Wszystko jest tu na opak

"Wesele Figara" - reż. Keith Warner - Opera Narodowa w Warszawie

W warszawskim "Weselu Figara" najsilniejsze - i inscenizacyjnie najważniejsze - jest to, co przysypane zmianą konwencji międzyludzkiej, a przez to ledwo dostrzegalne. Reżyser Keith Warner ubiera bohaterów opery Mozarta (z 1878 roku) w klasyczny - nazwijmy - kostium (Nicky Shaw), ale ich emocje, zachowania, gesty są rodem z dziś. Z teraz. Co to znaczy?

Ano to, że Zuzanna (służąca przecież) nie mogła leżeć, wylegiwać się na łóżku Hrabiny (swojej pani), kiedy ta chodziła po pokoju. Ano to, że Figaro (sługa przecież) nie mógł wchodzić do garderoby Hrabiny, kiedy w środku była tam ona, jeszcze, za przeproszeniem, bez pukania. Ano to, że Figaro nie mógł tak sobie łapać pod ramię Hrabiego i wyprowadzać go z pomieszczenia. Albo - jak w ostatnim akcie - siedzieć obok niego na krześle, gdy ten stoi, i wyciągać nogi, jakby zapraszał go do czyszczenia butów. I dalej: stąd te wszystkie "przaśne" sytuacje. One są z dziś. Z dziś jest Hrabia (powtórzmy to: w historycznym kostiumie), który ma ochotę - z racji funkcji, hierarchii, męskiej energii i władzy - na każdą kobietę (co widać dobrze na przykładzie Barberiny, w której usta wpija się w ostatniej scenie opery). Także Zuzanna, która w drugiej scenie z Hrabią (w III akcie) już bez skrępowania oddaje mu się, albo i nie oddaje, tylko sięga po to, co chce. Wreszcie Cherubino, który po delikatnym zbliżeniu z Hrabiną odbywa pospieszny stosunek w przedsionku z Barberiną. Z kwiatka na kwiatek, chciałoby się powiedzieć, "(...) amoroso"...

Genialny jest koniec spektaklu - słynne qui pro quo w ogrodzie - umieszczone przez Warnera i scenografa Borisa Kudlićkę w śliskich, ciemnych, nieprzyjemnych chaszczach, obślizgłych konarach, spętanych korzeniach drzewa. Piękna ogrodowa altana, w której miało się dokonać oczyszczenie, zamieniła się w nieprzyjemny obraz ludzkiej duszy. Brudnej i wstrętnej. Na dodatek te gałęzie wyjechały z zapadni, spod ziemi, spod paździerzowego pałacu. To na takim - śliskim, obmierzłym, paskudnym gruncie - jest ufundowany ten świat. Nasz świat także.

Przecież to my na co dzień erotyzujemy niemal każdą sytuację, zawodowo i prywatnie, i nawet tego już nie rozpoznajemy ani się nie wstydzimy. To my, prawie na co dzień, nie tylko od święta, zdradzamy swoich partnerów, żyjemy w partnerskich (czytaj - w kontekście tytułu opery Mozarta: niesakramentalnych) związkach, w trójkątach (jawnych bądź ukrytych), w wielokątach, w dark roomach. Okłamując się, że tak jest dobrze, a chwilami jeszcze lepiej, że jeśli nie z tym, to z tamtą, jeśli nie teraz, to jutro, jeśli nie tu, to tam. Przerażająco smutne.

A może z tą inscenizacją jest jeszcze tak. Nie tyle to współczesne emocje ubrane (tylko) w historyczny kostium, ile współcześni ludzie, żyjący tu i teraz, w niewykończonym domu-pałacu z paździerza (a po co go kończyć, skoro cosi fan tutte i trzeba się będzie rozejść) - jeśli domu nie dziś, to domu przyszłości - którzy tylko przebrali się w historyczny kostium. Dla zabawy, dla złapania kontaktu z jakąkolwiek przeszłością, dla stylu, formy, konwencji.

I wszystko jest tu na opak. Dlatego Hrabina leży na stole w trakcie arii, dlatego Figaro wchodzi po bocznych schodach w trakcie śpiewu, dlatego Zuzanna robi więcej, niż powinna. Ci ludzie, współcześni, nowobogaccy, nie wiedzą, jak się zachowywać, śpiewając Mozarta. A my wiemy, co robić, kiedy go słuchamy?

A temu wszystkiemu przygląda się - nic z pozycji moralisty, krytyka rzeczywistości (i w tym też ukryta, podskórna siła tej inscenizacji) - Keith Warner. Bo sam pewnie nie jest bez winy.

Tomasz Cyz
Zeszyty Literackie
30 marca 2011

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...