Wschodnie lęki Stasiuka

\'Czekając na Turka" - reż: Mikołaj Grabowski - Stary Teatr w Krakowie

"Czekając na Turka" to dowcipna przypowieść o lękach prowincji przed zgniłym Zachodem. Ale czy scena teatralna to najlepsze do tego miejsce?

Zamglony, senny Kraków stał się niespodziewanie europejskim centrum kryzysowym. Nie znaczy to, że wszyscy zgromadzeni tam przypadkiem turyści odstawili kufle z najtańszym piwem w UE i powołali radę "do spraw...". To tylko krakowskie sceny zajęły się niemal jednocześnie problemami wzajemnych lęków i obaw Polaków i Europejczyków, Wschodu i Zachodu. 

Na krakowskim Kazimierzu Teatr Nowy wystawił właśnie "W stanie zagrożenia" Falka Richtera. Niemiecki dramaturg pisał tekst w momencie, gdy stara Europa otwierała się na nowych i drżała, wyobrażając sobie spustoszenia, jakiego nieokrzesany Wschód dokona w jej stabilnym życiu. Stąd bohaterowie Richtera tkwią bezradnie w luksusowym, monitorowanym osiedlu twierdzy, rojąc najdziwniejsze domysły na temat "obcych". Polacy ze sztuki Andrzeja Stasiuka "Czekając na Turka" w Starym Teatrze fantazje o "obcych" snują w parszywych warunkach. Brak im nie tylko apartamentów, ochrony i kamer, by odgrodzić się przed nieznanym. Odebrano im nawet kawał biało-czerwonej rury, która przez dziesiątki lat działała jako szlaban. Bo po co szlaban, skoro po traktacie z Schengen nie ma już barier, bram i podziałów? Granicę eurospryciarze też zabrali. Została tylko szara, naga polana. Ale to nie wystarczy.

Chór byłych przemytników (Jacek Romanowski, Wiktor Loga-Skarczewski, Zbigniew W. Kaleta), właścicielka kiosku z wódką Marka (Iwona Bielska) i ekspogranicznik Edek (Jan Peszek) co dzień powracają na miejsce dawnego przejścia, domagając się przywrócenia granic. Granica była ich miejscem pracy, źródłem dochodu i tym, co porządkowało świat na proste "my i oni". Gdy znikła, teren będący dawniej narodową wartością, punktem strategicznym, polem krwawych zabaw w policjantów i złodziei, stał się pozbawionym znaczenia kawałkiem lasu. 

A gdy okazuje się, że las ten wykupił tajemniczy Turek, oburzenie ludzi ma już nie tylko charakter ekonomiczno-nostalgiczny. Im się wali świat.

Stasiuk, biorąc udział w projekcie Goethe Institut (w ramach "After the fall" 17 autorów z 15 krajów przygotowało teksty teatralne na temat konsekwencji upadku muru berlińskiego), dał wyraz nastrojom, z których Zachód dotąd nie zdawał sobie sprawy. Własny lęk przed szeroko pojętym Wschodem zachodni intelektualiści analizowali już od lat w pracach typu "W oczekiwaniu barbarzyńców" Guy Sormana. O obawach drugiej strony słyszeli jedynie w kontekście zacofania, ksenofobii, atawistycznego strachu przed teletubisiami. Ewentualnie w kontekście wielkomiejskich mitologii z "Między nami dobrze jest" Doroty Masłowskiej. Wraz z "Czekając..." dostają udaną groteskę, w której mrożkowsko-beckettowski język łączy się z paraboliczną formą a la "Czekając na barbarzyńców" J.M. Coetzeego oraz gorzką refleksją na temat wyprzedawania historii. 

Stasiuk znalazł formę, by opowiedzieć o problemach zmian kulturowych dowcipnie, z dystansem, przystępnie. Czasem zbyt przystępnie. Fakt, że dramat ma spełnić także funkcję edukacyjną i informacyjną, momentami mu szkodzi. Wiele kwestii brzmi papierowo. Postaci są zredukowane. Nowy stróż Patryk (Piotr Głowacki) jest po prostu młody i niczego nie pamięta, nie rozumie. Edek jest po prostu nostalgiczny i pamięta zbyt wiele. Chór jest pamięcią wcieloną - ciała i usta bezwiednie odtwarzają dźwięki i odruchy z "tamtych czasów". Rozmowy bywają suche jak w dialogach Platona. Tam jednak chodziło o prezentację racji, nie o dynamikę i płynność. 

W teatrze przegadanie może być problemem. Chyba że jest to teatr radiowy. A Mikołaj Grabowski poprowadził spektakl tak, jakby było to słuchowisko. Samoświadomy, autoironiczny chór w eleganckich frakach (w przerwach między komentowaniem własnej sytuacji) nuci swoje kwestie niczym dziadkowie dzisiejszych AudioFeels. Ze sklepiku Mariki słychać czeską muzykę dancingową, "sieroty po Schengen" intonują przy ognisku rzewne pieśni harcerskie. 

Jedno w wizji Stasiuka zastanawia. Czy mizoginizm zawarty jest w niej jako element lokalnego kolorytu, czy jako poważne ostrzeżenie przed przyszłością? Elementem nadciągającej wraz z Turkami apokalipsy jest bowiem przejęcie przez kobiety władzy militarnej i ekonomicznej. Ochroniarka jako domina, turecka biznesmenka jako zimna persona a la "Wizyta starszej pani". Czy w nowym spojrzeniu na sprawy wschodnio-zachodnie nie ma więc za wiele starych uprzedzeń rodem z "Seksmisji"?

Joanna Derkaczew
Gazeta Wyborcza
23 czerwca 2009

Książka tygodnia

Tajemnicze dziecko
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann (Ernst Theodor Amadeus Hoffmann)

Trailer tygodnia