Wolę wiedzę od niewiedzy, daje mi poczucie bezpieczeństwa

Rozmowa z Andrzejem Strzeleckim

Kultura jest od tego, by była w wiecznym kryzysie. Nie pamiętam takiego momentu w moim życiu, żeby ktoś powiedział, że nie mamy kryzysu kulturalnego.

Kiedy dostał propozycję roli w "Klanie" postawił jeden warunek: Tadeusz Koziełło musi mieć odjechane hobby i ma być to golf. Dlaczego odmówił udziału w reklamie kleju do protez? I dlaczego internet jest piekielny?

Mateusz Przyborowski: Dzisiejsza sytuacja polityczna w kraju bardzo podzieliła aktorów. To trochę przerażające.

Andrzej Strzelecki:- Wszyscy jesteśmy podzieleni, nie tylko aktorzy.

Mamy kulturą w kryzysie?

- Proszę pana, kultura jest od tego, by była w wiecznym kryzysie. Nie pamiętam takiego momentu w moim życiu, żeby ktoś powiedział, że nie mamy kryzysu kulturalnego. Nawet w okresie największego rozkwitu teatru polskiego też było lekko kryzysowe Mówię trochę przewrotnie, ale zmierzam do tego, że mamy większe kryzysy.
Przede wszystkim mamy kryzys wartości, pogubiliśmy gdzieś punkty odniesienia i to nas, jako społeczeństwo, zatomizowało. Myśmy się rozpadli. Dodatkowo doszedł piekielny, ale fantastyczny internet, który daje ludziom poczucie uczestniczenia w czymś. Jednak tak naprawdę ludzie są tylko obserwatorami na ekranie, a myślą, że w czymś uczestniczą. To jest gówno prawda.

Jest szansa, żebyśmy się na nowo scalili?

- Żadnej.

To jak żyć w takim społeczeństwie?

- Żyjemy w coraz węższych kręgach. Nie mam na ten temat jakichś szczególnych recept, nie mam też złudzeń, że cokolwiek w tej sprawie jakoś się gigantycznie odmieni. Ostatnie momenty wspólnotowego działania mieliśmy w okresie solidarnościowym i od tego czasu sukcesywnie mamy linię pochyłą w dół, a współczynnik tarcia w jednym momencie jest mniejszy, winnym większy.

Kiedy był pan rektorem Akademii Teatralnej, był pan w komitecie poparcia Bronisława Komorowskiego przed wyborami prezydenckimi w 2010 i w 2015 roku. Po ostatnich wyborach prezydenckich mógł pana spotkać taki sam los jak poprzedniego dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu.

- Poparłem kandydaturę Bronisława Komorowskiego z pełnym przekonaniem, że jest to z mojego punktu widzenia wybór słuszny. I dzisiaj też nie mam żadnych wątpliwości, tak samo bym postąpił. Nie wynika to tylko z tego, że znam byłego prezydenta osobiście. Chodzi o filozofię i styl rządzenia, może też trochę o konformizm.

To znaczy?

- Moja wiedza na ten temat daje mi poczucie bezpieczeństwa i wolę wiedzę od niewiedzy. W ten sam wieczór, kiedy Bronisław Komorowski przegrał wybory, zadzwoniłem do niego i zaprosiłem na wygłoszenie wykładu inauguracyjnego w Akademii Teatralnej. Zgodził się, aja wiedziałem, że kiedy będzie wygłaszał wykład, nie będzie już prezydentem.

Trochę pod prąd pan postąpił.

- Na całym świecie, w dowolnej uczelni występ z wykładem byłego lub obecnego prezydenta jest aktem nobilitującym tę uczelnię. Bezdyskusyjnie. W naszej szkole wystąpienie mieli już Aleksander Kwaśniewski i Donald Tusk. Nigdy nie udało mi się zgrać terminu z Adamem Michnikiem. Słuchaczami takiego wykładu są młodzi ludzie, a były prezydent z całą pewnością ma więcej do powiedzenia niż cały szereg innych osób, to po pierwsze. Po drugie, Kwaśniewski i Komorowski mówili rzeczy bardzo interesujące.

Na pewno wkurzył pan tym zaproszeniem obecnego prezydenta. W końcu to Akademia Teatralna z tradycjami, do tego w stolicy kraju.

- W ogóle się nad tym nie zastanawiałem. Premier czy prezydent mojego kraju, który ma czas, żeby porozmawiać z młodzieżą, jest okej. Dla takiego pokolenia, które nie ma w sobie naturalnego genu społecznego i politycznego, raz na jakiś czas spotkanie z tym, co jest polityką, nie jest rzeczą naganną. Od czasu do czasu takie spotkanie powinno mieć miejsce.

Policzki rozbolały mnie ze śmiechu już po przeczytaniu pięciu stron "Człowieka z parawanem", pana ostatniej książki.

- Strasznie mi miło. Pisałem ją dość krótko, bo nieco ponad miesiąc. Ale żeby czemuś poświęcić krótki czas, trzeba najpierw kilka ładnych lat przeżyć. W taki, a nie inny sposób i w takich, anie innych okolicznościach. Wspomnień jest dużo, bo długo żyję (śmiech). I nie powtórzyłem ani jednego wydarzenia z mojej poprzedniej książki ("Człowiek w jednej rękawiczce" - red.).

Dowiadujemy się z książki, że do szkoły teatralnej zdawał pan z ciekawości, a cały egzamin mógłby być scenariuszem do skeczu kabaretowego. Co powiedział pan mamie, kiedy wrócił do domu?

- Że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

I po tylu latach nic się nie zmieniło?

- Nic. Wszystkie rzeczy, które mnie w życiu spotkały, zaczęły się od tej szkoły.

Widzowie utożsamiają aktora z postacią, którą gra. Dzisiaj większości telewidzom jest pan znany z serialu "Klan", gdzie wciela się pan w postać Tadeusza Koziełło. I muszę przyznać, że złapałem się na tym utożsamianiu. Czytając książkę, na przemian miałem przed oczami pana jako pana i pana jako Koziełłę. Ta serialowa łatka mocno została do pana przypięta?

- Aż tak bardzo się tym nie przejmuję, nawet jeśli została do mnie przypięta. Nie mam poczucia, że to mnie strasznie napiętnuje. Mogę robić w życiu wiele różnych rzeczy i z całą pewnością aktorstwo nie jest tą pierwszą.

Gra pan też w golfa. W "Klanie" Koziełło ze swoim przyjacielem Pawłem Lubiczem (w tej roli Tomasz Stockinger - red.) również uprawiają ten sport. Wiem, że wprowadzenie golfa do serialu był pana autorskim pomysłem.

- To był mój warunek. Zaproponowano mi udział w serialu, miałem być kontrapunktem dla Stockingera, facetem z jakimś odjechanym hobby. Powiedziałem, że się zgodzę, jeśli tym hobby będzie golf, bo uznałem, że to dobry moment, by go rozpropagować.

Kiedyś mówiło się, że golf to sport dla elity. Ale chyba na ten sport trzeba mieć czas?

- Czas mają ci, którzy są w sytuacji, że kto inny na nich pracuje. Ale to nie jest jedyny optymistyczny warunek tego sportu, ponieważ w świecie bez żadnego problemu golf uprawia klasa średnia. W Polsce również. Ten sport, w kosztach, jest porównywany z narciarstwem. Tylko że narciarstwo może pan w Polsce uprawiać przez kwartał, a w golfa grać przez trzy kwartały.

Wiele razy gościł pan w legendarnym Lee Strasberg Theatre and Film Institute w Nowym Jorku i West Hollywood. Przyjaźni się pan z Anną Strasberg, trzecią żoną Lee Strasberga, założyciela instytutu. Absolwentem tej szkoły są m.in. Al Pacino, Julia Roberts i Alec Baldwin. To dzięki takim aktorom Amerykanie mają najlepsze filmy, czy jeszcze z innego powodu?

- Na pewno ci aktorzy to poważny kapitał ludzki. Stany Zjednoczone to gigantyczny kraj, złożony z wielu narodowości i każdy w tę kulturę amerykańską wnosi swój ślad. Dlatego to bogactwo jest tak wielkie. Reżyserzy, jak Francis Ford Cop-pola czy Martin Scorsese, nie mają korzeni amerykańskich. Stany Zjednoczone mają najwięcej pieniędzy i importują najlepszych ludzi, w tej grupie mamy też licznych Polaków. To cala wręcz kolonia operatorów i scenografów.

Polacy mówią, że nasz kraj bardzo odstaje od Stanów Zjednoczonych.

- To nie jest prawda. Nie odstajemy, jeśli chodzi o sferę intelektualną, a nawet techniczną. Mamy w Polsce studia, gdzie można robić filmy na takim samym poziomie, jak Amerykanie. Nie ma przepaści, różni nas za to liczba filmów - za oceanem robi się ich kilkaset rocznie, w Polsce 25, bo nie mówię o massa tabulettae tego rynku.

W książce wspomina pan też Paolo Conte, który w Polsce jest postacią mało znaną. Ja poznałem go dzięki pana książce. Reżyserował pan jego jedyny koncert w naszym kraju.

- W Teatrze Polskim przy okazji OPPA, festiwalu piosenki autorskiej. To było kilka lat temu, ale nie pamiętam dokładnie roku. Przepraszam.

To było dla pana duże przeżycie? Na koncertach Conte we Włoszech, w Szwajcarii i Francji szaleją tłumy fanów.

- Poznałem go już wcześniej i rozmawiałem z nim wcześniej. A przeżywałem to w ten sposób, że ściągnąłem na jego występ masę znajomych, muzyków i kompozytorów, którzy znali Conte pobieżnie. Chciałem, żeby koniecznie zobaczyli go na żywo.

Koncertów reżyserował pan więcej, np. Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu czy Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

- Ale to też nie jest mój główny zawód (śmiech).

A co?

- Reżyseria!

No tak, ma pan na koncie ponad sto przedstawień w teatrze.

- I większość muzycznych.

Strasznie późno kończy pan zajęcia ze studentami! (Rozmawialiśmy po ich zakończeniu w czwartek o godz. 21.30 - red.).

- To w ogóle nie jest późno.

?!

- Kiedy ja studiowałem, to wychodziłem ze szkoły nie wcześniej jak o północy. Dzisiaj, niestety, jest wiele niepomiernych rzeczy, które odciągają studentów od murów szkoły. Gdzieś biegają, mają swoje inne aktywności. A my siedzieliśmy w szkole do nocy. Trochę rozmawialiśmy, trochę śpiewaliśmy, trochę graliśmy w karty.

Smutno panu, że pana studenci tak szybko wyfruwają z budynku akademii?

- Jeżeli oni sami z siebie nie mają takich potrzeb czy nawyków, to ja ich nie odmienię. Czy mi smutno? Najbardziej jest mi smutno, że nie jestem w ich wieku!

Właśnie mi się przypomniała pańska historia z reklamą kleju do protez zębowych. Tak serio: myślał pan, żeby skorzystać z propozycji udziału w tej reklamie?

- Jeśli ta kobieta zadzwoniłaby do mnie drugi raz, to bym się poważnie zastanowił (w książce Strzelecki pisze, że poprosił przedstawicielkę producentów reklamy, by zadzwoniła następnego dnia, a on jej wtedy da ostateczną odpowiedź - red.). W końcu chodziło o gigantyczną kasę.

Sto tysięcy złotych.

- Jako rektor nie bardzo wypadało mi wziąć w niej udziału. I to nie w tej konkretnej reklamie, ale reklamie w ogóle. Profesorowie bez funkcji kierowniczej dyskontują w reklamie swoje życie zawodowe. Z rektorem jest trochę inaczej i pewnie miałbym z tym problem, ale...
Gdyby stawkę podwojono, to przeznaczyłbym połowę na szkołę i nie byłoby źle.

Na pewno byłoby to medialne.

- Nie. To znaczy w szkole pewnie by się dowiedzieli, ale na pewno nie ode mnie. Albo robi się coś, bo się tak uważa, albo żeby nagłośnić sprawę i dowartościować siebie.

Tak sobie jednak myślę, czy aktor w ogóle powinien reklamować klej do protez zębowych...

- To tak jak z burdelem i kobietą, która przyzwala na taki akt. Jeżeli bierze się pod uwagę udział w reklamie, to nie ma znaczenia, czy jest to wino, szczęka albo samochód.

Nadal kolekcjonuje pan pantofelki z porcelany?

- Już przestałem, ponieważ nie mieszczą mi się na regale. A nie jestem głupi, żeby kupować drugi regał, bo po cholerę mi on.

___

Andrzej Strzelecki - urodził się w 1952 w Warszawie. Absolwent Wydziałów Aktorskiego (1974) i Reżyserskiego (1980) Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, przekształconej w Akademię Teatralną im. Aleksandra Zelwerowicza. W latach 1974-1981 był związany z Teatrem Rozmaitości w Warszawie. Był twórcą i współzałożycielem kabaretu "Kur" (1974) oraz aktorem Teatru Rampa, w którym w latach 1987-1997 pełnił funkcję dyrektora naczelnego i artystycznego. Zagrał m.in. w "Przepraszam, czy tu biją?", "Ostatnim biegu", "Kuchni polskiej", "W pustyni i w puszczy" i serialu "Klan". Profesor sztuk teatralnych, rektor warszawskiej Akademii Teatralnej (2008-2016), gracz i działacz golfowy. (Filmpolski.pl.)

Mateusz Przyborowski
Gazeta Olsztyńska
17 stycznia 2017

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia