Wojaczek w Dzikiej Stronie Wisły

Rozmowa z Michałem Karczewskim

Nie będzie to salonik poezji, tylko Teatr posługujący się poezją. Szerzej objaśniając swój monodram, bałbym się sytuacji jak w tej anegdocie o Pani Szymborskiej, która miała nie zdać matury przez złą interpretację swojego wiersza. Każdy ma swój klucz. Dla kogo jest ten spektakl? Myślę, że dla wszystkich powyżej 16. roku życia. Nie lubię ograniczania się do konkretnych grup, czy środowisk. Teatr jest dla ludzi. Ograniczenie wiekowe wynika jedynie z procesu dojrzewania, czy nabierania świadomości w różnych aspektach życia.

19 marca w Dzikiej Stronie Wisły będzie można zobaczyć monodram Michała Karczewskiego „Wo(ja)czek", inspirowany poezją Rafała Wojaczka. O spektaklu z jego twórcą rozmawia Maja Margasińska.

Maja Margasińska: Skąd taki pomysł, żeby zrobić Wojaczka? Po pierwsze: poezja jest passe, po drugie: kto dziś jeszcze czyta Wojaczka? Po trzecie: Wojaczek w teatrze? Skąd Ci się to wzięło?

Michał Karczewski: Rafał trafił do moich rąk, kiedy miałem jakieś 14 lat, tylko że w tamtym czasie nie było jeszcze sensu tego rozczytywać. Ziarno zostało zasiane. W szkole średniej, jako 17-latek, wróciłem do Wojaczka już nieco bardziej świadomy. I tak został, i od tamtej pory siedzi. Fascynuje mnie od lat - jego życiorys, twórczość, filozofia, podejście do życia, otoczenia, śmierci. Mam 24 lata, gdybym nim był, umierałbym za dwa. Rafałem Wojaczkiem fascynuje się, jak się okazuje, mnóstwo osób. Są to ludzie w różnym wieku, różnego wyznania i z różnymi poglądami. Wydarzeniem na facebooku interesuje się już ponad 1 000 osób - oczywiście, to tylko facebook, ale liczba mogłaby równie dobrze wynosić 50, a nawet 0. Otrzymuję pytania z różnych stron Polski, kiedy będzie można zobaczyć „Wo(ja)czka" na Śląsku, czy na Pomorzu. Chyba nikt nie spodziewał się takiego zainteresowania. A może nie powinno w tym być żadnego zaskoczenia? Może ludzie są po prostu głodni jego twórczości, skoro Wojaczka w ogóle nie ma na polskiej scenie teatralnej? To chyba wystarczające dowody na to, że poezja jednak nie jest passe. Jestem zwolennikiem wolności twórczej. Myślę, że w Teatrze możemy wszystko, jeśli tylko płynie sens. Spektakl powstał z potrzeby serca, nie z potrzeby dotacji. Mam nadzieję, że zainteresowanie nie osłabnie.

Moje pytania były oczywiście prowokacyjne, bo – jak zresztą wiesz – sama jestem wielbicielką Wojaczka. Ubolewam też, że w teatrze rzadko gości poezja, a już na pewno rzadko gości sensownie. Umiesz powiedzieć, który z wierszy Rafała jest Twoim ulubionym?

Nie mam ulubionego wiersza. Genialnych jest mnóstwo, więc ciężko byłoby wybrać. Zdecydowanie jednak mogę powiedzieć, że dwa ostatnie wersy Lamentu Bohaterów są na samym szczycie. Wielu ludzi wzdycha każdego dnia w podobny sposób, w tym ja.

Czy mogę je przypomnieć? „Ach, gdybyśmy złapali tego skurwysyna,/ co nam ten świat wymyślił." Co jest nie tak z tym światem?

Blisko mi do Iwana Karamazowa. Po tym, jak opowiedział Aloszce historie o tureckich zabawach z dziećmi, koniu, czy o dziewczynce w wychodku. Przeżywam choroby swoich najbliższych, obserwuję, co się dzieje na świecie. Nie rozumiem, nie zgadzam się, mówię: nie, dziękuję, wychodzę.

Musi tu istnieć jakieś powinowactwo, bo Iwan to też mój ulubieniec. Z trzech braci Karamazow kocham właśnie jego.

Dobry wybór. Grałem go na egzaminie u Łukasza Lewandowskiego.

No dobrze, a skąd taki – dość przewrotny – tytuł dla spektaklu?

Wojaczek jest odbierany jako poeta przeklęty. Po części sam kreował taki obraz siebie. Mnie zainteresowała ta ludzka strona Wojaczka, niewykreowana, człowiecza, piękna, niezwykle wrażliwa, odarta z mitologizacji, pełna rozterek i walki o wewnętrzny spokój. Jeśli popatrzyłoby się na jego życie jak na wykres, przypominałoby ono sinusoidę - naprzemiennie starał się ratować ze zgubnych ścieżek, na które sam zszedł, by za moment odpalić pilot na autodestrukcję i znów na nie powrócić. Jego życie było przyczynowo-skutkowym łańcuchem, pełnym namiętności, lęków, euforii i depresji, które ostatecznie doprowadziły go do samobójstwa. Myślę, że – większym czy mniejszym stopniu – każdy przeżywa podobne do niego dylematy. On potrafił je związać metaforą, potrafił być jak drucik, który przewodzi ten prąd jakim są emocje - umiał nazwać rzeczy po imieniu i przeżywać je skrajnie. O ile przeciętny człowiek potrafi zapanować nad stanami zwątpienia i lęku – to Wojaczek po prostu nimi był.

O czym i dla kogo jest Twój spektakl?

Przed premierą poświęciłem chwilę, by napisać notkę o spektaklu - więcej zdradzać nie chcę. W skrócie: spektakl jest inspirowany życiem i twórczością Rafała Wojaczka. Ktokolwiek zna choć trochę tego naszego Rimbauda, ten doskonale wie, że była to postać niebanalna i mocno poskładana. Spektakl opowiada o stanach duszy człowieka zagubionego, będącego na przełomie, niby tak jak ja - niby dorosłego, ale tak naprawdę dopiero po studiach, nieopierzonego, przestraszonego otaczającą go rzeczywistością. Mam nadzieję, że każdy wyciągnie ze spektaklu swoją historię. Nie będzie to salonik poezji, tylko Teatr posługujący się poezją. Szerzej objaśniając swój monodram, bałbym się sytuacji jak w tej anegdocie o Pani Szymborskiej, która miała nie zdać matury przez złą interpretację swojego wiersza. Każdy ma swój klucz. Dla kogo jest ten spektakl? Myślę, że dla wszystkich powyżej 16. roku życia. Nie lubię ograniczania się do konkretnych grup, czy środowisk. Teatr jest dla ludzi. Ograniczenie wiekowe wynika jedynie z procesu dojrzewania, czy nabierania świadomości w różnych aspektach życia. Chociaż nie wiem, czy to ma głębszy sens... Zdarza się, że 14-latek potrafi przewyższyć dojrzałością 40-latka.

Sam siebie reżyserujesz - to trudne czy raczej łatwe?

"Wo(ja)czek" rodził się jeszcze w Akademii Teatralnej w Białymstoku. Na trzecim roku naszym zadaniem jest stworzenie małej formy. To od nas zależy cała koncepcja (tekst, reżyseria, scenografia, muzyka). Myślałem długo, próbowałem na różne sposoby, dochodziłem nawet do wniosku, że jednak nie powinno się zabierać za kogoś takiego, ale nie poddałem się. Opiekę sprawowali nade mną prof. Piotr Damulewicz i Błażej Piotrowski. Spotykałem się z nimi co jakiś czas, prezentując efekty mojej pracy. Pan Damulewicz jest kopalnią wiedzy, długo rozmawialiśmy o samym Wojaczku, o życiu, śmierci. Z Błażejem pracowałem głównie na scenie, nierzadko późnym wieczorem, kiedy zmęczony wracał z prób z Teatru, ale zawsze z ogromną chęcią i zapałem do dalszej pracy - widać i czuć w nim było fascynację tematem. Od tamtego czasu minął ponad rok, ostatni raz gościłem z „Wo(ja)czkiem" w czerwcu ubiegłego roku w Teatrze Dramatycznym w Białymstoku. Przed Dziką Stroną Wisły wznowiłem próby. Teraz przygląda mi się Agata Biziuk, która dopisała też kilka monologów do całej historii, i która również zafascynowała się samym poetą przeklętym. Dzięki temu spektakl żyje, nie ma szansy na skostnienie. Próby będą trwały do ostatniego dnia.

Gdybyś miał zareklamować „Wo(ja)czka" jednym zdaniem, to brzmiałoby ono...?

Pokażcie mi drugi Teatr, w którym można dzisiaj zobaczyć spektakl inspirowany życiem i twórczością Rafała Wojaczka.
Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na spektaklu.

Michał Karczewski – student V roku Akademii Teatralnej w Białymstoku. Przed studiami, jako amator występował na deskach Teatru Dramatycznego w Koszalinie i w rapsodycznym Teatrze Propozycji Dialog. Uczestnik wielu projektów i warsztatów w Polsce i za granicą. Interesuje się teatrem fizycznym. Pracował i występował w czeskim teatrze Divadlo Continuo w Malovicach. Na III roku studiów był pełnoprawnym członkiem zespołu w Teatrze Wierszalin w Supraślu (sezon teatralny: 2013/14), gdzie zagrał swój pierwszy dyplom (rola Rabina Hillela w spektaklu „Golem"). Wyróżniony świetnymi recenzjami po kolejnych dyplomach w Akademii Teatralnej: „In Treatment" w reż. Łukasza Lewandowskiego (grany był m.in. w Teatrze Studio w Warszawie), „Mój niepokój ma przy sobie broń" w reż. Agaty Biziuk. Wielokrotnie nagrodzony za osiągnięcia w dziedzinie tworzenia, upowszechniania i ochrony kultury oraz za osiągnięcia w dziedzinie sztuki (nagrodzony przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Bogdana Zdrojewskiego). Współpracował z Teatrem Dramatycznym w Białymstoku przy akcji „TUczyTAMy". Zrealizował tam również swój monodram „Wo(ja)czek" inspirowany życiem i twórczością Rafała Wojaczka. Współpracuje z Operą na Zamku w Szczecinie jako „Diabeł" w „Historii Żołnierza" I. Strawińskiego w reż. Agaty Biziuk. Na deskach Dzikiej Strony Wisły gra w spektaklu „Trzej Muszkieterowie" w reż. Jakuba Kasprzaka.

Maja Margasińska
Dziennik Teatralny Warszawa
14 marca 2016

Książka tygodnia

Czas zdrajców
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marek Krajewski

Trailer tygodnia