Wszystkie włoskie smaczki

"Pewnego razu w Hollywood" – reż. Quentin Tarantino

Kto jeszcze nie obejrzał, niech się nie złości, że mu spojleruję.

To mój czwarty film Quentina Tarantino. Do "Pulp Fiction" chyba za młoda byłam. "Jackie Brown" mnie urzekła. "Django" przeraził, ale i zachwycił, oraz po nim zrozumiałam, że Leonardo Di Caprio potrafi zagrać WSZYSTKO. Z powodu jatki w "Django" nie zdobyłam się na obejrzenie "Bękartów wojny" i może się nigdy nie zdobędę. Ale teraz już wiem, po co Quentin serwuje widzom super realistyczne sceny wypruwania flaków, rozszarpywania żywcem przez psy i inne z użyciem na przykład miotaczy ognia.

On się mści.
A że jest genialnym artystą, mści się genialnie i kulturalnie.

Pewnego razu w Hollywood było sobie dwóch gostków, z których jeden jest podupadającym aktorem zabijaką-przystojniakiem z westernów, a drugi jego dublerem, a przy okazji kierowcą, domową złotą rączką i powiernikiem. I prawdziwym twardzielem, w przeciwieństwie do tego pierwszego. W tych rolach Leonardo Di Caprio i Brad Pitt, ktorzy najwyraźniej świetnie się bawili przy produkcji oraz nabijali z samych siebie. Nie wiem, czy to ich, czy reżysera zasługa, ale wielki szacun dla wszystkich trzech za wybuchy śmiechu, które mi zaserwowali. Płakałam ze śmiechu, kiedy Leo płakał nad swoim gównianym życiem nieudacznika w średnim wieku. I kiedy Brad odgrywał starzejącego się lowelasa i krzepkiego chłopka roztropka w jednej osobie.
W sąsiedniej posiadłości mieszka słynny reżyser Roman Polański z piękną żoną, wschodzącą gwiazdą aktorstwa, Sharon Tate. Oprócz tego po Hollywood kręci się pełno hipisów, którzy nienawidzą wojny, przemocy, zobowiązań i tych burżuazyjnych świń.

Znasz historię Sharon Tate? Bo okazuje się, że to nie jest dla wszystkich oczywistość.

W międzyczasie nasz bohater przeżywający kryzys tożsamości wchodzi w fazę westernowej kooperacji z Włochami, po tym jak rozkleja się na planie amerykańskiego westernu, tymczasem jego dubler trochę niechcący obija ryj Brucowi Lee (umarłam ze śmiechu) i bierze udział w scenie z prawdziwego Dzikiego Zachodu, gdzie napięcia nie budują strzelby i Indianie, ale komuna hipisów.
To w dużym skrócie.

Tarantino stworzył emocje godne nabitych koltów i dłoni gotowych do strzału w samo południe posługując się bandą bezbronnych dziewcząt z długimi włosami. Geniusz.

A propos napięcia, które geniusz rozładowuje zmuszając widza (od niechcenia) do ataków niepohamowanej radości, to rosło ono niepostrzeżenie do takiego natężenia, że przez chwilę myślałam o wyjściu z kina. Pomyślałam, że tego nie zniosę.
A Quentin mnie zaskoczył.
Pomścił Sharon, tak jak pomścił czarnych niewolników w "Django" i Żydów w "Bękartach wojny". Zmienił historię, nie zmieniając niczego. Katharsis.

Komuś się tym film może wydał komedią (z paroma scenami od czapy). Ktoś stwierdził, że dłużyzny (lol).

Ja będę długo przeżywać.

Jeszcze dodatkowo cieszyły mnie wszystkie włoskie smaczki

Agnieszka Kledzik
Kledzik RADZI
10 września 2019

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia