Wszyscy jesteśmy Gunklami

"Udręka życia" - reż. Jan Englert - Teatr Narodowy w Warszawie - XV Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej Interpretacje

Tegoroczna inauguracja 15. edycji Festiwalu Interpretacje rozpoczęła się prawdziwym rarytasem – na dużej scenie Teatru Śląskiego zaprezentowany został spektakl Teatru Narodowego w Warszawie pt. „Udręka życia" w reżyserii Jana Englerta z udziałem takich tuzów polskiej sceny jak Anna Seniuk i Janusz Gajos. A towarzyszył im nie mniej znakomity Włodzimierz Press.

Scena spowita mrokiem wyłania jedynie kontury małżeńskiego łoża. Zdawałoby się, że jest ono puste, ale nie – śpi w nim Lewiwa, żona Jony Popocha, którego monolog rozpoczyna tę trudną oraz wyczerpującą, ale jakże mądrą i prawdziwą psychodramę. Słowa Jony naładowane są gniewem pomieszanym z rozpaczą. Skierowane są do śpiącej Lewiwy, która – według Jony – ukradła mu czterdzieści lat życia i nijak nie można już ich odzyskać.

Jona to zmęczony swoim nieudanym życiem starzec. Pewnego wieczoru uświadamia sobie, że przegrał swój czas tu na ziemi, bo nie było dane mu żyć pełnią życia, doświadczać piękna pod różnymi postaciami, otaczać się wspaniałymi kobietami, tworzyć sztukę etc. Jak sam mówi na koniec: „Ja chciałem czegoś dodatkowego" Ale: „Czegoś dodatkowego już nie będzie". Jego bunt wynika z uświadomienia sobie własnej skończoności, a więc śmiertelności (i w konsekwencji samotnego umierania) oraz obawy przez popadnięciem w zapomnienie. Gdyby chociaż zrobił w tym życiu coś, co pozwoliłoby innym pamiętać o Jonie Popłochu! Ale nie. Nie ma takiej rzeczy. Jona takiego dzieła już nie stworzył i nie stworzy. Koniec i kropka. Bolesność tego doświadczenia każe Jonie obarczyć swoją frustracją małżonkę do tego stopnia, że zrzuca ją z łóżka, a potem rani w kolejnych słowach, grozi odejściem i na końcu umiera, choć ta usilnie prosi: „Jona, wstań dokończyć ze mną razem udrękę życia!". Bo Lewiwa, mimo tylu gorzkich słów, jakie usłyszała od męża, postanawia walczyć o niego do końca. Nie po to przecież zainwestowała w niego tyle siebie i swojego życia, żeby teraz on owo poświęcenie sponiewierał. Pięknie ripostuje jego pragnienie piękna opowiastką o śledziu, którego domagał się co dzień: „Ze mną rozmawiałeś tylko o śledziu..., czemu nie kupiłaś śledzia...". Lewiwa to kobieta racjonalna, potrafiąca cieszyć się drobnostkami, swoim małym, ale uczciwym życiem, bo przecież o to właśnie chodzi – by przeżywać życie swoje, nie innych: „Mnie nie obchodzi, co się wydarza gdzie indziej! Jeśli mój świat był kałużą – to właśnie w tej kałuży zanurzyłam swoje życie!".

I tak oto toczą się słowne potyczki między małżonkami. I są to słowa bezlitosne, ale jakże trafnie opisujące naszą rzeczywistość, która często jest inna niż byśmy sobie tego życzyli. Poza tym sztuka Levina to – tak jak znakomita większość jego dramatów – traktat o ostatecznej samotności człowieka wrzuconego w świat, którego nie pojmuje. Mimo rodziny i bliskich przyjaciół i tak jest się przeraźliwie samotnym – brzmi wniosek autora. I wiele złych słów pada na temat samego małżeństwa – że nudno, że bez tajemnicy, że trywialnie, że bez piękna i uczuć wyższych. Ale mimo tego, to i tak lepiej znosić tę samotność we dwójkę niż w pojedynkę – to drugi, niemniej ważny wniosek autora, który można wysnuć po scenie pojawienia się w domu Popłochów Gunkla, ich samotnego - " jak pies" - sąsiada. Bo Gunkel to symbol nieszczęścia życia w pojedynkę. Jest tak samotny, że "chyba już zwariował" – nawiedza kłócących się małżonków o drugiej w nocy pod pretekstem przeciwbólowej tabletki, a potem pod pretekstem zagubionej czapki, a potem po prostu zdradza, że dłużej nie może siedzieć w pustym mieszkaniu kwitując wszystko słowami: „Wiem jak wam źle, ale macie przynajmniej jedno drugiego, żeby szczekać. Ja nie mam na kogo szczekać". Jednak, jak zauważa Jona: „Wszyscy jesteśmy Gunklami", bo – w ostateczności – umiera się samemu. Ta gorzka prawda długo jeszcze dźwięczy w uszach po opuszczeniu kurtyny.

„Udręka życia" to dramat wagi ciężkiej. Przygnębiający i smutny, bo przedstawiający nasze życie w sposób pesymistyczny, pozbawiony sensu i nadziei. Spektakl w reżyserii Jana Englerta ze znakomitymi kreacjami aktorskimi Seniuk, Gajosa i Pressa  nabiera dzięki profesjonalizmowi jego twórców pewnej lekkości, wydobywa z tekstu komediowe tony – tkwiące gdzieś głęboko, pod tkanką struktury sztuki. Pierwsze słowa Jony wypowiadane przez Janusza Gajosa pobrzmiewają nie smutno, ale ironicznie, owszem z pretensją, ale podszytą humorem. Kolejne sceny, już kiedy bohaterowie się kłócą, także są poprzetykane komediowymi sytuacjami, pozwalającymi rozładować napięcie spowodowane powagą tematu. Aktorstwo ukazane w „Udręce..." jest najwyższej próby. Z ogromną przyjemnością ogląda się tak świetnie zagrane role, gdzie każdy gest jest przemyślany, żadna poza nie przekombinowana a słowo – nawet szeptane – doskonale słyszalne w każdym kącie sali. Ośmielę się nawet stwierdzić, że „Udręka życia" to spektakl z kategorii „odchodzących do lamusa", czyli taki, w którym słowo odgrywa niezwykle istotną rolę, w którym aktorstwo, to talent aktora w połączeniu z jego rzemieślniczą pracą i w którym reżyseria jest tak mistrzowsko poprowadzona, że aż niewidoczna, usuwająca w cień reżysera, a odsłaniająca w pełni okazałości autora i aktora.

Miejmy nadzieję, że rozpoczęta tak mistrzowskim spektaklem okrągła edycja Interpretacji potoczy się po torach wysokiej jakości spektakli, zwłaszcza w kwestii reżyserii, bo ów festiwal to przecież święto młodej reżyserii!

Marta Odziomek
Dziennik Teatralny Katowice
11 marca 2013

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...