Wolandzie przybywaj na ratunek mieszkańcom Moskwy

"Mistrz i Małgorzata" - Teatr "Rampa" w Warszawie

"Mistrz i Małgorzata", najbardziej znana powieść Michała Bułakowa, została przeniesiona na deski warszawskiego Teatru Rampa. Tego niełatwego zadania podjął się Michał Konarski. Udało mu się to znakomicie. W wyniku pracy reżysera i zespołu aktorskiego powstała tragikomedia. Sztuka, która momentami bawi, ukazuje ludzkie wady i przywary, a jednocześnie odnosi się do bieżących problemów

Widz śmieje się z absurdów, jakie panowały w Rosji lat trzydziestych. Bawi postać Iwana Bezdomnego – w tej roli świetny Konrad Marszałek. Za jedną z najlepszych scen spektaklu z pewnością można uznać tę, w której poeta pojawia się w Gribojedowie. Iwan wyglądał dosyć osobliwie: w jednej ręce trzymał dzwonek, w drugiej świeczkę, a na szyi miał zawieszony wieniec czosnkowy i ikonę. W takim oto stroju mówił o schwytaniu konsultanta. Jego występ wywołał na widowni salwy śmiechu. Jego wtargnięcie przerwało zabawę literatów radzieckich. Ta scena ukazuje konfrontację świetnego przyjęcia u radzieckich literatów z jednej strony, i tragicznej śmierci Berlioza z drugiej (Julian Mere). Nikt z towarzystwa nie przejął się za bardzo jego śmiercią. Wszyscy kontynuują zabawę, jedzą i piją.

Sztuka opowiada również o tym, że w państwie totalitarnym obywatel, określany tutaj mianem „towarzysza”, nie ma żadnego wpływu na to, co się dzieje. Skoro władza może wszystko, to czy pojedyncza jednostka ma szansę o sobie decydować? – to jedno z pytań, nasuwających się na myśl, po obejrzeniu spektaklu. Druga kwestia dotyczy wiary. Nie można żyć w świecie, w którym Boga nie ma. Sam człowiek nie ma wpływu na swoje życie. Może je sobie zaplanować, ale nie wie, czy Bóg nie zaplanował już czegoś innego. W „Mistrzu i Małgorzacie” diabeł chce udowodnić „niedowiarkom”, że Bóg istnieje. Każdy, kto ma wobec tego faktu jakieś wątpliwości może szybko zakończyć egzystencję tak jak Berlioz. Obrazuje to ateizm rosyjskiego społeczeństwa.

Pojawienie się Wolanda i jego pomocników, Korowiowa, Azazella i Behemota, powoduje w Moskwie dużo zamieszania. Ich działania ukazują wady mieszkańców Moskwy: ich zamiłowanie do pieniędzy i pięknych strojów, pod którym kryją się twarze clownów (patrz: przemiana działaczek Massolit-u w wyniku diabelskich sztuczek Wolanda). Można im dużo wmówić, a oni w to uwierzą.

Woland ukazuje również, że dużą rolę w tym społeczeństwie odgrywa donosicielstwo. Berlioz tuż po rozmowie z „konsultantem” chce dzwonić na milicję i złożyć donos. Donosicielstwo było jedną z form przypodobania się władzom. Życie w świecie absurdów i w państwie, gdzie władza ingeruje we wszystkie dziedziny życia nie jest łatwe, a sztuka w reżyserii Michała Konarskiego świetnie to obrazuje.

Na pochwałę \ niewątpliwie zasługuje sztuka aktorska, będąca naprawdę na wysokim poziomie. Artyści grają nie tylko głosem, słowem, ale i gestem oraz mimiką twarzy. Aktorzy na scenie po prostu stali się postaciami z powieści Bułakowa. Tutaj pragnę wyróżnić szczególnie odtwórcę roli Azazella (Andrzej Niemirski)-miał on niesamowicie demoniczny wyraz twarzy przez cały czas trwania spektaklu, ponadto zarówno jegogesty jak i cała postać były niezwykle ekspresyjne. Nie można również pominąć odtwórcy głównej roli, Wolanda (Marek Frąckowiak) - wcielił się on w postać diabła fantastycznie.

Z pozostałych postaci na pochwałę zasługują: dwaj pozostali członkowie diabelskiej świty – Behemot (Daniel Zawadzki), chociaż on rzadko przybierał swoją kocią formę (bo przecież w książce Bułhakowa Behemot występuje prawie cały czas pod postacią kota), i Korowiow (Piotr Fruman). Ich działalność przeważnie kończy się dla innych osób niezbyt szczęśliwie.

Wokół spektaklu roztacza się aura pewnej niezwykłości i niepokoju. To zasługa odpowiedniej oprawy muzycznej, która stanowi kolejną z zalet spektaklu. Wykorzystano również motywy muzyczne z propagandowych filmów sowieckich, „Wołga, Wołga” i „Świat się śmieje”, co dobrze oddaje atmosferę czasów, w jakich toczy się akcja. Ponadto na początku sztuki, zanim jeszcze rozpoczyna się właściwa akcja – na ekranie wyświetlany jest krótki fragment filmowy, przedstawiający zniszczenie rosyjskiej Cerkwi Chrystusa Zbawiciela Skoro jedna z największych cerkwi w Moskwie zostaje zburzona na rozkaz Stalina, to czy jednostka ma jakąkolwiek szansę na samodzielne podejmowanie decyzji? Czy tylko ingerencja sił nieczystych może pokazać towarzyszom, że czasy, w których przyszło im żyć, nie są idealne?

Do spektaklu dużo wnoszą kostiumy zaprojektowane przez Tatianę Kwiatkowską. Każda z postaci posiada strój idealnie dopasowany do tego, kim jest. Członkowie moskiewskiego związku literatów mają ubrania z epoki, czyli z lat trzydziestych XX wieku, świta pozaziemska ubrana jest w stroje idealnie oddające pochodzenie postaci.



„Mistrz i Małgorzata” to sztuka o walce dobra ze złem. Tylko co ciekawe, może się okazać, że działania szatańskie przynoszą więcej korzyści niż szkód. Woland otwiera ludziom oczy na ich ziemskie sprawy.

Jedynym zarzutem, jaki można postawić tej adaptacji powieści Bułhakowa, jest marginalne potraktowanie wątki tytułowych bohaterów. O ile pojawiają się oni na początku spektaklu – w momencie ich pierwszego spotkania, gdy Małgorzata przychodzi z bukietem żółtych kwiatów w dłoni, o tyle w drugiej części przedstawienia właściwie trudno określić, co się właściwie dzieje na scenie oraz jaki to ma związek z pierwszą częścią spektaklu i epizodycznym ukazaniem pary tytułowych postaci. Jest to szczególnie niejasne dla osób, które nie czytały powieści. Małgorzata (Dominika Łakomska) zostaje królową diabelskiego balu, ale ta postać jest zupełnie pozbawiona życia. Stanowi ogromny kontrast w porównaniu z innymi kreacjami aktorskimi. Niestety, nie działa to na jej korzyść. To zrozumiałe, że sztuka teatralna ma określony czas trwania, ale wątek tytułowy powinien być mocniej nakreślony. Wiadomo, jaką funkcję w sztuce pełni postać Mistrza (Robert Kowalski), autora powieści o Poncjuszu Piłacie, natomiast motyw miłości między tytułową parą bohaterów został praktycznie pominięty. Małgorzata jest pogrążona w melancholii i ani trochę nie przypomina królowej...

Małgorzata Judziewicz
Dziennik Teatralny Warszawa
19 kwietnia 2012

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia