetą i dlatego jestem interesujący!” – stwierdza, będąc już nieco rozczarowany reżimem, jednak wciąż wierząc w możliwość przebudowy tego świata, wciąż wierząc w narodziny nowego człowieka. Ażeby ten nowy człowiek mógł się narodzić zniknąć muszą tacy jak główny bohater „Pluskwy” - pan Prysypkin (Andrzej Mastalerz), który od czasów zaręczyn z manikiurzystką Elwirą Renesans prosi aby zwracano się do niego Per Skrypkin. Kiedyś, jak sam powiada, walczył w imieniu rewolucji i tym samym, jak uważa, zasłużył sobie na odpoczynek. A najlepszym odpoczynkiem wydają mu się drobne mieszczańskie radości, którymi rozkoszować się mógłby po ślubie. „O co walczyliśmy!?” – woła w przerażeniu przyszła teściowa Prysypkina. Jej przerażenie wzbudza też porównanie dwóch śledzi – tego, który można, ale nie uda się, kupić w sklepie i tego  sprzedawanego „przy sklepie”.  Ten drugi okazuje się być „o cały ogon większy”.  W tak prosty i klarowny sposób klasa mieszczańska ocenia całe przedsięwzięcie o imieniu „rewolucja”.

Próba trwa. Aktorzy śpiewają „A serce ciągnie do partii”, jednak każdy następny kawałek przedstawienia budzi w cenzorze coraz większy niesmak (temat zaczerpnięty z „Łaźni”). Nie pomaga nawet to, że zostaje zaproszony do zagrania jednej z ról. Apogeum wszystkiego jest pożar, na widok którego rozwścieczony urzędnik wydaje swój bezapelacyjny wyrok: sztuka jest niedopracowana, niebezpieczna i antysowiecka. Reżyser pogrąża się w rozpaczy, a aktorzy rozchodzą się do domów. Pozbawiony złudzeń Majakowski wypija kieliszek wódki i za pomocą wehikułu czasu przenosi się do XXI wieku.

Za górą klęsk błyszczą zorze,
słoneczny kraj czeka nowy.
Za głód, za moru morze,
niech zadudni nasz krok milionowy!

Druga część spektaklu wyjaśnia jego tytuł. Nie „Majkowski” lecz „np. Majakowski”. Okazuje się, że postać poety jest tylko pretekstem do obnażenia problemów współczesnego świata. Przenosimy się do studia telewizyjnego, które obecnie stało się nie tyle zwierciadłem życia, ile samym życiem. Zwłaszcza gdy chodzi o takie programy jak „Wiwisekcja Show”, w którym odbędzie się (na żywo oczywiście) wybudzanie z hibernacji towarzysza Prysypkina. Nieskazitelnie biała i czysta sala jest zarazem nieskończenie martwa, jak tworzywo sztuczne, z którego jest zrobiona. Z jednej strony nie ma tu cenzury, z drugiej – rządzi tu oglądalność i reklama. Miejsce cenzora zajmuje przesadnie poprawny politycznie, zblazowany polityka, który z trudem ukrywa swoją wszechogarniającą obojętność. Tu nie ma bałaganu. Widzowie klaszczą na rozkaz. Psycholog ładnie się uśmiecha i ładnie mruga długimi rzęsami, próbując „uzdrowić” Prysypkina kilkoma truizmami. Kiedy to się nie udaje, od razu popada w szał. Rzeczniczka praw obywatelskich we wszystkim widzi pedofilię czy jakąś inną wyklętą przez społeczeństwo „-filię”. Panuje porządek i profesjonalizm. Lecz niewiadomo dlaczego od razu do głowy przychodzą terminy takie jak tabloidyzacja i macdonaldyzacja. Nie wiadomo dlaczego staje się nam bliski (nie zaliczony przez współczesnych naukowców do rodzaju ludzkiego) Prysypkin, który spędza czas wolny na piciu wódki w dobrym towarzystwie.

I chociaż przedstawienie ogląda się z zapartym tchem, ponieważ jest naprawdę dynamiczne i zabawne, to mam wrażenie, że za mało w tym wszystkim Majakowskiego. Wydaje mi się,  że posłużono się nim jak narzędziem. W pierwszej części do zdemaskowanie hipokryzji reżimu, w drugiej- do zbudowania kontrastu ze współczesnością. Trudno powiedzieć, że to wada tego świetnego spektaklu. Jednak szkoda, że poeta-idealista i wielki marzyciel o lepszym człowieku i świecie, przez widzów zostanie zapomniany szybciej niż przesadnie rozciągający głoski prezenter „Wiwisekcji”. Jak powiedziała kiedyś o Majakowskim Cwietajewa – jest on jednym z tych wielkich, którzy wyprzedzili swój świat o 200 lat i gdzieś tam, na skrzyżowaniu, czekają nas. Cóż, miejmy nadzieje że jesteśmy już w połowie drogi

Henryk Mazurkiewicz
G-punkt
22 października 2011

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...