Wolne miasta

W połowie lipca Narodowe Centrum Kultury ogłosi ranking miast najbardziej sprzyjających kulturze

Gdy państwo, zamiast bronić wolności sztuki, zaczyna na tę wolność wpływać, oczy artystów i ludzi kultury z nadzieją kierują się w stronę samorządu - pisze Edwin Bendyk w Polityce.

Władze miast i gmin muszą zdać sobie sprawę, że to na nich dziś spoczywa odpowiedzialność za kulturę w Polsce, przekonywał Paweł Łysak, dyrektor warszawskiego Teatru Powszechnego, podczas Lubelskiego Kongresu Kultury. Jego teatr znalazł się na linii ognia, gdy Oliver Frljić wystawił tu "Klątwę". Spektakl wywołał burzę, został okrzyknięty bluźnierstwem, prokuratura wszczęła postępowanie, a najbardziej zmobilizowani antywidzowie spod szyldu ONR i skrajnej prawicy, uzbrojeni w race i kije, ruszyli pod znakiem falangi na teatr, by wymusić zdjęcie sztuki z afisza. Teatr się obronił, m.in. dzięki mobilizacji społeczności widzów i zdecydowanej postawie ratusza: "Nigdy nie było i mam nadzieję, że nigdy nie będzie w warszawskim ratuszu cenzury. Wolność słowa kończy się tam, gdzie zaczyna się obraza uczuć religijnych kogokolwiek. Natomiast nie decyduje o tym prezydent miasta, tylko sąd" - stwierdził tuż po premierze "Klątwy" Michał Olszewski, wiceprezydent miasta.

Inne zdanie wyraziło Ministerstwo Kultury w "komunikacie w sprawie zajść przed Teatrem Powszechnym w Warszawie" z 26 kwietnia br. Kierownictwo resortu przyznaje w nim, że "zna kształt spektaklu Klątwa z przekazów medialnych i recenzji". Ta skromna wiedza pozwala wyrazić ubolewanie z powodu zamieszek, zamiast jednak potępienia przemocy bojówek skrajnej prawicy dostaje się władzom Warszawy - bo to one prowadzą Powszechny, więc gdyby chciały, mogłyby w nim zrobić porządek. A wtedy nie byłoby i rozrób.

Podobnym rozumieniem wolności sztuki wykazał się minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński już w pierwszych dniach urzędowania, gdy próbował przy pomocy swych urzędników wpłynąć na samorząd województwa dolnośląskiego, by nie dopuścił do premiery "Śmierci i dziewczyny" we wrocławskim Teatrze Polskim. Ministra i wicepremiera przeraziła zapowiedź, że w spektaklu Eweliny Marciniak wystąpią czescy aktorzy porno. Samego Olivera Frljicia otacza dziś aura klątwy - kto się z nim zadawał lub zadaje, wypada z łask resortu. I tak tegoroczny poznański festiwal Malta nie otrzymał, mimo umowy z Ministerstwem Kultury, dotacji, bo jego kuratorem jest właśnie "prowokator Frljić". Z kolei bydgoski Teatr Polski nie dostał dofinansowania na Festiwal Prapremier, jedno z najbardziej uznanych wydarzeń teatralnych w Europie. Trudno się jednak dziwić, skoro podczas poprzedniej (i ostatniej) edycji festiwalu skandal wywołał, no właśnie, Oliver Frljić spektaklem "Nasza przemoc i wasza przemoc".

To jednak nie chorwacki reżyser jest problemem dla kultury w Polsce, jest on jedynie symptomem problemu prawdziwego - władzy państwowej przekonanej, że dysponuje demokratycznym mandatem do określania, nawet bez znajomości dzieł, jaka kultura i sztuka jej się podoba, a więc godna jest wsparcia publicznym groszem, a jaka nie, w związku z czym nie powinna gościć w publicznych instytucjach. Tyle tylko, że z budżetu państwa idzie ok. 20 proc. publicznych pieniędzy wydawanych w Polsce na kulturę. Reszta jest w rękach samorządów, które na ten cel przeznaczają 3-4 proc. swoich budżetów (państwo ok. 1 proc). Stąd właśnie apel Pawła Łysaka do samorządowców.

Czy jednak dyrektor Teatru Powszechnego dobrze lokuje swoje nadzieje? Przecież wspomniany wcześniej Teatr Polski we Wrocławiu, do niedawna jedna z najważniejszych scen w Polsce, dogorywa, bo tak o jego losie zadecydowała władza samorządowa województwa dolnośląskiego. Minister kultury jedynie nie przeszkodził w wyborze nowego dyrektora, a teraz utrudnia jego odwołanie, broniąc czystości procedur. I to nie ministerstwo doprowadziło do zmiany na stanowisku dyrektora wrocławskiego Muzeum Współczesnego. Dorota Monkiewicz, która stworzyła tę instytucję i nadała jej metropolitalny, międzynarodowy sznyt, musiała odejść, a cała prowincjonalna awantura rozegrała się w czasie, gdy Wrocław z dumą realizował program Europejskiej Stolicy Kultury.

Teatr Polski w Bydgoszczy, owszem, nie otrzymał pieniędzy na Festiwal Prapremier, ale to nie Piotr Gliński nie przedłużył kontraktu Pawłowi Wodzińskiemu. Gospodarzem sceny jest miasto i to bydgoski ratusz zdecydował o wyborze nowego dyrektora. W efekcie Teatr Polski straci nie tylko Wodzińskiego, ale i część znakomitego zespołu, która zdecydowała podążyć za swym liderem.

W Olsztynie to również nie minister kultury odwołał w skandaliczny sposób, tuż przed szczytem sezonu, Agnieszkę Kołodyńską, dyrektorkę Miejskiego Ośrodka Kultury. Nie pomogły bardzo dobre oceny tworzonego przez nią programu ani protesty środowisk animatorów w całej Polsce. Prezydentowi do podjęcia decyzji wystarczyły niepotwierdzone zarzuty o mobbing. I to nie minister nie przyznał dotacji na uznany festiwal MultiArt w Kaliszu, tylko władze miasta. (Organizatorzy nie poddają się i XI edycja festiwalu odbędzie się we wrześniu).

Przykłady niepokojące, czy jednak można na ich podstawie wnioskować, jaka jest samorządowa norma w podejściu do kultury? Bardziej systematyczny obraz od lat tworzy kierowany przez Artura Celińskiego zespół programu DNA Miasta, związany z "Magazynem Miasta" i "Res Publicą Nową". Polityki kulturalnej nie można oceniać jedynie na podstawie incydentów, pojedynczych decyzji personalnych.

Gdzie najlepiej? Jak odpowiedzieć na to pytanie? Analizując miejskie dokumenty, budżety, statystyki i rozmawiając na miejscu z zainteresowanymi. W efekcie powstaje ciekawy obraz samorządowej polityki kulturalnej, przekładający się na monografie przedstawiające miejskie kulturalne DNA. - Nasze obserwacje nie dają powodu do euforii - zauważa Artur Celiński. - W wielu ośrodkach dominuje zasada, że jeśli nie ma skandalu w kulturze wywołanego np. sprawami personalnymi, to już dobrze. Ale też są miasta, które wyłamują się z tego schematu, pokazując, że ambitne zarządzanie kulturą jest możliwe.

Tu Celiński wskazuje jako przykłady Gdańsk - silnie wspierający rozwój żywej kultury poza klasycznymi instytucjami, Poznań wybijający się strategią wspierania organizacji pozarządowych, Warszawę z jej programem edukacji kulturalnej, Lublin ze swoim zintegrowanym myśleniem o mieście i jego kulturze. Koszalin finiszujący z pracami nad strategią dla kultury. Nie brakuje mniejszych ośrodków, jak Jelenia Góra i błyszczący na kulturalnym firmamencie Sopot. To znowu tylko ilustracje, w połowie lipca Narodowe Centrum Kultury ogłosi ranking miast najbardziej sprzyjających kulturze, opracowany przez zespół DNA Miasta.

Przywołany przez Artura Celińskiego Lublin to rzeczywiście szczególny punkt w archipelagu samorządowych wysp kultury w Polsce. Dzieje się dużo i dla każdego, o czym najlepiej można się przekonać co roku na początku czerwca podczas Nocy Kultury. Zapalnikiem przemian stały się starania Lublina o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury (w ostatecznym rezultacie wygrał Wrocław). Praca nad aplikacją wywołała niezwykłe zaangażowanie nie tylko środowisk profesjonalnie zajmujących się kulturą, ale także organizacji społecznych, aktywistów i mieszkańców. Odkryli, że mają okazję do opowiedzenia sobie miasta na nowo, a wspólna rozmowa i praca ich zintegrowała. Gdy więc Waldemar Tatarczuk, dyrektor Galerii Labirynt, rzucił hasło, by tydzień po tegorocznej Nocy Kultury zorganizować Kongres, nie musiał się obawiać o brak odzewu.

Programu Kongresu nie tworzył żaden komitet, tylko sami jego uczestnicy (zarejestrowało się ich blisko 300) - w toku prac przygotowawczych zgłosili ponad 40 tematów, które w trakcie obrad podjęły stoliki robocze. Krzysztof Żuk, prezydent miasta, podczas debaty otwierającej Kongres zapowiedział, że czeka na dobre propozycje i szczególnie liczy na rozwiązania zwiększające uczestnictwo w kulturze i sprawach miasta. W odpowiedzi Kongres wypracował kilkaset postulatów - ich liczba nie jest jednak miarą apetytu ludzi kultury na miejską kasę. Bo ich treść pokazuje, że po wielkiej mobilizacji związanej ze staraniami o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury nadszedł czas dostrajania powstałego wówczas systemu i żmudna robota, by włączyć w życie miasta ludzi z niepełnosprawnościami, studentów spoza miasta i z zagranicy, imigrantów, otworzyć instytucje na nowe zjawiska i potrzeby mieszkańców, poprawić mechanizmy dystrybucji pieniędzy, których mimo rosnących nakładów z kasy miejskiej ciągle jest zbyt mało. - Kongres był spotkaniem bardzo rzeczowym, pełnym namysłu, bez euforii, ale i bez poczucia jakiegoś kryzysu. W niektórych głosach pojawiała się tęsknota za jakimś nowym wielkim wyzwaniem i mobilizacyjnym zrywem, jednak przeważało przekonanie, jak wiele można zmienić, usprawniając istniejący system. Dużą wartością Kongresu było spotkanie różnych środowisk, otwierające perspektywy wspólnego działania - podsumował Waldemar Tatarczuk.

Dojrzałość, jaką osiągnął Lublin w tworzeniu ekosystemu miejskiej kultury, nie jest, niestety, w polskim samorządzie normą. Gorzej - nawet, gdy taki system już powstanie, nie ma gwarancji jego trwałości i rozwoju. Jak zauważa Wojciech Szuniewicz, dyrektor Krotoszyńskiego Ośrodka Kultury, przekleństwem samorządu jest populizm kulturalny, który wyraża się w tym, że gminne pieniądze wydawane są głównie na rozrywkę i disco polo, a nie na aktywność kulturotwórczą. I przekonuje, że gdyby samorządy skoncentrowały się na wspieraniu kultury, kierując się kryterium jakości, a nie ulegały prostym gustom, w Polsce doszłoby do rewolucji kulturalnej i zwiększenia uczestnictwa w kulturze. Na razie udaje mu się w Krotoszynie: - Trzy lata temu namówiłem radę miejską, żeby nie robić dni miasta, tylko zrealizować cykl dobrych koncertów Więc Wiec, w trakcie których wiecujemy na rzecz uczestnictwa w kulturze. Zmianę kontynuuję, ale oprócz dużego wsparcia spotkał mnie za to też zalew hejtu, włączania mnie do rozgrywek politycznych.

Podejście łączące jakość z atrakcyjnością oferty jest możliwe nie tylko w Krotoszynie i Lublinie, co pokazują doskonale stołeczne Beniowskie Centrum Kultury, kierowane przez Marcina Jasińskiego, gdzie odbyła się premiera nagradzanego spektaklu "Piłkarze" [na zdjęciu] w reżyserii Małgorzaty Wdowik, czy Białołęcki Ośrodek Kultury, w którego ofercie można znaleźć m.in. koncert Jana Garbarka. Z kulturą w samorządach jest jak z demokracją. Może być przestrzenią zaangażowania i uczestnictwa dla każdego, może być obszarem wykluczeń, może też przekształcić się w populistyczną arenę żywiącą się łatwymi emocjami tłumu. Dlatego - jak podkreśla Aleksandra Szymańska z gdańskiego Instytutu Kultury Miejskiej - ważne jest, by obszar kultury nie był poddawany bezpośrednim naciskom politycznym, przed czym najlepszą ochronę stanowi przestrzeganie autonomii instytucji kultury i sztuki, wolności artystów i dbanie o pluralizm w dystrybucji środków.

W apelu Pawła Łysaka do samorządu, by wziął na poważnie odpowiedzialność za kulturę i sztukę, uwidacznia się więc podwójna stawka: rozwoju samej kultury, jak i stanu demokracji w Polsce.

Edwin Bendyk , współpraca Urszula Schwarzenberg-Czerny
Polityka
3 lipca 2017

Książka tygodnia

Banialuka Bielsko-Biała 70 lat
Teatr Lalek Banialuka, Bielsko-Biała 2017
Lucyna Kozień - koncepcja i redakcja

Trailer tygodnia