Wolność w burdelu

Muzeum Wolności, koncert galowy 38. Przeglądu Piosenki Aktorskiej

Dzięki Gali 38. Przeglądu Piosenki Aktorskiej, warszawski kabaret literacki Pożar w Burdelu przywrócił na jeden weekend świetność, wynajętej na tę okazję, dużej scenie Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Obecny dyrektor tej placówki – zresztą też z Warszawy – na scenie kameralnej zarządził w tych samych dniach premierę kolejnego gniota (fragmenty spektaklu i wywiad z reżyserem dostępne są w You Tube, ale nie polecam). Jeden teatr, dwie widownie. Wszystkie bilety na cztery spektakle galowe rozeszły się przed miesiącem. Na gniota wciąż są w kasie. „Ciemny lud" tego nie kupuje...

W finale gali Marta Zięba, była artystka Teatru Polskiego, wyrzucona przez aktualnego dyrektora, bisowała, śpiewając wstrząsającą pieśń Kaczmarskiego i Gintrowskiego o szaleńcach, którzy pomimo pożaru nie uciekają z domu wariatów. Pół widowni wstało. Większość miała łzy w oczach. Pieśń o obłąkańcach, paradoksalnie, wysławiała godność człowieka. Wybitna aktorka nie nawoływała do zemsty czy nienawiści. Nie robiła tanich aluzji do naszej egzotycznej codzienności medialno-politycznej. Śpiewała, że trzeba zachować wierność samemu sobie, że trzeba być wariatem. Dla takich chwil warto wciąż chodzić do teatru. Arystoteles miał rację. Sztuka oczyszcza.

Michał Walczak i Maciej Łubieński, autorzy wszystkich programów kabaretu Pożar w Burdelu, przenieśli akcję galowego przedstawienia w upiorną przyszłość, do Muzeum Wolności, stawiając Polsce gorzką diagnozę – wolność przetrwa tylko w muzeum. Jednym z eksponatów będzie tam właśnie Marta Zięba, prawdziwa Aktorka z Podziemia. We Wrocławiu działają dziś bowiem dwa Teatry Polskie: nadziemny, czyli folwark, i podziemny, czyli wolni ludzie – wyrzuceni aktorzy i publiczność. Marta Zięba rozpoczęła swój występ na dużej scenie Teatru Polskiego od słów: „Nazywam się Marta Zięba, Anna Ilczuk, Andrzej Kłak, Michał Opaliński i 29 osób, których tu już nie ma".

W Muzeum znalazł się jeszcze jeden wrocławski aktor, dziś chyba najsławniejszy. Nie został wyrzucony z Teatru Polskiego tylko dlatego, że wcześniej sam odszedł. Bartosz Porczyk, artysta wszechstronny, potrafi genialnie wcielić się zarówno w Konrada z Dziadów, jak i w Potiomkina z Termopili Polskich. W Muzeum Wolności przyszło mu więc odegrać rolę szatana w kostiumie wyliniałego... orła. Śpiewa na początek Sympathy for the Devil Rolling Stonesów. Potem ma trudniej – musi się przemienić w odlew organu płciowego polskiego wokalisty rockowego, który przed laty obnażył się we Wrocławiu podczas koncertu w Dniu Dziecka.

Zarządzaniem Muzeum Wolności zajmowali się artyści Pożaru w Burdelu i zaproszeni goście. Dyrektorem Muzeum był oczywiście Andrzej Konopka, etatowy Burdeltata we wcześniejszych programach Pożaru. Różnie mu to wychodziło. W pierwszej części spektaklu raził nieco tandetą i topornym humorem.

Realną władzę w Muzeum sprawowała Apka, czyli aplikacja do obsługi muzeum. Bardzo przypominała sławną aktorkę Magdalenę Cielecką. Apka śpiewała i poruszała się jak robot. Szkoda, że nie wystąpiła w spektaklu prawdziwa Cielecka, bo pewnie potrafiłaby zrobić z tą rolą coś ciekawszego.

Kustoszem działu „Piosenka" była w Muzeum magiczna Magda Umer. Mało kto na widowni mógł powstrzymać wzruszenie, kiedy śpiewała: „Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy". Legenda piosenki aktorskiej z wielką klasą ożywiła najświetniejsze tradycje polskich kabaretów i efektownie pogłębiła intelektualne gry z władzą.

Pośród eksponatów Muzeum Wolności wielkie wrażenie robiła Maryla Rodowicz w wykonaniu Joanny Ewy Zawłockiej, młodej artystki o wielu talentach i niezwykłej rozpiętości głosu. Pan Twardowski w chłodnej nieco interpretacji Pablopavo, pierwszego w Polsce śpiewaka raggamuffin (cokolwiek to jest), okazał się kosmitą. Z kolei Robert Matera, wokalista kultowego Dezertera, z punkową energią wcielił się w krwawą postać Jakuba Szeli. Anja Orthodox przybyła z dalekiej galaktyki, żeby zwierzyć się po raz kolejny z trudnego życia „w moim kraju".

Do scenariusza galowego widowiska włączone też zostały postaci z wcześniejszych programów Pożaru w Burdelu, jak Żelazne Waginy (Monika Babula, Lena Bem i Karolina Czarnecka), HGW (Agnieszka Przepiórska) czy Podpalacz Tęczy, którego Warszawa męczy (Mariusz Laskowski). No i oczywiście ksiądz Marek, Duszpasterz Hipsterów (Andrzej Konopka). W kazaniu nawiązał do głośnych akrobacji seksualnych wrocławskich księży. Proboszcz zgwałcił wikariusza. „Nie takie rzeczy wyprawialiśmy w trójkę w seminarium", chwalił się Duszpasterz.

Najbardziej chyba perwersyjnym ukłonem Warszawy w stronę Wrocławia była solowa piosenka Macieja Łubieńskiego, jednego z ojców założycieli Pożaru w Burdelu. Przedstawił się jako nieślubny syn Jerzego Grotowskiego. Rzeczywiście bardzo przypominał późnego Grota. Zdradził nam, że z powodu ojca nienawidzi teatru. Następnie akompaniując sobie tylko na wiolonczeli, zaśpiewał song Ostatni hetero, znany z wcześniejszych programów Pożaru. Ten autocytat warszawskiego kabaretu z programowym refrenem: „jestem ostatni hetero / seksu mam zero", wypadł zresztą najlepiej. Inne, jak choćby rutyna z Wałęsą, raczej raziły niż śmieszyły.

Muzeum Wolności odwiedził także Maciej Stuhr w roli Ministra Kultury. Przypominał trochę Jerzego Urbana. Miał bardzo wielkie uszy i był fanem polskiej gwiazdy porno Teresy Orlowsky. Maciej odziedziczył po sławnym ojcu wielki talent komediowy. Jest piekielnie inteligentny. Wiele błyskotliwych kwestii w swoich dialogach przypuszczalnie sam zaproponował. Stuhr żegnał się znakiem krzyża i dowcipkował, podwładnych to wywyższał, to poniżał, masturbował się i podawał rękę – jak to Minister.

Dziś wszystko zdaje się mieć wymiar symboliczny i polityczny. Na widowni przyszłego ministra kultury oklaskiwał były minister, Bogdan Zdrojewski. Zabrakło tylko ministra obecnego. A szkoda, bo może by się pośmiał.

Wizualnie wrocławska gala nawiązywała do tradycji rockowej. Aleksandra Wasilkowska zaprojektowała w tle sceny ogromne otwarte usta na wzór wywalonego jęzora Rolling Stonesów. Kolejne postaci wychodziły więc prosto z gardła, a cały spektakl przemieniał się w krzyk. Krzyk w obronie zagrożonej wolności, oczywiście. Z czerwienią gardzieli korespondowały kolory kostiumów, czerwone – głównie artystów Pożaru w Burdelu, i złote – zaproszonych gości.

Sobotnia gala PPA przerodziła się w emocjonalną manifestację wolności i sprzeciwu wobec zawłaszczania kultury przez politruków. Już Platon ostrzegał władców przed siłą pieśni i potęgą śmiechu. Rodzajowe wynalazki w stylu obecnego zarządcy Teatru Polskiego trwają wciąż na swych dyrektorskich stołkach, Misiewicze brylują, więc jeszcze jest groźnie, ale już coraz weselej.
___

Mirosław Kocur - reżyser teatralny, historyk i teoretyk teatru. Profesor na Uniwersytecie Wrocławskim i w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, absolwent Politechniki Wrocławskiej (1979) oraz Wydziału Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST (1986). Publikuje m.in. w „Teatrze" i „Dialogu".

 

Mirosław Kocur
teatralny.pl
11 kwietnia 2017

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...