Wspomnień czar

21. Międzynarodowy Festiwal Teatralny "Bez Granic"

Spektakl "Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami" wydaje się być przedstawianiem bardzo osobistym, szczerym wyznaniem tęsknoty za młodością spędzoną w - jak zwykliśmy się wyrażać - mrokach minionego ustroju.

Nostalgiczny nastrój nie oznacza bynajmniej, że na scenie króluje smutek czy poczucie zmarnowanej młodości, wręcz przeciwnie, tak często wyśmiewana peerelowska siermiężność tu przedstawiana jest z nieukrywaną nutą sentymentu, tkliwie, a wręcz idyllicznie. Wszystkie te młodzieńcze , naiwne zachwyty nad puszką coca coli, kasetą magnetofonową z ledwie przebijającym się przez szumy nagraniem koncertu Pink Floyd, dżinsową dekatyzowaną kurtką, cytrusem czasem rzuconym na sklepy itp. I, jak usiłują nas przekonać twórcy sztuki, wszystko to dziś, po latach nie jest już ani śmieszne, ani tym bardziej straszne, lecz....piękne. W konfrontacji z naszym rozpędzonym, zapchanym natłokiem bodźców, informacji i zdarzeń świecie, tamta stara epoka, ów spisany na straty szary świat nagle zyskuje, pięknieje, odsłania przed nami jakąś autentyczność, której dziś tak bardzo brakuje. 

I chyba właśnie o to uczucie, o tę rehabilitację dawnego świata chodziło twórcom spektaklu. Sztuka nie posiada jednolitej fabuły, jest, ot, raczej luźny zlepek wspomnień - z lekcji PO z nieodłącznym szkoleniem na wypadek ataku nuklearnego, pierwszych kolonii, prywatek, nieśmiałych pocałunków tak rozkosznie opóźnionych przez dziś już niemalże zapomnianą wstydliwość.  

Nie da się ukryć, iż pojedyncze sceny są bardzo nierówne: mamy tu zarówno epizody pierwszorzędne, prawdziwie zabawne i lekkie, jak i momenty wysilone, dydaktyczne, dopisane jakby na siłę z poczucia że np. o strajkach coś w takiej historii być musi.. Generalnie odniosłem wrażenie, że wszystkie sceny "lekkie", których celem była li tylko radość wspominania, wypadają dobrze i naturalnie, natomiast większość epizodów w zamyśle "poważnych" o konspiracji, o cenzurze w szkołach, wychodzą ciężko i bez polotu.  

Także aktorzy nie grają równo - w całym tabunie postaci przewijających się przez scenę wiele jest sztuczności i kabotyństwa, na szczęście mamy też wiele udanych – jakby żywcem przeniesionych w czasie – postaci. O ile dobrze zrozumiałem słowa padające w epilogu, wykonawcy nie są profesjonalnymi aktorami, co po pierwsze nieco ich usprawiedliwia, a po drugie nadaje pewien rys autentyczności, ponieważ losy scenicznych postaci są wyraźnie związane z historią życia ich wykonawców.  

Niestety twórcy nie ominęli pułapki łatwego efektu, czasem żart sunie zbyt płytko, zbyt schematycznie, zbyt dosłownie, niemal jak z telewizyjnych kabaretonów taktujących widza jak imbecyla nie rozumiejącego półsłówek i niedopowiedzeń, któremu wszystko należy wyłuszczyć WPROST. Ale to na szczęście tylko czasami, słabsze momenty zasłonięte zostaną w pamięci poprzez perełki typu "w wolnym kraju poeta ci to wypomni".  

A że zagrana jest w dobrym tempie, energetycznie, to ogląda się to całkiem przyjemnie, bez znużenia, tak iż można przymknąć oko na fakt, że czasem czujemy się jak na premierze szkolnego teatrzyku. Kończąc, nie będę ukrywał, że twórcom udało się mnie rozmarzyć, wzbudzić w duszy tę przyjemną nostalgię, która trwała jeszcze długo po wyjściu z teatru. I o to tu pewno chodziło.

Michał Raszka
Dziennik Teatralny
15 października 2010

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia