Wszystko było groteską?

"Termopile polskie" - reż. Jan Klata - Teatr Polski we Wrocławiu

W Święto Konstytucji 3 maja i w dni grilla Jan Klata chce zaserwować opowieść o katastrofie. Tej, która nastąpiła ponad dwa wieki temu, i tej, która powtarza się cyklicznie, każąc nam być śmiesznymi w swym zepsuciu i oporze, a naszym sąsiadom groteskowo okrutnymi i prymitywnymi w stosunku do nas.

Wyruszam do Wrocławia niedługo po sumie z procesją w kościele Najświętszej Marii Panny Królowej Polski w Stróży koło Myślenic. Jest odpust, są stragany, dzieciaki obkupione w petardy i biżuterię, a w kościele asysta złożona z Ochotniczej Straży Pożarnej, pięknie umundurowanej, zajmującej środek nawy Salutuje przy podniesieniu sztandaru. Wszędzie znaki radości z powodu kanonizacji Jana Pawła II; wielkie plakaty, mnóstwo żółto-białych flag. Wydaje się, że tu, niedaleko przecież Wadowic, radość z powodu zwycięstwa jednego z naszych ma zupełnie inny wymiar i pozwala na wielką satysfakcję narodową. Bez tego tonu z gazet: że słuchaliśmy, a nie rozumiemy albo że sprawy są o wiele bardziej skomplikowane. Tutaj rzeczy były proste: mieliśmy pasterza, jednego z nas Pan powołał do swojej służby i ten jeden z nas pomógł nam dokonać rzeczy wielkich z naszym życiem osobistym, z historią świata. Płyną więc słowa Ślubów Jasnogórskich wplecionych w odprawianą sumę. Historia od potopu i Jana Kazimierza, przez Prymasa Tysiąclecia, aż do kłopotów z Unią Europejską oraz zagrożenia ze Wschodu przywoływana jest i w homilii, i w samym nabożeństwie. W tym małym kościółku historia się dzieje i uobecnia. Chłód i lekka mżawka nie studzą radości ze święta, w którym odnajduje się lokalna społeczność.

I cóż, jadę do Wrocławia. Na Klatę.

Uznanie dla wyobraźni

Pierwsze minuty pokazują, że reżyser znalazł klucz do dzieła Micińskiego. Przeczesywane światłami skanerów pole bitewne ze skibami ziemi, agresywne techno z upiornym wizgiem wwiercającym się w mózg to świetne preludium do | opowieści o dramacie rozgrywającym się w głowie umierającego w nurtach Elstery księcia Poniatowskiego. Dramat Polski w agonii, żenująca próba ponownego uwiedzenia przez podstarzałego króla Stasia carycy Katarzyny w czasie zjazdu w Kaniowie, uchwalenie Konstytucji 3 maja, rozbiory i sejm milczący w Grodnie, insurekcja kościuszkowska i rzeź Pragi - to wszystko oddane przez groeskowo-grafomański tekst Micińskiego niezwykle dobrze współgra z wyobraźnią Klaty który nasyca sceny aluzjami do współczesności, muzycznymi niespodziankami, wyśmienitymi atrakcjami i brutalnym, gorzkim poczuciem humoru. Najpierw więc muza, kochanka księcia w białej szacie, prowadzi ranne, umierające dziecko przebrane za małego powstańca, w niemieckim hełmie z biało-czerwona opaską przez bitewne pole. Wykrzyczane słowa prologu ukazują makabryczny humor Micińskiego: oderwane nogi, porwane wnętrzności. Jesteśmy w środku makabry. Potem zjawia się sam książę Poniatowski - w tej roli Wiesław Cichy - i biegnąc ku nam, pada po wielekroć. Bardzo śmieszne. No tak, to już kiedyś widzieliśmy: aha, w "... córce Fizdejki" z roku 2004, gdy Cichy w kapitalnej scenie przy dźwiękach "Etiudy rewolucyjnej" prezentował Niemcowi, neo-Krzyżakowi skrócony kurs polskiej historii. Było tam i nawiązanie do szkoły polskiej wyszydzającej romantyczny gest, i jednocześnie wyraz bezsilności wobec najeźdźców z Zachodu. Cichy jest świetny także teraz jako Józef Poniatowski, więc publiczność kupuje konwencję i wybuchami śmiechu wita wybuchy na scenie. Ale przecież to dopiero początek grepsów, jakie Klata przygotował na wyjątkowy wieczór majowego święta. Zaraz zjawi się kapitalny aktorsko Andrzej Kłak jako gracz, szarlatan, cyniczny teolog i masoński przewodnik, uwodzący ruchem dłoni, a całym ciałem ogrywający egzotyczne klimaty i filozoficzne, teozoficzne, teologiczne ekstrawagancje. A gdy zobaczymy ucieleśnienie Rosji w postaci Bartosza Porczyka ubranego w opięty kostium w kolorach tróbarwnej rosyjskiej flagi, gdy zaprezentuje przedziwny miks: gimnastyki artystycznej, prężenia muskułów i defiladowego kroku, gdy pokaże, jak świadomość własnego chamstwa i prostactwa wiąże się z niezwykłą butą i okrucieństwem, rzeczywiście trudno będzie nie wyrazić uznania dla wyobraźni Klaty. Trochę mniej udana jest sportowa metafora dla reprezentanta Polski: włożenie księciu Poniatowskiemu bokserskich rękawic - białej i czerwonej - oraz jego zabawy z workiem treningowym zdobionym mapą Europy poza oczywistym komizmem sportowych gestów wydobywanym przez Cichego nie przynoszą żadnej ciekawej diagnozy czy uogólnienia. Ale jest wartko.

Uznanie dla wyobraźni Klaty - owszem. Ale czy sens ma ten wielki rechot płynący przez widownię? Spazmatycznie rży z radości jakieś dziewczę za mną, siedzący obok mnie brodacz z zeszytem na kolanach (a więc kolega z branży) zerka raz po raz na mnie roześmiany, z satysfakcją oczekując, że odwzajemnię śmiech, włączę się do tej radochy i z nim, i z całą publicznością kupię ten pomysł na opowieść o polskiej beznadziejnej historii. A ja na to patrzę jakoś przez szybę. Ludzie zrywają boki, gdy Klata prezentuje carycę Katarzynę na gimnastycznym koniu, gdy bawi się konceptem o jej erotomaństwie, każąc dworakom na różne sposoby wykonywać frykcyjne ruchy, śmiech kwituje dziwny niemiecko--rosyjski bełkot, jaki dobywa się z jej ust, poniżany król w uścisku Potiomkina musi trzymać go za rękę i towarzyszyć mu nawet wówczas, gdy ten okrutny prymityw odlewa się na ścianę, ludzie kulają się ze śmiechu, gdy mowa o przekupstwie i zdradzie, bo faktycznie Klata jak za dawnych dni świetności robi wiele, by scena żyła, by buzowała od aluzji, aluzyjek, aktualności. Żołnierze piją piwo i grillują, dźwięczy piosenka z "Titanica", poniżany król niezdarnie pląsa do muzyki Czajkowskiego, a słowa Micińskiego o dziarskich chłopcach z Ameryki okazują się niezwykle aktualne.

Nie ma zgody

Historia ostatnich miesięcy w ogóle sprzyja Klacie i Micińskiemu. Krym, Ukraina, geopolityka, nazwy miejscowości, klimat wielkiej zmiany - to wszystko świetnie uaktualnia widowisko i budzi nawet podejrzenia, że Klata sporo podopisywał Micińskiemu. Ale nie - konfrontacja z tekstem oryginału pokazuje, jak bardzo nasza historia jest zapętlona i wciąż, i wciąż na nowo każe odgrywać sceny oraz obrazy. Publika wyje więc z radości. Wydawałoby się jeszcze niedawno: spektakl nie do wystawienia, wiązka grafomanii z niezrozumiałymi wizjami nagle przyrządzona przez Klatę funkcjonuje niczym kabaret, niczym szopka polityczna. Leżący pokotem posłowie sejmu milczącego zrozpaczeni rozbiorami, pokonani, pytają, co na to Europa, co na to świat. I z góry rozbrzmiewają ponure takty "Ody do radości" rzępolonej na najniższych rejestrach kontrabasu.

Brodacz się zaśmiewa, kołysze, znów zerka, prawie się nachyla ku mnie, zdziwiony najwyraźniej, że nie wyję z radości tak jak oni wszyscy. No przecież jest do śmiechu, jest super. Wyszydzeni Rosjanie, wyszydzeni Polacy - przekupni, cyniczni albo śmieszni w swym bohaterstwie, w swej bohaterszczyźnie, w bezradności. Mali nawet przy uchwalaniu Konstytucji 3 maja, gdy kołyszą się do wtóru stosownego mazurka ni to w pijackiej, ni to psycholskiej ekstazie. Kościuszko z indiańskim piórkiem we włosach za chwilę będzie uciekał z pola bitwy przy dźwiękach z sowieckiej kreskówki o wilku i zającu. I rzeczywiście komiczny jak zawsze Marcin Pępuś w roli przywódcy insurekcji upodobnia się do zająca z "Nu, pogodi!"

Dwaj wielcy bohaterowie polskiej wyobraźni - Kościuszko i Poniatowski, o których 30 lat temu w jakże innych okolicznościach pisał Andrzej Kijowski w eseju "O dobrym naczelniku i niezłomnym rycerzu" - tutaj rozpięci między heroizmem a groteską, po wielkich słowach: "Bóg mi powierzył honor Polaków", "musi być ktoś, co zaświadczy, że Polska nie jest na kompromisach oparta" czy litanii naczelnika z błaganiem o wybawienie "od konieczności corocznych powstań", wikłani przez Micińskiego i Klatę w groteskowe sytuacje, z masochizmem wyszydzani przez potężniejszych przeciwników.

Klata wraca do wielkiej formy? Do czasów, gdy w imieniu zbiorowości zadawał pytania rządzącym i podawał w wątpliwość krzepką oficjalną propagandę? Jak w "H." - "Hamlecie" w zrujnowanej Stoczni Gdańskiej, gdy niósł przesłanie o zdradzonej rewolucji czy gdy w "Fizdejce" sypał piach w tryby proeuropejskiej machiny propagandowej, ostrzegając tekstem Witkacego, jak Niemcy nas wykupią, a Europa wydrenuje, gdy z Airport Wałbrzych odlatywały do niewolniczej pracy ostatnie Polaczki, gdy Niemiec w garniturze Bossa wykupywał nasze dusze? Tylko z czego szydzi dzisiaj Klata? Co podważa, bawiąc się aktualizowaniem polskiego fatum? Czym się zachłystuje, gdy cytuje opinię Niemca o niedojrzałości narodów słowiańskich, które pozostawione samym sobie wymordowałyby się i odgrodzone murem od Europy po 100, 50 latach stworzyłyby na swychziemiach drugą pustynię Gobi?

Szydzi z własnej rozpaczy? Bawi się beznadziejnością naszej sytuacji, która skazuje nas na śmieszność. Śmieszność tych ofiar z tarantinowskich filmów, które groteskowo umierają, wykonując jakieś dziwne balety, a widownia cieszy się z grepsów rzucanych przez oprawców?

Dlaczegóż miałbym dołączyć się do rechotu Klaty? Dlaczego miałbym przyklasnąć tej wizji, że wszystko jest domeną groteski? Nie ma zgody. I tak jak w czasach upadku Rzeczypospolitej jedni mieli rację, a drudzy jej nie mieli, jedni zdobywali się na czyny heroiczne, a drudzy okazywali się tchórzami i zaprzańcami, tak przez 10 lat, jakie minęły od "Fizdejki", jedni podejmowali mądre decyzje i widzieli więcej, a inni włączyli się do rozwalania naszego państwa i niszczenia narodowej kultury.

I nie ma zgody na alibi, że wszystko jest groteskowe. Bo Klata przecież uczestniczył w realizacji niemieckiej polityki historycznej za całkiem konkretne niemieckie pieniądze ("Transfer!", "Titus Andronicus"), fundował Polakom na narodowej krakowskiej scenie pedagogikę wstydu, zapraszając chorwackiego hochsztaplera do destrukcji "Nie-Boskiej komedii", szydził z żałoby smoleńskiej, robiąc w Starym happening, oddawał scenę na szczeniackie zabawy Demirskiego, który z Dzierżyńskiego czynił patrona skrzywdzonych przez transformację. Robił więc sobie radośnie "teatr narodowej zdrady". I teraz co? Jednym gestem, jednym grepsem chce unieważnić te 10 lat? Że ostatnim akordem nagle chwyci nas za gardło? Gdy przeniesie swych bohaterów na leżaczki na plażę i sportretuje niby nas, Polaków, na majówkowym wyjeździe last minute, byśmy słuchali siebie, jak chwalimy nasze czasy i w rytm rządowej propagandy powtarzamy, że dożyliśmy najszczęśliwszych od tysiąca lat czasów dla naszego kraju?

I co? Czy Klata naprawdę myśli, że ostatnia scena, a więc wdarcie się w odgłosy plażowania słów "Mazurka Dąbrowskiego", dobiegającego zrazu zza kulis, nie wiadomo: śpiewanego przez grupę rekonstrukcyjną czy przez kibiców, a potem nadejście rannego legionisty jest wystarczającym przejawem obywatelskiej refleksji?

Zmarnowany czas

Nie ma zgody. I może minister Zdrojewski, człowiek, który marzył o resorcie obrony, a dostał kulturę, bić sobie brawo na premierze, może publika próbować zrobić owację na stojąco, ale nie ma zgody na to, że i dawniej, i teraz wszystko było groteską i nikt w gruncie rzeczy nie miał racji. Bo ktoś chciał likwidacji grożących polskiej suwerenności Wojskowych Służb Informacyjnych, a ktoś próbował bronić tego bastionu obcej agentury. Ktoś niszczył naukę historii w szkołach i humanistyczny kanon, a ktoś się temu sprzeciwiał. Ktoś rozbrajał polską armię, a ktoś podnosił larum. A przede wszystkim ktoś szydził z polskości, na każdym kroku kwestionował tradycję, pomniejszał nas, upokarzał...

I nie ma zgody na zrównanie tych stron, o nie, to, że poniewczasie ktoś uderza w antyrosyjski ton, nie czyni z niego proroka; że ktoś wygraża Putinowi, nie czyni z niego bohatera. Bo trochę lat się zmarnowało, bo trochę złych rzeczy się zrobiło.

Wychodzą do oklasków aktorzy, wychodzą twórcy. Jan Klata za rękę z Justyną Łagowską, odpowiedzialną za scenografię i światło. A ja myślę sobie, bo przecież trudno zaprzeczyć, że "Termopile" nawiązują do pierwszych manifestacji Klaty: ileż to czasu chłopaku zmarnowałeś, przecież gdzie byłbyś, gdybyś nie uległ podszeptom kolesiów z "Krytyki Politycznej", gdybyś nie zachłysnął się zachwytami salonu, gdybyś nie zawierzył sponsorom, gdybyś pychą powodowany nie destruował narodowej sceny.

Andrzej Horubała
Do Rzeczy
14 maja 2014
Portrety
Jan Klata

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...