Wsiadać, drzwi zamykać...

"Żółta strzała" - reż: I. Gorzkowski - Studio Teatralne Koło w Warszawie

...czyli o tym, czy aby przypadkiem wszyscy nie jedziemy na gapę?

Niedzielny, listopadowy wieczór. Brudnogranatowe niebo nie zachęca do bujania w obłokach. Zniecierpliwieni oczekujemy nadejścia godziny odjazdu. I oto jest. Promień światła na tle codziennej szarówki. Niezliczona liczba wagonów i niemal wszystkie są jednolite. Podziału nigdy nie da się zauważyć na pierwszy rzut oka. Nigdy. Jednak jest wyczuwalny, rzeczywiście namacalny. Co najdziwniejsze - nikt nie krzyczy: "Bilety do kontroli!". Zajmujemy przydzielone miejsce.

W chwilę po tym pojawia się ona… (A. Buzek). Do głowy przychodzi momentalnie tylko jedno zdanie z niemłodej już komedii: „change money Sir?”. Tak zapewne zacząłby się film. Będąc jednak w Lubelskim Centrum Kultury, mogliśmy doświadczyć czegoś bardziej realnego. Gdyby sam Wiktor Pielewin nie musiał ukrywać się w Berlinie, zapewne pierwszy zamówiłby herbatę. Bez różnicy, w jakiej zostałaby podanej szklance.

Oto niebotyczna, smukła przedziałowa karmi nasze uszy melodyjnym głosem. Biały fartuszek, nijak mający się do poziomu czystości wagonu przywodzi na myśl gołębia niosącego dobrą nowinę. Paradoks jej istnienia opiera się na tym, że już za kilka chwil, mimochodem, wtrąca do rozmowy informację o posiadaniu doktoratu z antropologii.

Poczujmy się przez chwilę jak główny bohater (Ł. Lewandowski). Nieogoleni, niedomyci, najpewniej również niewyspani. Z ogromną literą „V” na piersi (to prawdopodobnie odniesienie do przedostatniej ksiązki Wiktora Pielewina „Empire V”).  W takim, nie pozostawiającym wiele do życzenia, stanie musimy stawić czoło kolejnemu dniu. Wszystko jawiłoby się jako pozytywne: nazwa pociągu (Żółta Strzała), dająca nadzieję na świetlistą podróż, na nieskończoność promieni w których grzechem byłoby się nie skąpać i towarzysze, współpodróżni, zapewniający miłą konwersację na odpowiednio wysokim poziomie (nie tylko bufetowa ma tytuł doktora).

Wszystko to nic w obliczu stukotu. Niemożliwy do zniesienia, będący niczym mechaniczny zespół naszych serc. Gdy tylko milknie… nie znaczy to bynajmniej, że go nie ma. To sygnał, że pora wymierzyć sobie policzek. Lepka egzystencjalna papka, zajmująca prawie każde miejsce tego pociągu to nie towarzystwo dla nas. Mantra, wystukiwana przez uderzenie kół o szyny, zamiast być delikatnym tłem medytacji, staje się motorem napędowym znieczulenia. Żółta starzała to nic innego jak Koło Dharmy, rozciągnięte na torach. Bhavaczakra, opleciona milionami istnień, z których żadne nie zadaje fundamentalnego pytania: "po co" ? 

Reżyser spektaklu Igor Gorzkowski stawia nas przed tym właśnie dylematem. Wyłuskując z opowiadania jego skrystalizowaną esencję, chowając niedopowiedzenia w mroku sceny, nie tylko pozostawia przed nami niedomknięte drzwi do rozwikłania zagadki - on je wręcz rozpościera. Feeria barw, jakimi zostaje atakowany nasz mózg to nie tylko zieleń nadziei. To nie żółcień pociągu. To tęczowe światło samego Buddy Śakjamuniego, w falach którego tak autor, jak i reżyser muszą opływać, skoro potrafią złożyć hołd wolności w tak specyficzny sposób.

Zarówno gra aktorów, instalacja świetlna, jak i scenografia to minimalistyczna surowość, raz po raz poprzetykana wspaniałościami świata mistyki. Dialogi, będące tak naprawdę jednym długim dyskursem, z niekiedy wyraźnie tylko zarysowanym podziałem na role pełnią funkcję instrukcji obsługi dla zagubionych tego świata. Nawet niewielkie odchylenia od oryginalnej fabuły opowiadania nie mogą być postrzegane jako ujma dla sztuki, a są jedynie zabiegiem mającym na celu zbliżyć nas maluczkich do obcowania z absolutami próbującymi nas jednocześnie zbawić, wychować, ale i kierować nami od dnia narodzin po dzień ostateczny.

Gdyby tylko nie ten stukot…

Piotr Jamrogiewicz
Dziennik Teatralny Lublin
10 września 2009

Książka tygodnia

Trojanki Jana Klaty
Wydawnictwo Universitas
Olga Śmiechowicz

Trailer tygodnia