Wolność nierealna

Rozmowa z Marią Sartovą

Przyzwyczaiłam się do tego, że na Zachodzie śpiewacy grają lepiej. Grają jak aktorzy dramatyczni. Mają fajny sposób myślenia. Przyzwyczajona jestem do wspaniałych aktorów w operze. Nie śpiewaków, a właśnie aktorów. Po raz pierwszy w Polsce udało mi się w tym teatrze zobaczyć zespół, który zaczyna wychylać się w tę stronę. Któremu się to podoba, który zaczyna szukać w tych rejonach. To jest bardzo fajne, bo widzę, że ktoś żyje i gra.

Z Marią Sartovą, reżyserką opery "Don Giovanni" w Teatrze Wielkim w Łodzi, rozmawia Olga Śmiechowicz.

Olga Śmiechowicz: W jakiej perspektywie ustawia się „Don Giovanni" z łódzkiego Teatru Wielkiego wobec tradycji wystawień tej opery?

Maria Sartova: W swoim życiu widziałam oczywiście bardzo wiele wykonań tej opery; filmowych, operowych, również teatralnych odnoszących się do Moliere'a i muszę powiedzieć, że (poza warstwą muzyczną, wspaniałymi głosami) nie było we mnie zbyt wielkiego zafascynowania tym dziełem. Długo nie potrafiłam sobie uświadomić dlaczego. Zawsze miałam problemy ze stroną wizualną tego dzieła. Wydaje mi się, że moja intuicja zawsze prowadziła tropem muzyki. W inscenizacjach, które widziałam od samego początku dominowały klimaty bardzo mroczne, nokturnowe, wprowadzające czarny dramatyzm. Natomiast kiedy słuchałam tej muzyki, np. w nagraniu płytowym odnosiłam wrażenie, że to jest kwintesencja Mozarta, ale jego jasnej strony. Pełnej radości, komizmu, zupełnie odlotowych momentów. Dla mnie ten „Don Giovanni" jest jak druga, ukryta strona Mozarta. Jego nieprawdopodobna witalność, którą sobie przysposobił do spraw damsko-męskich. Mozart pisał to wszystko w bardzo krótkim czasie, a przecież gdy ogląda się jego partytury to tam nie ma żadnych skreśleń. Kiedy oglądamy jego rękopisy widzimy, że był to człowiek niesamowitej energii i witalności. Dokładnie jak ten, o którym jest ta opera. I to wszystko jest w tej muzyce. Dlatego chciałabym umknąć przed ciemnością i wydobyć kolory, którymi „Don Giovanni" zawsze dla mnie dominował. Poszłam w kierunku budowania tego przedstawienia od komediowości do dramatyzmu, którym kończy się drugi akt.

Pani interpretacja umiejscawia Don Giovanni'ego w latach 50' XX wieku...

Poszłam w kierunku unowocześnienia, w stronę lat 50' ze względu na bardzo duży liberalizm tamtego okresu. Kiedy przyjechałam do Francji w połowie lat 70' panowała tam taka wolność i taki libertynizm, które w tej chwili są zupełnie niemożliwe. Jest szalona różnica pomiędzy tymi latami, a teraźniejszością. Taka wolność już dzisiaj nie istnieje. Wydaje mi się też, że uniwersalizm tematu „Don Giovanni'ego", to losy jednostek, które mogą odbywać się wszędzie, w każdej cywilizacji. Zawsze znajdziemy jednostki, które chcą dominować. Czy to w sprawach damsko-męskich, czy politycznych. Don Giovanni jest prawie anarchistą. Takiego jak on można umieścić w każdej epoce. Lata 50' są również w moim myśleniu wizualnym o spektaklu. Wybrałam te lata bo to przepiękna epoka. Zwłaszcza od strony filmowej. Tak też potraktowałam ten spektakl, by kolejne przejścia następowały jak zmiany filmowe. Jest to również piękna epoka, ponieważ wtedy mamy jeszcze wyraźną różnicę pomiędzy kobietą, a mężczyzną. Marzyły mi się emocje z lat 50', z takimi gwiazdami jak Elizabeth Taylor, Marlon Brando, Marcello Mastroianni... Te postaci są znakomicie nakreślone psychologicznie. Można je odczytywać na tysiące sposobów. Każdy może mieć ich inną wizję. Tak jak Elviry – trochę masochistki, totalnie uzależnionej od seksu, która jest tak omotana, że nie potrafi racjonalnie myśleć. Z drugiej strony Donna Anna, która jest całkowitym zakłamaniem... Potem mamy Don Giovanni'ego i jego alter ego – Leporella. Don Giovanni jest bardzo różny. Ma rozmaite momenty w całej operze. Tam, gdzie chce zdobyć kobietę jest dystyngowany, ale też bezlitośnie likwiduje osoby, których nie może zdominować. Nie znosi sprzeciwu. Sposób, w jaki traktuje Donnę Elvirę jest więcej niż brutalny. Don Giovanni jest w ciągłej ucieczce. To człowiek, który dąży do wolności absolutnej, a taka nie istnieje. On przez cały spektakl przed czymś ucieka. Ciągle jest w różnych przestrzeniach aż do momentu, kiedy już nie może uciec. Ostatnia scena, scena finałowa jest sceną, gdy już wie, że już nie może uciec. Dochodzi do ściany i spotyka się z przeznaczeniem. Jest tego świadomy i woli zginąć, niż się poddać. Za wszelką cenę chce być wolnym, ale wolność do której dąży jest wolnością nierealną. Poza tym... co moglibyśmy zrobić z taką wolnością?

Czy są jakieś niuanse, które w sposób szczególny pokierowały pani interpretacją?

W ostatnim czasie widziałam bardzo wiele realizacji „Don Giovanni'ego". Bardzo często nadaje mu się kierunek racjonalny. Często pokazuje się Don Giovanni'ego, jako człowieka z problemami psychicznymi, którego mózg nie wytrzymuje jego sposobu życia. Widziałam realizację w świecie dzisiejszym, takim szarym, buildingowym. Ja w swojej interpretacji kierowałam się swoją intuicją. Jeżeli dokładnie ogląda się partyturę bardzo wiele można się dowiedzieć o poszczególnych postaciach. Na przykład Donna Anna – w pierwszej scenie, w której wzywa pomocy... Normalnie, jak się woła o pomoc to się głośno krzyczy, a u Mozarta jest napisane: piano. Czyli: „Ludzie, pomóżcie mi..." ale piano... Całą resztę śpiewa głośno. To jedno zdanie jest piano... Czyli już możemy się domyślać, że może ona z tym Don Giovanni'm, który wziął ją przecież siłą... Może z nim miała po raz pierwszy w życiu orgazm? Tego już możemy się jedynie domyślać. Pozostawić dla własnej wyobraźni. W swojej interpretacji poszłam za emocjami muzycznymi. Chciałam z tego spektaklu zrobić prawdziwy teatr. Jest tu bardzo wiele interesująco napisanych recitativów, fajnych dialogów pomiędzy postaciami. Dialogów, które mają nieprawdopodobne sensy teatralne. Chciałam żeby to wszystko poszło w stronę gry aktorskiej, prawdziwego teatru. Prawdziwych skojarzeń. Nie operowych, a przede wszystkim dramatycznych. Żebyśmy bardziej znaleźli się w teatrze, niż w schemacie operowym.

To pierwsza praca Marii Sartovej z łódzkim zespołem i w tym teatrze. Czy widzi pani jakieś znaczące różnice pomiędzy zespołami, z którymi pracowała pani do tej pory? W dynamice, w sposobie pracy artystycznej?

Są różnice. Przyzwyczaiłam się do tego, że na Zachodzie śpiewacy grają lepiej. Grają jak aktorzy dramatyczni. Mają fajny sposób myślenia. Przyzwyczajona jestem do wspaniałych aktorów w operze. Nie śpiewaków, a właśnie aktorów. Po raz pierwszy w Polsce udało mi się w tym teatrze zobaczyć zespół, który zaczyna wychylać się w tę stronę. Któremu się to podoba, który zaczyna szukać w tych rejonach. To jest bardzo fajne, bo widzę, że ktoś żyje i gra. Zaczyna stwarzać postać emocjonalnie i głosowo w sposób zbliżony do prawdziwego teatru. Ta muzyka mnie opętała. Czuję się tak, jakbym odczuwała te wszystkie postaci przez muzykę i poprzez realny tekst. Naprawdę, rzadko spotyka się w dziełach operowych tekst tak fajny. Takie cudowne rozbudowanie każdej postaci. Próbuję czasem iść wbrew temu, co te postaci mówią. Tak, jakby co innego myślały i co innego mówiły. Co pasuje mi do tych postaci, bo też intuicyjnie wiem, jakby postąpiła kobieta... I wydaje mi się, że jeżeli widz to odczyta to znaczy, że wygrałam.

Maria Sartova - absolwentka Akademii Muzycznej w Warszawie, jedna z ostatnich uczennic prof. Ady Sari. Studia wokalne kontynuowała z Giną Cignia w Mediolanie, z Camillem Mauranem w Paryżu i z Rudolfem Bautzem w Aachen. Po debiucie w Teatrze Wielkim w Warszawie i Operze Wrocławskiej karierę wokalną związała ze scenami europejskimi, śpiewając główne partie we Francji, Niemczech, Szwajcarii, Włoszech, Izraelu i Stanach Zjednoczonych. W Paryżu spotkała Bronisława Horowicza, ucznia Leona Schillera, wybitnego reżysera operowego, co stało się początkiem zmian w jej życiu artystycznym. Od 2002 roku współpracuje jako reżyser z teatrami operowymi. Spośród wielku realizacji szczególnie należy podkreślić spektakl zrealizowany w ramach Prezydencji Polski w Unii Europejskiej w L'Oratoire du Louvre w Paryżu – "Karol Szymanowski w wielokulturowych dialogach".

Olga Śmiechowicz
Dziennik Teatralny Łódź
21 listopada 2015
Portrety
Maria Sartova

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia