Wroniec to nie koniec

"Wroniec" - reż. Jan Peszek - Wrocławski Teatr Lalek

Plaga różnych technicznych nieszczęść, które spadły niespodziewanie na premierę "Wrońca" Dukaja w reżyserii Peszka we Wrocławskim Teatrze Lalek, tylko charakterem nie przypomina nieszczęść, które dotknęły Polskę w grudniu roku pamiętnego. Nie będę się w to wdawał, bo nie jestem politycznym komentatorem, choć staroświeckie pióro z zielonym atramentem mocno mnie czasami świerzbi.

Parę minut po tym świątecznym przedstawieniu w kuluarach wiele osób sączyło mi do ucha przez prawie godzinę, że to się nie udało do końca, bo dyrektora teatru sukcesu - Skolmowskiego już prawie nikt nie lubi. Zastanawiałem się, czy on może przypadkiem w swoim teatrze nie wprowadził stanu wojennego, skoro trochę mówią o nim jak o Wrońcu. A ja go lubię. Nie tylko za skalę megalomanii, bo znam parę większych personalnych zjawisk w tej delikatnej materii, ale jako barwną w miejskim pejzażu postać.

Nie nad tym moja głowa jednak się biedziła… Mnie interesowało, jak sobie reżyser Jan Peszek poradził z postawieniem na scenie adaptacjinaprawdę niezwykłej książki w naszej polskiej literaturze i historii, czyli "Wrońca" Jacka Dukaja. Nie wiem, czy ktoś ją na świecie zrozumie, ale dla mnie i mojego pokolenia jest to bardzo ważna książka, bo oryginalna.

Peszek adaptację powierzył Mateuszowi Pakule, którego jako scenarzystę i dramaturga odkrył w krakowskiej szkole teatralnej, gdzie sam jest profesorem. Peszek jest profesorem, nie Pakuła. Ale ten ostatni, czyli Pakuła - moim zdaniem - nie wyczuł ducha książki, choć ona, tak samo jak "Alicja w krainie czarów", pozwala na istotne interwencje twórcze niezmieniające jej charakteru i siły wewnętrznej. Nie umiał przetworzyć na teatralne potrzeby istoty narracji i autorskiego dystansu Dukaja do historii sprzed trzydziestu lat. Myślę, że narratorska klamra i niekonsekwencja w monologach głównego bohatera Adasia (bardzo blady aktorsko Grzegorz Mazoń) trochę odbiera temu przedsięwzięciu siłę. Siły dodaje natomiast spektaklowi inwencja reżyserska Peszka oraz scenografa Roberta Rumasa, a za pomysł "gazowania pozycjonistów" należy mu się premierowe Grand Prix. Pozycjonista to określenie bliskoznaczne opozycjonisty, czy, jak się mówiło trzydzieści lat temu, "opornika". Niektórzy "pozycjoniści", posługując się językiem Dukaja, demonstracyjnie nosili nawet prawdziwe oporniki przypięte w klapie.

Aktorsko najbardziej wyrazistą postać przedstawiciela klasy robotniczej Betona stworzył Tomasz Maśląkowski i w nagrodę odebrał specjalne gratulacje od obecnego na premierze Władysława Legendy Frasyniuka, który przypomniał, kto był też prawdziwym spraw-cą solidarnościowej rewolucji. W tej grupie społecznej nie ma nazwisk dzisiejszych liderów naszej politycznej rzeczywistości. Maśląkowski zagrał takim samym skrótem myślowym, jak reszta postaci; nie da się ukryć, że miał znacznie więcej możliwości nadania tej postaci charakteru z lekkim, nie złośliwym czy ironicznym komentarzem, i wyrósł na przywódcę, co się objawiło dowcipnie w końcowych ukłonach.

W teatralnej realizacji i wspomnianej już wyżej adaptacji największy opór stawiało twórcom przedstawienia specyficzne potraktowanie języka, który w nagrodę niósł żartobliwe słowotwórstwo Dukaja. Szalenie łatwe do rozszyfrowania. Dla mnie smakujące znacznie lepiej w lekturze. Na scenie czasami nabiera cech wygłupu czy żartu, który w spektaklu mocno podbudowują zaskakujące swoją oryginalnością elementy plastyczne, jak wspomniany już wyżej "gaz" używany przez ZOMO (w spektaklu MOMO) w charakterze nadmuchanych form z plastikowej folii.

Po maratonie kompletnie nieudanych i nie do końca udanych premier niedzielny "Wroniec" był dla mnie mimo wszystko najjaśniejszym punktem, choć ta teatralna zabawa na miano pełnej przyjemności po spotkaniu z nią musi jeszcze trochę popracować. Wielu rzeczy oczywiście nie da się zmienić, bo trudno choćby ten spektakl na nowo obsadzić albo zmienić konwencję aktorskiej gry.

Jak przystało na teatr lalek, pojawiły się też gospodynie tej sceny, czyli lalki, na razie w charakterze niemal tylko rekwizytów, ale to i tak już sporo. To nie koniec. "Wroniec" się poprawi i warto go obejrzeć.

Krzysztof Kucharski
POLSKA Gazeta Wrocławska
8 marca 2011

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia