Wspomnienie wielkich namiętności

"Wielki John Barrymore" - reż. Krzysztof Jasiński - Krakowski Teatr Scena STU

Od połowy maja na deskach krakowskiej Sceny Stu możemy oglądać najnowszy spektakl w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego „Wielki John Barrymore" w wykonaniu Jerzego Treli z asystującym mu Aleksandrem Fabisiakiem. Jerzy Trela zagrał rolę wybitnego amerykańskiego aktora szekspirowskiego, Johna Barrymore'a.

Tytuł sztuki, przetłumaczonej przez Elżbietę Woźniak jest dość przewrotny. Owszem, John Barrymore to wielki aktor XX wieku, który na miano najlepszego aktora dramatycznego zasłużył sobie wybitnymi kreacjami bohaterów sztuk szekspirowskich (Hamlet-1922-23 i 1925r.; Ryszard III- 1920r.), jednak w sztuce Williama Luce'a, John Barrymore nie ma w sobie nic z dawnej świetności. Na scenie widzimy aktora, który na krótko przed śmiercią (zmarł w 1942 roku) usiłuje wznowić spektakl „Król Ryszard III", w którym to, dwadzieścia lat temu, wykreował w brodwayowskim przedstawieniu tytułową rolę Ryszarda III. W rzeczywistości jest to fikcja, która staje się pretekstem do stworzenia struktury dramatycznej, pozwalającej przywołać reminiscencje z życia Barrymore'a.

Tytułowa wielkość dotyczy z pewnością tylko legendy wielkiego aktora, który świadomy nadchodzącego kresu, pragnie na nowo zmierzyć się ze wspaniałą klasyką, po to, by choć na chwilę ożywić swoje aktorstwo i jeszcze raz powtórzyć sukces sprzed lat. W sztuce, Barrymore  mówi: „Aktorzy są jak morskie fale. Wznoszą się, rozbijają o brzeg i znikają, zapomniani. Nie ma nic bardziej martwego niż martwy aktor." Podejmując się prób, walczy tylko z wiatrakami, bo jego fala już dawno rozbiła się o brzeg...

Barrymore w wykonaniu Jerzego Treli za wszelką cenę stara się zachować pozory dawnej wielkości. Początkowo, zaraz po uspokojeniu rozdygotanego wnętrza łykiem dobrej whisky, jest zdecydowany i pewny siebie, często zabawny, podśpiewuje „Ramonę" słynny, modny i piękny przebój, napisany w pierwszej połowie dwudziestego wieku przez Mabla Wayna, opowiada dowcipne anegdoty z birbanckiego życia, bawiące publiczność, która raz po raz, wybucha śmiechem. W miarę wypijanych szklanek whisky, aktor wciąga nas w mroczny świat tragicznych bohaterów szekspirowskich, granych z wielką namiętnością i rozrzewnieniem.

Z tych zatraceńczych stanów przywołuje Barrymore'a do rzeczywistości jego Sufler i przyjaciel (Aleksander Fabisiak), który od czasu do czasu wkracza na scenę, upomina, poprawia i podpowiada. Barrymore aranżując próbę w wynajętej sali próbuje ponownie zmierzyć się ze swoją najważniejszą rolą, stwarzając sobie tylko iluzję minionej świetności.

Ową świetność dodatkowo podkreśla stosownie zaprojektowana scenografia. Akcja sztuki rozgrywa się w sali tronowej, stworzonej na modłę klasycznych angielskich wnętrz zamków królewskich, jakby oczywistym nawiązaniu do miejsc akcji dramatów szekspirowskich. Dopełnieniem całości są odpowiednio dobrane rekwizyty, które jednocześnie służą wzmocnieniu efektu artystycznej słabości aktora, co dodatkowo podkreśla drobna sylwetka Jerzego Treli. Barrymore siedząc w rozległej sali tronowej, na zbyt dużym tronie i figlarnie łypiąc okiem na widownię spod opadającej na czoło korony królewskiej, wydaje się być nieporadny i nie ma w sobie już nic, ani z wielkiego Ryszarda III, ani z wielkiego aktora.

Jerzy Trela długo przymierzał się do zagrania Wielkiego Barrymore'a. Już kilka lat temu proponowano mu tę rolę, ale dopiero teraz zdecydował się z nią zmierzyć. Czas, doświadczenie oraz stan ducha i umysłu zapewne są fundamentalnymi wartościami w budowaniu takiej postaci. Dlatego Barrymore w wykonaniu Treli jest tak prawdziwy. Aktor gra postać „po swojemu", z dystansem, raczej oszczędnie, z zanikającą już dziś w sztuce aktorskiej wspaniałą dykcją i modulacją głosu, podstawą najlepszego aktorskiego rzemiosła.

Krakowski Teatr Scena Stu to, jak się wydaje, idealne miejsce do wystawienia sztuki Williama Luce'a. Scena przywodzi na myśl pewne konotacje z teatrem elżbietańskim, gdzie w dobie renesansu wystawiano przedstawienia szekspirowskie,  dobrze koresponduje z tematem sztuki. Tutaj także scena otoczona jest z trzech stron przez widownię, domknięta monumentalnymi kolumnami tworzy pewien scenograficzny, umowny obszar. Scenografię buduje raptem kilka przedmiotów (stara skrzynia, wieszak, kosz z jabłkami, krzesło tronowe) i posadzka o wzorze szachownicy. Całość stanowi spójną kompozycję nieomal monochromatyczną w dyskretnych odcieniach sepii, brązów i głębokich szarości, owiewanych ciepłym światłem z dwoma tylko czerwonymi akcentami: jabłkami i butami. Jabłka, to prezent od siostry, także aktorki (Barrymore w anegdotach często wspomina członków swojej rodziny), będący przejawem kobiecej troski o brata z jednej strony i symbolem bezpowrotnie utraconej władzy i młodości, z drugiej. Aleksander Fabisiak zakładając czerwone buty, uchyla nam rąbka tajemnicy o prezentowanej postaci.  Robi to w sposób naturalny, swobodny i prawie oczywisty.

Spektakl przygotowany w sposób ciekawy, dowcipny, a zarazem przejmujący, jest gorzką prawdą o wielkim aktorze XX wieku. Człowieku targanym wielkimi namiętnościami, niewolniku  instynktów i żądzy, spętanym w sidłach własnych słabości. Barrymore żyje już tylko wspomnieniem minionej wielkości. Sztuka o Barrymorze jest zarazem opowieścią o trudnym losie aktora, który nie godzi się z upływem czasu i mimo lat, nieustannie, każdego dnia, siłuje się z samym sobą, po to, by czas swojego zejścia ze sceny oddalać nieustannie.

Powrót do wielkich ról z przeszłości, to nieudana próba potwierdzenia własnej wartości jako aktora. Okraszona dowcipną anegdotą z frywolnego życia, stanowi rodzaj kamuflażu. W istocie zza kabotyńskiej maski przywdzianej przez Barrymore'a wyłania się tragiczny obraz rachitycznego i miałkiego, podstarzałego aktora, który wiedzie już tylko dożywotni los poddańczego sługi butelki Jacka Danielsa.

 

Justyna Plewik
Dziennik Teatralny
3 czerwca 2013

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia