Work in Progress

"Mewa" - reż. Paweł Miśkiewicz - Narodowy Teatr Stary w Krakowie

est coś osobliwego w doborze tematu, aktorów i tekstu przez Pawła Miśkiewicza. Na tym koniec frazesów, nowy spektakl krakowski wydaje się kontynuacją cyklu autotematycznego, zaraz po "Król umiera, czyli ceremonie" Ionesco w reżyserii Piotra Cieplaka. W tym wypadku teatr tematyzuje teatr, literaturę (pisanie dla teatru), ludzi, którzy wywodzą się ze środowiska artystycznego; pyta o nowe możliwości

Między sceną a widownią rozwieszona jest półprzezroczysta kurtyna, kiedy wchodzą aktorzy, wciąż jeszcze pozostaje niepodniesiona. Aktorzy zaś siadają na krzesłach po obu stronach sceny – właściwie są po naszej stronie – też przyszli na spektakl i czekają razem z nami. Zasłonka w końcu odsłania wąską arenę pokrytą sztucznym śniegiem, pudło sceny zamyka od tyłu szpaler bezlistnych brzózek. Ale nadal nic się nie dzieje.

Paweł Miśkiewicz pozostawił z „Mewy” Czechowa wyraziste charaktery, głównych uczestników intrygi. Po lewej siedzą doktor Eugeniusz Dorn (Roman Gancarczyk) i Trigorin (Zbigniew Kaleta), naprzeciwko nich zajmują miejsca Irena Arkadina Trieplewna w futrze (Iwona Bielska) i Masza (Urszula Kiebzak). Konstantin Trieplew (Wiktor Loga-Skarczewski) oraz Nina-Mewa (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik) mają zaraz zagrać w przedstawieniu, na które wszyscy czekają. Tymczasem towarzystwo zabawia się salonową rozmową. Są wyimki z pierwszego aktu – czemu Masza ubiera się na czarno, czy da się odwieść psa od wycia. Powtarzają powiedziane już frazesy, tak jakby skończyła się im (lub autorowi) wena i nie mogli przejść do innego tematu.

Może nie ma nic między wierszami, a jeżeli nawet jest, to i tak już wszyscy o tym wiedzą. Przedstawienie w końcu się zaczyna. A właściwie performance – najpierw Nina wypróbowuje performatywną moc słowa na widzach: każąc im powtarzać wypowiedziane przez siebie pojedyncze słowa. Atmosfera zimna, pustki i strachu zostaje nazwana (a więc jest) i dalej multiplikowana przez powtórzenia widzów, którym podstawiono pod nos mikrofon. Dalej następuje szaleńczy apel Trieplewa o nową sztukę. Sam daje jej przykład, odprawiając nibyrytuał nad zastrzeloną mewą, której poświęca minutę ciszy. Zaduma w milczeniu okazuje się niedostateczną formą żałoby, toteż rozbiera się, a następnie rysuje krąg na śniegu wokół martwego ptaka, wybija rytm nogami, żeby ostatecznie wycisnąć na siebie ptasią krew. Publiczność (ta na scenie i na widowni) reaguje śmiechem. A Trieplew nie chce tylko nudnego, skostniałego teatru, który wypuszcza premierę za premierą. (Na marginesie, Teatr Stary nie obfitował w nowości w tym sezonie).

I oto pierwsza scena i pierwsze pytanie. Teatr w teatrze, świetny i wypróbowany sposób mówienia o nim. Miśkiewicz jednak nie ośmiesza ostatecznie performance’u (jako jednej z możliwości reformy teatru), a także nie opowiada się jednoznacznie za regularnym, repertuarowym teatrem. Sprawa nie zostaje zamknięta, podniesiono tylko wątek.

W „Mewie” Miśkiewicza wyraźnie zarysowane są dwie płaszczyzny – jedna dotyczy sztuki, druga egzystencji. Każda z postaci ma swoje pięć minut na scenie – wygłasza monolog o życiu lub sztuce. Nawet jeżeli w pobliżu znajduje się partner, z którym można by zacząć dialogować, wypowiedzi te mają bardziej charakter mów czy manifestów. Przypomina to cykl portretów rysowanych na granicy komizmu i powagi, można by jeszcze dopowiedzieć – z mewą w tle. Tekst dramatu Czechowa uległ redukcji, choć z drugiej strony rozrasta się o inne cytaty z dramatów wspomnianego autora, o dopisane fragmenty, aktorstwo, pytania dotyczące teatru i pisania dla niego, a także sens.

Masza, w sztuce młoda córka rządcy majątku Sorina (brata Trieplewnej) Szamrajewa, u Miśkiewicza jest już dojrzałą kobietą, samodzielnie zajmującą się gospodarstwem. To w jej monologu, w którym rozprawia o szczęściu, potrzebie miłości i konieczności rozpoczęcia na nowo, zostają wplecione pierwsze wersy „Rusłana i Ludmiły” Puszkina, jakie wygłasza również Masza z „Trzech sióstr” Czechowa. Urszula Kiebzak – Masza deklamuje także kwestię Iriny o pragnieniu ciężkiej pracy (jak wół). Jednak nie mówi tego ani Irina, ani Masza, tylko aktorka, która wstaje rano, ubiera się, przez dwie godziny pije kawę (dalej zgodnie z tekstem Czechowa).

Trigorin, sławny pisarz, jest bezwolnym człowiekiem, który nie potrafi walczyć z przymusem pisania. Nieustannie notuje w myśli, boi się krytyki. Nie znosi siebie i swojego pisania. Zbigniew Kaleta ekspresywnie buduje rolę, trzykrotnie zaczyna swój monolog, zanim ostatecznie znudzone towarzystwo dopuści go do głosu.

Irena Arkadina to aktorka pierwszej klasy, mająca trzydzieści dwa lata pod nieobecność syna, pięćdziesiątkę w jego towarzystwie. Z łatwością wykonuje patetyczne gesty, pokazując ich śmieszność i nieprzystawalność; równie łatwo wychodzi z roli, traktując to, co zostało wcześniej powiedziane, jako żart czy element popisu. Kiedy Trieplew zaczyna krytykować matkę, wypominając jej Trigorina, zaczyna mówić kwestią Hamleta ze sceny spotkania z matką po niefortunnym przedstawieniu. Arkadina odpowiada kwestią Gertrudy, popada w patos, a potem wychodzi z roli, kwitując całe to przedstawienie śmiechem. Osobowość aktora migocze – nie wiadomo kiedy coś jest na poważnie, co jest grą – a co nie. Przecież można nagle wyjść z roli i – tak jak Arkadina – skwitować wszystko śmiechem.

Eugeniusz Dorn stanowi kompilację Czechowowskich doktorów – tego z „Mewy” i tego z „Wujaszka Wani”. Nie da się o nim powiedzieć więcej – milczy i jest, raz objawia się rozpalony pożądaniem, ciągnąc za sobą ścięty pień brzozy, raz prowadzi poważną dywagację.

Małgorzata Hajewska-Krzysztofik dostała rolę młodziutkiej Niny – Mewy. Ubrana jest na biało. W czasie spektaklu przechodzi przemianę – z podlotka (tak, podlotka, bo Hajewska potrafi zagrać nastolatkę: ruszać się i mówić jak młode dziewczątko) w dojrzałą kobietę. W ostatnim monologu poddaje analizie historię życia granej przez siebie bohaterki – jej świadomości, że jest marną aktorką i że w życiu jej nie wyszło. W gruncie rzeczy scena ta ma jednak wydźwięk optymistyczny – Nina się nie podda. Nieważna jest sława – istotne jest to, że coś się ze sobą robi. Odśpiewany przez nią (czysto!) list od Konstantina, w którym pisze, że nadal ją kocha, zostaje skwitowany pytaniem: po co? Mewa została zastrzelona, tamta Nina (młoda niedoświadczona dziewczyna) też już nie istnieje. Trudno, idzie się dalej. Trzeba pozamykać swoje sprawy, żeby móc iść dalej. Zdecydowanie różni się to od projektu postaci czechowowskich, które tkwią w rzeczywistości, nie mogąc jej ani zmienić, ani się z niej wyrwać.

Nina odchodzi, ale Trieplew zostaje. I wcale się nie zabija. Motyw broni pojawia się wcześniej jako rekwizyt w performance, kiedy Trieplew grozi nim swojej publiczności – tej, która jest z nim na scenie. Nie pada ostateczny strzał. Konstantin pisze.

W scenie finałowej zgromadzeni bohaterowie powtarzają jeszcze swoje ostatnie kwestie – historie romansów i intelektualnych wynurzeń, pojawiają się one jeszcze raz w szczątkowej postaci. Bo ten, kto pisze, nie wie jeszcze, jak to skończyć. Trieplew w „Mewie” Miśkiewicza wymyślił sobie dramat. Zapada kurtyna.

Spektakl Miśkiewicza ma w sobie coś z niedoskonałej formy, jest raczej „work in progress” na motywach „Mewy” Czechowa. Ale o to tutaj chodzi, żeby otwierać, a nie zamykać. Nie może być już tak, że jak się pojawi pistolet na scenie, to widz wie, że ktoś musi zginąć. „Król umiera, czyli ceremonie” Cieplaka eksploatuje temat przeszłości Teatru Starego. Jeżeli potraktować „Mewę” jako kontynuację nurtu autotematycznego, to jest to pytanie o możliwości. Kiedy nie ma jednoznacznej odpowiedzi, jednoznaczne pozostają tylko pytania. Miśkiewicz pozostawia sprawę otwartą. Zaprasza do dyskusji. Może ktoś ją podejmie.

Cecylia Pierzchała
Książe i Żebrak
22 czerwca 2011

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia