Wszyscy jesteśmy Hamletami

Rozmowa z reżyserem spektaklu "Hamlet 44" Pawłem Passinim.
Pytanie prozaiczne: dlaczego Hamlet? Paweł Passini: Bo Duńczyk z czaszką przychodzi na myśl najszybciej, gdy zastanawiamy się, z czym kojarzy się teatr. Ale dlaczego akurat przez teatr opowiadać o Powstaniu Warszawskim? Bo powstanie było wielkim teatrem. Przykład. Podczas pracy nad spektaklem obejrzeliśmy mnóstwo filmów archiwalnych, m.in. fascynujące nagranie z odbicia przez powstańców kościoła św. Krzyża. Operator przyjechał tam jednak, gdy akcja już się rozegrała, więc poprosił powstańców, by zainscenizowali atak jeszcze raz. I oni to zrobili! O czym to świadczy? Czy to nie jest teatralny aspekt powstania? Powstańcy wtedy – w sierpniu 1944 roku – potraktowali teren, na którym 10 minut wcześniej walczyli, jak scenografię! I odtworzyli realną walkę. Zapewne kilka dni później mogli ten film obejrzeć w kinie Palladium. Ale też na całe powstanie można spojrzeć jak na teatr strzelistego gestu i dynamicznie rozwijającej się akcji. Jak na 63-dniowy spektakl, który miał pokazać światu: Hej! My tu w Warszawie jesteśmy! Walczymy, bo Warszawa, Polska jest nasza! A egzystencjalne dylematy Duńczyka z czaszką? Rzeczywiście, gdy gdzieś tam po Elsynorze snuje się młodzieniec z książką i zastanawia, jaką drogę życiową wybrać, może nie wydawać się przekonujący. Gdy gdzieś po korytarzach biega Ofelia, nie do końca poważna, czasem groteskowa, możemy jej nie wierzyć. Ale gdy na kliszę egzystencjalnego dramatu szekspirowskiego nałożymy realne dramaty powstańców Warszawy z 1944 r., gdy uświadomimy sobie, że po wybiegnięciu na ulice ludzie padają jak muchy, ale biegną, waga hamletowskich dylematów i wyborów ma prawdziwe konsekwencje: życie, niewolę, śmierć, wolność. Wybór „być albo nie być” staje się tu alternatywą „iść – nie iść” do powstania? Przygotowując to przedstawienie, szukaliśmy odpowiedzi, co dla powstańców wtedy oznaczało „być”. W naszym spektaklu dla nich „być” równa się „iść”. Walczyć, ruszyć na ulice. W tym spektaklu nie ma Niemców. Bo dla nas istotniejsze jest to, co rozgrywa się między ludźmi na ulicach a tymi za firanką. Czyli tymi, co już walczą, a tymi, co do powstania nie poszli. Dlaczego? Wszystkie postacie są po trochu Hamletami, bo wszystkie z tym pytaniem muszą się zmierzyć. Na przykład dla Gertrudy „być” to znaczy żyć, przetrwać, nie narażać się i ocaleć. Hamlet zaś, w spotkaniach z kolejnymi postaciami, matką, Klaudiuszem, Ofelią ciągle szuka w sobie odpowiedzi. Znajduje? Czy jak u Szekspira wybiera śmierć? Mogę zdradzić jeden zabieg. W spektaklu pojawią się prawdziwi powstańcy – jak grupa aktorów u Szekspira, którzy, przybywając na dwór, paradoksalnie obnażają prawdę. Są najbardziej przekonujący, prawdziwi, bogaci w doświadczenie. Tacy są też powstańcy. My – dzisiejsi widzowie tamtych wydarzeń – to w ich głos się wsłuchujemy. Musimy słuchać coraz uważniej, bo jest to głos niknący, coraz słabszy. Słuchajmy ich, a wnioski niech każdy wyciągnie sam. Chcę właśnie, by ten strumień pytań i szukania odpowiedzi płynął w każdym z widzów przez cały spektakl. Nie będzie on w klasyczny sposób odgrywany, lecz tworzony w obecności widzów przez te sześć wieczorów. W trudnych warunkach – pod gołym niebem, na żwirze, który ogromnie utrudnia kroki, bieg, padanie i wstawanie. I przy Murze Pamięci, jakby przy grobach, na cmentarzu. Będą to zatem trochę „Dziady”? Coś w tym jest, że siadamy na tych grobach, by słuchać i mówić o duchach bohaterów. Jednak, gdyby powstańcy mieli takie dylematy, jakie my tu teraz roztrząsamy, odpowiadaliby sobie na nie już w grobie. Dla nich, a właściwie historycznie dla nas, Polaków, charakterystyczne jest, że najpierw zryw, potem refleksja. A Hamlet, jako bohater typowo niepolski, stwierdza: „Refleksja plącze szyki, nim czyny zdążą stać się czynem”. Czy praca nad tym spektaklem pomogła panu osobiście zrozumieć powstanie? Dla mnie pytanie o zrozumienie powstania jest pytaniem o jego aktualność. I ja jako warszawiak tę aktualność dostrzegam w każdym wymiarze życia w Warszawie. Często słyszy się, że stolica jest miastem bez charakteru, bez centrum, bez środka. A ja na to odpowiem, że to cholernie charakterne miasto. Że to m.in. Powstanie Warszawskie nadaje mu charakter. Jest tym ukrytym sercem miasta. Jest jego mitem założycielskim, z którym próbujemy się tym spektaklem mierzyć. Aktorzy o „Hamlecie ’44” Maciej Wyczański (hamlet) Pójść, nie pójść. Żyć, nie żyć. Być, nie być. Hamlet zadaje sobie mnóstwo pytań. Może nawet za dużo. Nie wie, jak się zachować w stosunku do wybuchu powstania. Dlatego sonduje innych. Potem się odcina, by samemu zdecydować. Ale od jednego odciąć się nie może – od ducha ojca, czyli naszych ojców walczących w powstaniach listopadowym, styczniowym. W tym Hamlecie będzie dużo ze mnie. Ja też szukam odpowiedzi. I mam wątpliwości, których być może wtedy powstańcy nie mieli. Bo ja – rocznik 1981 – nie wiem, jak to jest walczyć, bać się śmierci, ryzykować. Maria Niklińska (ofelia) Ofelia najbardziej spontanicznie dokonuje odważnych wyborów. Bez większych dylematów, czy warto. Toczy polemikę z Hamletem, który ma więcej wątpliwości. Ona swoje argumenty uważa za oczywistość. Dla niej, podobnie chyba jak dla wielu młodych osób wtedy, pójście do powstania to najbardziej sensowna sprawa. Dlatego czuje energię i radość z wyboru. Nawet jeśli jest to wybór nie do końca świadomy, pod naciskiem okoliczności. Tę radość z wybuchu powstania zobaczyliśmy, oglądając filmy archiwalne. Dzięki nim głębiej zrozumiałam powstanie. Beata Zygarlicka (gertruda) Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co czuły i myślały kobiety w sierpniu 1944 roku, gdy ich synowie szli do powstania. To musiały być ogromnie sprzeczne emocje. Ale po tygodniach pracy nad tą rolą moja Gertruda ma coś ze mnie. A ja myślę trochę jak Gertruda. Ja kocham życie i wybieram je w każdej sytuacji. Dla mnie po prostu życie to „być”. I nigdy świadomie nie puściłabym swoich dzieci do walki. Sama mam syna i raczej nie chciałabym, żeby był bohaterem. Nie chciałabym posyłać go na śmierć, a potem płakać i słyszeć: umarł bohater. Władysław Kowalski (poloniusz) Jestem bardzo emocjonalnie z powstaniem związany. Niedawno tutaj, na próbach, spotkała mnie szczególna sytuacja. Na Murze Pamięci znalazłem nazwisko... Władysław Kowalski, ps. Kajtek. A „Kajtek”, to moje przezwisko sprzed lat. To dziwne uczucie. Mimo osobistych refleksji o powstaniu, wspomnień związanych jeszcze z rolą w „Kolumbach” jako ojciec Laertesa i Ofelii będę odradzał im udział w powstaniu. Mój bohater, świadomy klęski i zagrożenia, będzie chciał za wszelką cenę uchronić dzieci przed konsekwencjami wyjścia z bronią na ulicę.
Izabela Kraj
Zycie Warszawy
1 sierpnia 2008
Portrety
Paweł Passini

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...