Wokół Giulietty - Kto się śmieje z Cabirii?

"Noce Cabirii" - Federico Fellini - Francja / Włochy

Plany świętowania setnych urodzin Federica Felliniego były różnorakie, niestety z powodu pojawienia się pandemii, nie wszystkie zostały zrealizowane. Jako, że mistrz swoją imprezę urodzinową wyprawiałby w lutym, jego rodacy niespecjalnie zdążyli poświętować.

Polacy, do których koronawirus przywędrował nieco później, już tak. W stolicy prym w tej materii wiódł Iluzjon – bilety na seanse filmów Felliniego rozeszły się w mig (byłam dość niepocieszona posiadaniem tylko dwóch ostatnich biletów na „Casanovę", bo tylko to udało mi się w tej jubileuszowej zbiorowej egzaltacji wyszarpać), podobnie jak te na monodram „Nie lubię pana panie Fellini" w reżyserii Marka Koterskiego, o którym mam nadzieję wspomnieć przy kolejnej okazji.

Parę tygodni potem pandemia zamknęła kina również i u nas i kto chciał, ten świętował w zaciszu domowym. Chwilę po ponownym otwarciu kin Iluzjon postanowił dać Warszawiakom kolejną szansę na obejrzenie dzieł Felliniego. A więc bilety szczęśliwie kupuję, siadam w sali Stolica na pokazie „Nocy Cabirii'. Scena pierwsza, Cabiria wpada do Tybru. Słychać śmiechy z widowni. Cabiria w jednym bucie i przemoknięta wraca do domu, chichot rozlega się ponownie. Cabiria pyskuje, zderza się z oszklonymi drzwiami lub upija się po pielgrzymce – reakcja jest ta sama. A ja, osoba całą historię po wielokrotnym jej zgłębieniu znająca doskonale, zastanawiam się chwilami, co w tym jest zabawnego.

Śmieszne czy nieśmieszne?

Cabiria jest postacią komiczną. Karykaturalna mimika twarzy Giulietty Masiny, która przyniosła jej miano włoskiego Chaplina, potęgowana przez komiksowy wręcz ubiór zdecydowanie nie pasuje do profesji prostytutki. Zawód ten zdaje się być jedynie umowny, bo trudno znaleźć w postaci Cabirii nawet odrobinę seksualności, o obsceniczności nawet nie wspominając. Na dodatek jest niziutka, pyskata, impulsywna. I racja, powierzchownie rzecz ujmując wszystkie wpadki bohaterki, które obserwujemy podczas seansu, są zabawne, nie różnią się wiele od standardowych, komediowych gagów. Jednak ten pozorny komizm jest tylko przykrywką dla ogromnych pokładów smutku i żałości, stopniowo uwalnianych i wręcz potęgowanych z każdą kolejną obiektywnie kuriozalną sceną. Zabawny, nieadekwatny do miejsca w którym się znalazła taniec Cabirii, jej sprzeczki i pyskówki to nic innego jak wypadkowa usilnych starań robienia dobrej miny do złej gry w tym nieprzychylnym dla istot takich jak ona świecie. Jej zachowanie jest również demonstracją wrażliwości i człowieczeństwa, którego zdaje się brakować ludziom ją otaczającym. Wystarczy przewinąć film do sceny z przedstawienia, na którym Cabiria znajduje się przypadkiem.

Mająca serce i patrząca w serce, stojąca w białej koszuli z wiankiem na głowie, chwytająca powietrze i obnażająca swoją delikatną naturę (oraz prawdziwe imię – Maria) przed tłumem, który z niej szydzi Cabiria zdaje się uosabiać zmodernizowaną wersję bohaterki mickiewiczowskiej „Romantyczności". Fellini jednak jest mniej łaskawy dla Giulietty-Cabirii, niż Mickiewicz dla swojej dzieweczki, nie podarowuje jej adwokata w postaci mędrca bądź życzliwego tłumu wieśniaków. Film mimo całej swej wesołości pozostawia niemal wyłącznie gorzki posmak. Naszej włoskiej Karusi do końca będzie „źle w złych ludzi tłumie".

Samotność i odrzucenie są terminami grającymi w „Nocach Cabirii" pierwsze skrzypce. Gorliwe prośby o duchową przemianę i prawdziwą miłość pozostają niespełnione i zignorowane nawet przez Madonnę, do której Cabiria tak żarliwie modli się i woła podczas pielgrzymki. Ale czy to Cabiria, wykorzystywana na mnóstwo różnych sposobów i mimo to wierząca w czyste uczucie potrzebowała tej przemiany? Kolejne pytanie, z którym Fellini niejako nas zostawia.

Oczywiście, mój brak wesołości podczas filmu wynikał z faktu, że oglądałam go tyle razy. Czy ja się śmiałam, kiedy widziałam go po raz pierwszy? Absolutnie niewykluczone a nawet wysoce prawdopodobne. I zapewne większości osób podczas kolejnego seansu moje uczucia zrozumie. Faktem najbardziej dobitnym jest to, iż podczas sceny końcowej nie śmieje się już nikt. Prawdopodobność filmu i niezwykła dbałość o detale aby obraz był jak najbardziej wierny i przypominał faktyczny półświatek rzymskiego marginesu społecznego w latach 50 przygnębienie potęguje. Ta dbałość to efekt między innymi stałej obecności Piera Pasoliniego podczas powstawania filmu i wniknięcia w ten specyficzny z pewnością zarówno wtedy jak i dzisiaj świat. Jednak o kulisach powstawania zarówno „Nocy" jak i reszty arcydzieł Federica Felliniego najlepiej dowiedzieć się będzie z książki Marii Kornatowskiej, która postanowiła polskim widzom twórczość i życie mistrza przybliżyć.

Będzie to niewątpliwie godny element świętowania jubileuszu, na którym cieszenie się jeszcze parę miesięcy nam zostało.

Antonina Steffen
Dziennik Teatralny Warszawa
24 sierpnia 2020

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia