Wstydzę się za "Nine" i współczuję Imieli!

"Nine" - reż. Pia Partum - Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu

Trudno wśród miłośników filmu znaleźć takiego, który nie wiedziałby, kim jest Federico Fellini. Trudno również posądzać koneserów kina o nieznajomość awangardowego "8" w jego reżyserii, opowieści autobiograficznej z 1963 roku, traktującej o blisko czterdziestoletnim Guido Anselmim, reżyserze, który cierpi z powodu braku pomysłów na fabułę swojego dziewiątego filmu. Kolejnego obrazu domagają się od niego nie tylko producenci, widzowie i krytycy, ale również jego reżyserska ambicja. Zniewolony przez zmęczenie i wypalenie zaczyna analizować swoje życie, koncentrując się na dzieciństwie, a także na swoich relacjach z kobietami. Wszystko splata się w jednorodną całość i prowadzi do finałowej manifestacji triumfu życia.

Produkcja Felliniego, wyróżniona licznymi nagrodami, stała się inspiracją dla twórców brodwayowskiego musicalu "Nine", a także dla Roba Marshalla, który kilka lat temu nakręcił film, o tym samym, co amerykańska śpiewogra, tytule.

Realizacją Felliniego najprawdopodobniej zachwyciła się również Pia Partum, która zdecydowała się przenieść fabułę jego filmu na deski teatru. Miał jej w tym pomóc asystent - Mateusz Węgrzyn. Reżyserka zapomniała chyba, że ma do czynienia z arcydziełem i dlatego jej musical "Nine", którego premiera odbyła się wczoraj na Dużej Scenie Teatru Muzycznego "Capitol" we Wrocławiu, okazał się absolutną porażką. Z zaproponowanego przez nią przedstawienia można wywnioskować jedynie, że artystka boryka się z takim samym problemem, z którym pięćdziesiąt lat temu walczył Włoch, czyli z niemocą twórczą. Najnowsza realizacja dowodzi także, że nie do końca zdaje sobie sprawę, z jakim trudem dyrektor zdobywa środki finansowe na produkowane przez jego teatr spektakle i że nie można ich trwonić na pozbawione sensu "widzimisię" Pii Partum. Reżyserka, kiedy myśli o filmach Felliniego, ma ochotę z pokorą wycofać się z zawodu. Takiego poświęcenia nikt od niej nie wymaga, ale po asystentce Mariusza Trelińskiego, Andrzeja Seweryna i Jerzego Jarockiego krytycy i widzowie mają prawo spodziewać się czegoś więcej. Tymczasem okazuje się, że stworzyła musical przypominający odcinek tandetnej opery mydlanej, który, wbrew zapewnieniom, nie dotknął ani jednej fundamentalnej sprawy i "nie pogłębił gorzkiej i mądrej wymowy całości". Należy zastanowić się również, w jakim kierunku poszło przewartościowanie uprzedzeń, bo wątpię, by komukolwiek udało się uchwycić jakiś moralizatorski sens.

Bohaterem "Nine" Pii Partum jest Guido Contini, który, zgodnie z założeniami reżyserki, w przeddzień czterdziestych urodzin miał doświadczać kryzysu wieku średniego, zagubienia i blokady twórczej. "Miał doświadczać", bo nie "doświadczał". Powierzenie głównej roli Błażejowi Wójcikowi było podstawowym błędem Pii Partum. Trudno stwierdzić, czym kierowała się, zapraszając go do współpracy, ale na pewno nie jego profesjonalizmem, rzetelnością i wiarygodnością. Raziła aktorska sztuczność, dokuczał brak umiejętności przeżywania kwestii, irytowała słaba dykcja oraz nużył pozbawiony wyczucia i emocji wokal. Guido Fellinego był mimo wszystko człowiekiem poważnym, w głębi charyzmatycznym i refleksyjnym. Guido Marshalla był poniekąd filozofem. Guido Wójcika jest pajacem-amantem. Pojawił się scenie nie jako reżyser mocujący się z niemocą, ale jako błazen, próbujący rozczulać się nad swoim losem. Porównywanie kreacji Wójcika z kreacją Marcello Mastroianniego czy nawet Daniela Day-Lewisa byłoby niekorzystne dla tego pierwszego.

Guido otoczony był przez mdłe kobiety, których role odgrywały równie mdłe aktorki. Justyna Szafran, czyli żona Guida - Luisa Contini, pozbawiła swoją postać wdzięku, była przezroczysta, sztuczna, a w dodatku mówiła bardzo niewyraźnie, co uniemożliwiało zrozumienie niektórych wypowiadanych przez nią kwestii. Sądzę, że nikt nie zauważyłby jej nieobecności. Elżbieta Romanowska, Carla Albanese, kochanka Guida, chciała przypodobać się widowni roznegliżowanym strojem, a wzbudziła, co najwyżej, litość, bo tylko kostiumem mogła zwrócić na siebie uwagę publiczności. Negliż na scenie rzeczywiście powinien być zawsze bardzo starannie przemyślany, by czemuś służyć. Tutaj nie został i służył ośmieszeniu. Magdalena Wojnarowska, Claudia Nardi, wysiadająca z samolotu, przypominającego maszynę z bajki "Pilot i ja", mogła wywołać ironiczny uśmiech. Nie popisała się umiejętnościami wokalnymi. Żałosne były piosenki, które wykonywała wraz z Wójcikiem. Wydaje się, że Pia Patrum nie przemyślała zaproszenia Krystyny Krotoskiej, której w spektaklu powierzyła rolę matki Guida. Aktorka bez celu przemierzała scenę wzdłuż i wszerz, by w finale sparafrazować słowa Kochanowskiego: "Ludzkie przygody, ludzkie noś". Tak przynajmniej odczytałem ich sens. Bogna Woźniak-Joostberens, Lilianne La Fleur, nie porwała mnie swoim "Folies Bergre", jak uczyniła to cztery lata wcześniej dużo od niej starsza Judi Dench. Emose Uhunmwangho, Saraghina, zmysłowa dziwka, rozczarowała podobnie, jak pozostałe odtwórczynie poszczególnych ról. Bardziej niż ociekającą seksem kobietę przypominała szamankę, która odczyniała czary nad niegrzecznymi dziećmi. Elżbieta Kłosińska, kierowniczka SPA, zapomniała, że nie bierze udziału w konkursie recytatorskim tylko, z założenia, w żywym przedstawieniu.

Nie zachwyciła mnie ani jedna kobieca rola. Aktorki nie mają powodów do kłótni i zazdrości, gdyż żadna z nich nie stworzyła kreacji, z której mogłaby być dumna, którą mogłaby się szczycić. Nie inaczej było z rolami męskimi. Rozczarował nie tylko Wójcik. Wypada zapytać, w jakim celu na scenie pojawił się Stefan Necrophorus? Dlaczego Cezary Kussyk leżał w wannie? Może należało ułożyć go w trumnie? A dzieci? Oklaski za samo wystąpienie w spektaklu to chyba za mało? Aktorzy zawiedli. Trzeba jednak podkreślić, że brak aktorskich sukcesów wynika nie tylko z braku określonego potencjału, ale również z braku wizji reżyserki, która chyba nie do końca wyjawiła artystom cel swojego przedsięwzięcia. A szkoda! Wydaje się, że porażki spektaklu można upatrywać również w tłumaczeniu tekstu, którego podjęli się Agnieszka i Konrad Imielowie. Brzmiał on infantylnie, a momentami wręcz beznadziejnie. Tłumaczom zabrakło scenicznego polotu! Dlaczego?

Mam w pamięci "Umwukę", spektakl, którym wrocławski Teatr "Capitol" zakończył zeszły sezon artystyczny. To było doskonałe widowisko. Już wtedy mówiło się głośno o "Nine", przedstawieniu, które miało otworzyć nowy sezon. Uważam, że mówiło się zdecydowanie za głośno. Na scenie, poza chaosem, paletą kolorów, rozbieganych, bo wcale nie roztańczonych, nóg, za co należy winić Saar Magal, zmienianej co chwilę scenografii, przyspieszającej nużące tempo (widzowie użyli określenia "nudne jak flaki z olejem"), można było zobaczyć nawet interesujące wizualizacje Tomasza Dobiszewskiego. Więcej działo się pod sceną. A to za sprawą Beaty Wołczyk, która dosyć imponująco dyrygowała kilkunastoosobową orkiestrą, choć utwory mogłyby być bardziej dynamiczne. Poza tym nic ciekawego. Wstydzę się za "Nine" i współczuję Konradowi Imieli, który nowy sezon artystyczny otworzył słabym przedstawieniem. Niepowodzenie musicalu musiał wyczuć psim nosem Ozzy, który nie pojawił się w premierowym spektaklu, choć miał być jedną z jego atrakcji.

Grzegorz Ćwiertniewicz
teatrdlawas.pl
9 października 2014

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia