Wolność cenię najbardziej

Z Michałem Aniołem - aktorem teatralnym, filmowym, telewizyjnym i radiowym - rozmawia Krzysztof Lubczyński

- Tadeusz Łomnicki był między młotem a kowadłem. Towarzysze z KC źle znosili jego nieposkromiony charakter nie pasujący do aparatu, a "Solidarność" potraktowała go jako strasznego kacyka partyjnego - mówi aktor Michał Anioł.

Krzysztof Lubczyński: Lubisz swoje imię i nazwisko, w tym właśnie zestawieniu?

Michał Anioł - Lubię, nawet czasem mnie bawi. Po śmierci ojca, porządkowałem stare mieszkanie i znalazłem dwie bajki, które napisałem i zilustrowałem jako sześciolatek. Gdybym miał talent plastyczny i dostałbym się na Akademii Sztuk Pięknych, to myślę, że wystawa malarska pod takim imieniem i nazwiskiem miałaby wzięcie. Tamte bajeczki pisałem, drukowanymi literami i ilustrowałem wspólnie z bratem, pod firmą oczywiście "Nasza Księgarnia" i podpisałem je tak: napisał pan Michał Anioł i pan Sławomir Anioł.

O czym były te bajeczki?

- O samotnym Dżonie i o samotnym Dicku. Wykorzystałem do tego kartki z dalekopisami PAP, które przynosił do domu mój ojciec, dziennikarz. Pamiętam, że to pisanie dawało mi niesamowite uczucie wolności, że mogę pisać co mi się żywnie podoba, podczas gdy w rzeczywistości byłem chłopcem stłamszonym, przestraszonym, nieśmiałym, zamkniętym sobie, nadwrażliwym. Poczucie wolności dawała mi jeszcze telewizja, to co można było zobaczyć na malutkich ekranach odbiornika "Wisła" i "Belweder", zwłaszcza westerny, filmy przygodowe. Z kina pamiętam westerny "Rio Bravo", "Vera Cruz", "Siedmiu wspaniałych", które potem chadzały też w telewizji z tekstem polskim czytanym przez Jana Suzina. Telewizja z Suzinem, Eugeniuszem Pachem i Edytą Wojtczak, to była wtedy przygoda. Poczucie wolności dawało mi też radio ze skalą, na której były napisane nazwy miast i po której wodziło się gałką słuchając różnych języków.

Z niej i z kina wywiodłeś marzenie, żeby zostać aktorem?

- Tak, już jako 9-latek, choć i wcześniej chciałem być szoferem. Po latach polubiłem więc filmy drogi, takie jak "Strach na wróble", "Swobodny jeździec", czy "Nocny kowboj". Ameryka zawsze kojarzyła mi się z wolnością, przez swoje odludzia, wolne przestrzenie, prerie, góry, doliny i kaniony. Nie lubię wielkich miast i tłoku, dlatego kompletnie nie pociąga mnie np. Japonia. A świat aktorski zawsze mnie pociągał.

No i 10 lat później przystąpiłeś do egzaminu w warszawskiej szkole teatralnej. Z czym wystąpiłeś przed komisją egzaminacyjną?

- Zanim do tego doszło przyjeżdżałem rowerem na Miodową, żeby oglądać sławnych aktorów, ale ciągle miałem poczucie, że jestem za mało zdolny, za niski, za brzydki. A wystąpiłem z "Ocalonym" Tadeusza Różewicza. "Mam 24 lata, ocalałem prowadzony na rzeź ...(...) Szukam mistrza i nauczyciela, niech przywróci mi wzrok, słuch i mowę, niech jeszcze raz nazwie rzeczy po imieniu, niech oddzieli światło od ciemności". Zawsze pociągały mnie teksty mocne, konkretne, takie jak "Reduta Ordona", "Bagnet na broń" czy "Pogrzeb prezydenta Narutowicza", a nie liryka w rodzaju Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. I kiedy mówiłem tego Różewicza, zasugerowano mi, bym powiedział to jak na wiecu. Wyobraziłem więc sobie taki tłum, który słuchał Gomułki na placu Defilad 19 października 1956 roku i mocno wypowiedziałem ten wiersz.

Jaka była reakcja?

- Cisza. Pomyślałem, że zrobiło to na komisji dobre wrażenie, a poza tym w końcu zostałem przyjęty.

Kto był w komisji?

- Między innymi Andrzej Łapicki, wtedy bożyszcze, u szczytu sławy. Siedział sobie na luzie i kiedy zacząłem recytować "Pogrzeb prezydenta Narutowicza" Tuwima, powiedział: "Kochany, ty recytujesz, a powiedz to tak normalnie".

Rektorem był wtedy Tadeusz Łomnicki, jak go wspominasz?

- Genialny aktor, jeden z największych na świecie. To był nie tylko mój mistrz. Wspaniały hipnotyzer. Potrafił być straszny, wpadał w szały, ale bywał też czarujący, dowcipny, miał ogromnie bogatą osobowość.

"Solidarność" bardzo źle go potraktowała...

- Tak, odebrano mu ten Teatr na Woli, który stworzył, czyniąc go w pewnym momencie jednym z najlepszych teatrów Warszawy, a może i Polski. Odebrano mu salę pod śmiesznym pretekstem odzyskania jej dla potrzeb kółka fotograficznego i wędkarskiego. On był między młotem a kowadłem. Towarzysze z KC źle znosili jego nieposkromiony charakter nie pasujący do aparatu, a "Solidarność" potraktowała go jako strasznego kacyka partyjnego. Przed odejściem zdążył jeszcze wystawić "Amadeusza", o Mozarcie, z udziałem Romana Polańskiego. Trzeba sobie wyobrazić to wrażenie, jakie wywołała wielka gwiazda hollywoodzka w końcu, w tym teatrzyku na Woli. Dla mnie Łomnicki był ojcem teatralnym, tak jak matką Zofia Mrozowska, bardzo dla nas dobra i ciepła.

Studiowałeś na jednym roku z Grażynę Szapołowską, Cezarym Morawskim, Marcinem Trońskim. Czujesz się spełniony w zawodzie?

- W sumie tak, choć najważniejszą dla mnie rolę teatralną zagrałem nie Polsce, ale w Kanadzie, gdzie spędziłem 10 lat życia. To był Pozzo w "Czekając na Godota" Becketta. Nie mam w sobie jednak dość często w tym zawodzie występującej cechy zawiści w stosunku do dokonań innych. Umiem podziwiać kolegów. Mój ulubiony aktor polski to wspaniały, ale dobry i ciepły Janusz Gąjos, a z obcych Al Pacino, Robert de Niro i Jack Nicholson.

Jakie realizacje filmowe ze swoim udziałem najlepiej wspominasz?

- Oczywiście serial "Przyjaciele" Andrzeja Kostenki, "Podróże pana Kleksa" Krzysztofa Gradowskiego czy "Pensję pani Latter", do której osobiście zaprosił mnie pan Stanisław Różewicz.

Dlaczego wyemigrowałeś na 10 lat do USA i Kanady?

- To był rok 1987. Czułem się wypalony zawodowo, trochę za dużo balangowałem, miałem za sobą mnóstwo romansów i trzy małżeństwa. Poza tym pod koniec lat 80. narosły nastroje beznadziei, a ponadto namówiła mnie na to moja ówczesna dziewczyna. Dostałem azyl polityczny.

Byłeś zaangażowany w opozycję?

- Nie czułem się jakimś specjalnym opozycjonistą, choć współpracowałem trochę z księdzem Popiełuszko. Polityka nigdy nie stała się dla mnie pasją i tak jest do dziś. Pasją było aktorstwo, teatr. Na potwierdzenie tego przywołam takie zdarzenie. W Kanadzie próbowaliśmy w prywatnym mieszkaniu "Godota". Grałem go tak ostro, tak głośno, że sąsiedzi, którzy myśleli, że kogoś mordują, wezwali policję, która weszła do nas z bronią. W latach 1989-1998 mieszkałem w Kanadzie i USA. Studiowałem w najstarszej amerykańskiej szkole aktorskiej "The American Academy of Dramatic Arts", którą ukończyli m.in. Robert Redford, Kirk Douglas, Anne Bancroft i Grace Kelly. Grałem w teatrach kanadyjskich i serialach amerykańskich, "Millenium" (Twentieth Century Fox) oraz "The Sentinel" (Paramount Pictures). W Kanadzie prowadziłem studio aktorskie.

Co skłoniło Cię do powrotu?

- Chęć ponownej zmiany, bo Ameryką już się nasyciłem. Ciekawość tej nowej Polski. Do powrotu namawiał mnie Tadeusz Łomnicki, mój mentor. Dostałem od niego list. Doszedł do mnie już po jego śmierci.

Masz jakąś swoją metodę pracy nad rolą? Jak np. przygotowałeś postać generała Kazimierza Witaszewskiego do realizacji spektaklu "Afera mięsna" o sprawie Stanisława Wawrzeckiego?

- Bronię się przed jakąś metodą. Do każdego zadania podchodzę indywidualnie. Miałem pewne wyobrażenie jak mam zagrać tego człowieka, symbol "betonu", człowieka która miała straszną opinię stupajki, nazywanego "gazrurką". Atmosfera gmachu byłego KC ułatwiła mi ożywienie w sobie takiego klimatu. Pomogła mi też pamięć takich filmów jak "Człowiek z żelaza" czy "Człowiek z marmuru" A. Wajdy.

Jakie masz teraz plany?

- Trochę się ustabilizować w życiu, bo ciągle mi do tego daleko. I znaleźć czas i koncentrację, by zacząć pisać. Ten dziecięcy jeszcze imperatyw, by pisać, żyje we mnie. Chciałbym napisać coś dużego może powieść, może dramat. Strasznie dużo nagromadziło się we mnie doświadczeń i chciałbym je wykorzystać. A poza tym pisanie to wielka wolność twórcza. Chyba największa w sztuce. Nic poza nami samymi nas nie krępuje, kiedy siedzimy nad białą kartką papieru.

Dziękuję za rozmowę.

___

Michał Anioł - ur. 11 maja 1954 w Warszawie. Absolwent warszawskiej PWST (1977). W latach 1977-1984 byt aktorem warszawskiego Teatru Na Woli, 1984-1986 - Teatru Narodowego. Współpracował m.in. z takimi reżyserami, jak: Jerzy Krasowski, Tadeusz Łomnicki, Roman Polański, Ludwik René, Krystyna Skuszanka, Andrzej Strzelecki, Stanisław Tym. Debiutował w 1977 w "Zimowej opowieści" Szekspira jako Mamiliusz. Inne role, to m.in. Maty Mnich w "Życiu Galileusza", w reż. L. René, Partyzant w "Do piachu" w reż. T. Łomnickiego, Kapitan w "Niebezpiecznie, panie Mochnacki" w reż. J. Krasowskiego, Zalotnik w "Amadeuszu" w reż. R. Polańskiego, Poeta w "Lilii Wenedzie" w reż. K. Skuszanki, On w "Apetycie na czereśnie" A, Osieckiej. W Teatrze Telewizji, m.in.: "Zimowa opowieść" w reż. Z. Mrozowskiej (1977), "Wesele" St. Wyspiańskiego jako Wojtek w reż. Jana Kulczyńskiego (1981). Na ekranie telewizyjnym zadebiutował w serialu "Polskie drogi". W pełnometrażowej produkcji fabularnej zadebiutował w roku 1979 w telewizyjnym filmie "Wege in der Nacht" rolę partyzanta. Zagrał też Michała Szczerbica w filmie "Karate po polsku" W. Wójcika (1982), Studenta w "Pensji pani Latter" w reż. St. Różewicza (1985), Kapitana Kwaterno w "Podróżach Pana Kleksa" K. Gradowskiego (1985). Seriale telewizyjne: "Polskie drogi" (1976), "Lalka" (1977), "Noce i dnie" (1979), "Przyjaciele", "Dorastanie" (1988), "W labiryncie" (1988-1990), "Klan" (1997-2007), "Miodowe lata" (2001), " Na dobre i na złe", "Samo życie", "Na Wspólnej", "Glina", "Mrok", "Kryminalni".»

Krzysztof Lubczyński
Dziennik Trybuna
30 czerwca 2020

Książka tygodnia

Starożytny teatr i dramat w świetle pism scholiastów. Leksykon
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Katarzyna Chiżyńska, Jadwiga Czerwińska, Małgorzata Budzowska

Trailer tygodnia

Miłość do trzech pomar...
Zbigniew Głowacki