Wodzirej

"Złodziej" - reż. Bob Ashford - Teatr Garrick w Londynie

Widzowie, którzy przywykli do Kennetha Branagha w wersji szekspirowskiej z pewnością byli zaskoczeni. „Złodziej"/"The Entertainer" wystawiony przez Kenneth Branagh Theatre Company na deskach londyńskiego Teatru Garrick (prezentowany w ramach programu British Council: National Theatre Live), pokazał, jak wszechstronny jest to aktor. Tytułowy „Złodziej" to Archie Rice zarabiający na życie występami w music hall'ach. Lub też, by być bliższym prawdy: wypalający resztki swojego talentu w prowincjonalnych teatrach.

Podążając za rozwojem fabuły, można szybko podsumować, że jest to dramat o tym, jak marzenia zderzają się z rozpędzoną rzeczywistością. Archie przez całe życie egzystował na krawędzi: relacji międzyludzkich i relacji z urzędem podatkowym. Przez całe życie kombinował, jak utrzymać się na powierzchni i nawet po powrocie do domu nie wychodzi z roli. Świat wokół niego ma się śmiać. Z tyłu podświadomości ma zakodowane, by jego widzowie wciąż pozostawali w dobrym nastroju, by alkohol przelewał się z dezynwolturą ułatwiając bagatelizowanie problemów. Keneth Branagh wyraźnie bawi się tą rolą, jakby to było dzierganie koronkowej serwetki.

Dramat Johna Osborna napisany w 1957 roku na zamówienie Laurence'a Oliviera, mówił o rozczarowaniu brytyjskiej klasy średniej. O problemach, z jakimi borykała się powojenna Anglia. Z dzisiejszej perspektywy, możemy z powodzeniem traktować ten tekst, jako dramat historyczny, bo rozterki i problemy bohaterów: jak żyć, by być prawym człowiekiem, jak stawiać czoła codzienności - w takim ujęciu brzmią już anachronicznie. W spektaklu Roba Ashforda mamy bardzo mocno zarysowaną typizację postaci. Młodej, nie zepsutej dorosłością Jean (Sophie McShera), która ze swoim życiem może jeszcze zrobić wszystko. Wystarczy, że rozglądając się wokół siebie wyciągnie odpowiednie wnioski. Jej dwóch braci: Frank (Jonah Hauer-King) i Mick, w swojej miękkości i nieumiejętności siłowania się z życiem, stanowią awers swojej zdecydowanej i inteligentnie patrzącej na świat siostry. Są jeszcze starzy... Billy Rice (Gawn Grainger) emerytowany performer, po którym jego syn Archie odziedziczył zawód oraz Phoebe (Greta Scacchi) – w swojej prostocie najbardziej poruszająca rola kobiety, która chciałaby od życia więcej, ale kogo ma obwiniać, że rodziców nie było stać na posłanie jej do szkoły, a potem – nierozważnie zakochała się w aktorzynie, który za swoje wygłupy i popisy nie był w stanie utrzymać nikogo.

W spektaklu, który pod względem rozterek egzystencjalnych postaci może nasuwać na myśl skojarzenia z musztardą po ruchu sufrażystek (W jednej ze scen Billy, nieco zszokowany zachowaniem czupurnej wnuczki wykrzykuje: „Dać im prawo wyborcze, od razu zrywają zaręczyny!"), z dzisiejszej perspektywy uderza inny problem: upadek Brytyjskiego Imperium. W domu, w którym notorycznie nie ma na czynsz, co chwilę przebija tęsknota za utraconą potęgą. Słyszymy o strajkach na Trafalgar Square. Odtwarzane są kroniki filmowe relacjonujące Kryzys Sueski. Z tyłu sceny wyłania się wielki obraz British Matron – niepokonanego symbolu imperium. Współczesnemu odbiorcy ten tekst przede wszystkim pokazuje, jaką traumą był dla Brytyjczyków upadek ich mocarstwa.

Olga Śmiechowicz
Dziennik Teatralny Kraków
22 listopada 2016
Portrety
Bob Ashford

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia