Wszystko w rodzinie, czyli Mayday 3

"Wszystko w rodzinie" - reż. Tomasz Konina - Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu

W "Kochanowskim" po premierze kolejnego Cooneya mogą spać spokojnie - ludzie to kupią, frekwencja poszybuje, kasa się zapełni. Wystarczy?

Ray Cooney ma opinię mistrza farsy, a jego zasługi dla kultury rodacy przypieczętowali Orderem Imperium Brytyjskiego. Swoją najlepszą sztukę, w Polsce znaną jako "Mayday", napisał w 1983 roku. Po latach powstała kontynuacja - "Mayday 2". To prawdziwe hity, które sprawdziły się również na opolskiej scenie, gdzie obejrzało je łącznie 29 tysięcy widzów. Nie dziwi więc, że Tomasz Koniną dyrektor, a zarazem reżyser obu części, jeszcze raz postanowił sięgnąć po Cooneya, skoro to jedyny autor grany ostatnio w naszym teatrze, dzięki któremu fotele na balkonie przestały porastać kurzem.

"Wszystko w rodzinie", jest nieco późniejsze od "Mayday", ale niestety dużo słabsze. Komediowy schemat jest podobny. Głównemu bohaterowi niespodziewanie wyciągnięte grzeszki grożą katastrofą osobistą i zawodową. Dr Morti-more robi ostatnie poprawki w swoim przemówieniu, które ma wygłosić na sympozjum neurologów, gdy w szpitalu pojawia się jego dawna kochanką Jane, i oznajmią że owocem ich związku jest 18-letni syn, który chce poznać ojca. Pechowy lekarz robi wszystko, by prawda nie wyszła na jaw ani przed jego żoną, ani przed szefem. Pierwsze kłamstwo uruchamia całą lawinę, mnożą się nieporozumienia, słowno-sytuacyjne omyłki, bohaterowie muszą udawać kogoś, kimś nie są. Tak nakręca się spirala absurdu - aż do granic bredni - bo tak działa machina farsy, która szyje ściegiem szybkim, ale dość grubym. W "Mayday" było to inteligentne i błyskotliwe - w tekście i na scenie. We "Wszystko w rodzinie" tej błyskotliwości zbyt często brakuje. Pierwsze 67 minut akcji - grane w czasie rzeczywistym, co obserwujemy na zegarze -jakoś leci. W drugim akcie nie tylko zegar staje. Coraz więcej jest momentów, gdy akcja staje się jałowa i im grubiej twórcy szyją, tym bardziej rozłażą się szwy tej materii.

Porównania z "Mayday" nie da się uniknąć także z powodu podobieństwa scenografii i obsady. Andrzej Czernik (dr Mortimore) i Leszek Malec (dr Bonncy) odwrócili się co prawda rolami, ale charakteru pisma nie zmieniają. Trudno pozbyć się wrażenia że oglądamy "Mayday 3", niestety - jak to z seąuelami bywa - gorszy od poprzedników i powielający sam siebie.

W scenicznym szaleństwie najbardziej zgrzyta postać syna. Leslie Adama Ciołka wystylizowany na emo, to karykatura histeryczno-neurotycznego nastolatką który zachowuje się jak czterolatek. Z wpisanym w istotę farsy przerysowaniem najlepiej radzi sobie Arieta Los-Pławszewska. Stereotyp pięlę-gniarki-blondynki potraktowała z autentycznym wdziękiem. Najbardziej aktorsko broni się Cecylia Caban w roli Jane - prawdziwą naturalna, konsekwetnie unika wygłupu, a jednak wyzwala śmiech.

Ray Cooney w swej intrukcji pisania farsy zauważą że ten gatunek sprawdza się wyłącznie w konfrontacji z widownią. Gdyby patrzył na opolską premierową publiczność, byłby zachwycony - głośny śmiech, owacja na stojąco. Państwo Artyści, nie dajcie się złapać na ten lep. Stać was na coś lepszego.

Iwona Kłopocka
Nowa Trybuna Opolska
17 września 2013

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia