Wybrzeże Sztuki z pazurem i na poważnie

9. Festiwal Wybrzeże Sztuki

Po roku przerwy znów podziwiać mogliśmy spektakle szeroko komentowane na Wybrzeżu Sztuki. Tegoroczna edycja skupiona była wokół tematów trudnych i kontrowersyjnych. Poza brawurowym "Do dna" zabrakło wytchnienia od przytłaczającego treścią i zaskakującego oryginalną formą teatru dramatów egzystencjalnych. Na szczęście najlepsze, czyli "Wesele" [na zdjęciu] w reż. Jana Klaty, zachowano na koniec.

Teatralny kaprys Krzysztofa Garbaczewskiego

Jeden z mainstreamowych liderów teatru młodego pokolenia Krzysztof Garbaczewski przywiózł do Gdańska "Wyzwolenie" z teatrugalerii Studio w Warszawie - spektakl przedziwny i równie zaskakujący w formie, co miałki w treści, a przy okazji, niestety, niezrozumiały dla szerszej widowni.

Bardzo cenię odwagę w eksperymentowaniu tego twórcy z nowymi mediami i formułowaniu teatru bez szukania kompromisów czy pomostów dla widzów, którzy nie podążają torem skojarzeń reżysera. Jednak równie często za ciekawą formą kryje się efektowny i niezbyt zrozumiały owoc w postaci kilkugodzinnego teatralnego kaprysu. Paradoksalnie, najlepsze są te spektakle Garbaczewskiego, które mają szkielet oparty o wybitny tekst ("Hamlet", "Burza", czy "Chór sportowy" na początku jego artystycznej pracy). Nie jest to jednak reguła, o czym przekonują pokazywane na Wybrzeżu Sztuki spektakle tego reżysera - nieudolna "Balladyna" sprzed kilku lat czy właśnie "Wyzwolenie" według Wyspiańskiego i Witkiewicza, zagrane na tegorocznym Wybrzeżu Sztuki. Im więcej eksperymentu, tym bardziej rwie się nić dramatyczna, a spektakl zaczyna przypominać kolaż bardziej lub mniej ciekawych skojarzeń (zdarza się Garbaczewskiemu tworzyć kolaże dużo bardziej udane - jak "Robert Robur" - jednak "Wyzwolenie" do nich akurat nie należy).

Spektakl warszawskiego Studia teatrgalerii jest bardzo hermetyczny i chaotyczny. Obserwujemy aktorów przypominających towarzystwo z dawnego Stadionu Dziesięciolecia - dzieci i dorośli w ortalionach, dresach, "multi kulti". Mówią oni niekiedy językiem autorów tekstu, częściej jednak kwestiami dopisanymi, bo przecież ani "Wyzwolenie" Wyspiańskiego, ani "Nowe wyzwolenie" Witkacego nie są tu w centrum uwagi. Podziwiamy m.in. kilkudziesięciominutowy dialog Konrada (granego przez Annę Paruszyńską ze słuchawkami na uszach raczej do laptopa, na którym wyświetlany jest fragment "Wyzwolenia" w reż. Konrada Swinarskiego z Jerzym Trelą, którego treści aktorka powtarza, niż do publiczności) z maskami. To "Wyzwolenie" to świat syntezatora mowy, wszechobecnych kartonów, które stanowią scenografię, a później stają się kostiumami aktorów, dającymi się zapamiętać na przykład w małym roślinnym show gdzieś z boku sceny, dużo ciekawszym od żeńskiego Konrada "walczącego" z wyimaginowanymi maskami. Wiele tu ironii, wiele kontrastów, ale obraz Polski B i refleksja nad treścią patriotycznych odezw Konrada (które - jak zauważa reżyser - bardzo się zdezawuowały), zawarte w spektaklu, toną w chaosie i tanich grepsach.

"Wesele" na miarę naszych czasów

Na drugim biegunie znajduje się spektakl zamykający Wybrzeże Sztuki. Sprowadzenie ostatniego spektaklu Jana Klaty za jego dyrekcji w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie to przysłowiowy "strzał w dziesiątkę". Gigantyczne zainteresowanie przedstawieniem pozwoliło uruchomić sprzedaż drugiego spektaklu, który również wyprzedał się błyskawicznie. Nic w tym dziwnego, bo pożegnalne "Wesele" Stanisława Wyspiańskiego zbierało bardzo dobre recenzje. Jak się okazało - w pełni zasłużenie. W odróżnieniu od Garbaczewskiego, Jan Klata dramat Wyspiańskiego pozostawia niemal w całości, zachowując śpiewność jego języka i dając każdemu z aktorów pole do popisu. Piękną góralszczyzną wypowiada się ciężarna Panna Młoda (świetna Monika Frajczyk), ze swadą od lekkoducha bawiącego się folklorem do intelektualisty prowadzi postać Pana Młodego Radosław Krzyżowski.

Zresztą, to prawdziwy aktorski koncert, gdzie i Julian Chrząstowski (Gospodarz), i Roman Gancarczyk (Dziennikarz), Zbigniew W. Kaleta (Poeta) czy Krzysztof Zawadzki jako katalizator ludowej energii Czepiec i niemal każdy aktor ma sposobność, by zwrócić na siebie uwagę. Jan Klata nie bawi się jednak po prostu tekstem "Wesela" - pomimo komizmu i dowcipu to bardzo przygnębiająca diagnoza polskiej inteligencji, której symbolem jest spotkanie czwórki "wczorajszych", nawiedzonych przez duchy inteligentów, gdzie zapał i chęć do działania tłumione są w zarodku, z dobitnie gorzką kwestią "Najlepiej na ten temat śpię" wypowiedzianą przez Dziennikarza. Pozbawiona mocy, wykastrowana, szukająca podniet na przykład na wiejskim weselu zamiast wziąć sprawy w swoje ręce inteligencja nie pierwszy raz dostaje od Klaty solidnego kopniaka.

Widzowie otrzymują w "Weselu" bardzo gorzką, dojrzałą i przemyślaną w najdrobniejszych szczegółach (gest "namaszczenia" płodu Panny Młodej na "Polskę przyszłości") wizję świata, nad którą góruje Chochoł (tak nazwano lidera blackmetalowego zespołu Furia, który gra podczas spektaklu na monumentalnych kolumnach - na nich zasiadają niewzruszenie czterej muzycy z pobielonymi twarzami). W pamięć zapadają doskonałe kostiumy Justyny Łagowskiej i wykreowana przez nią przestrzeń ni to remizy, ni to szopy, z pozbawionym korzeni kikutem drzewa pośrodku. Finał spektaklu nabiera dramatyzmu dzięki nestorowi krakowskiej sceny - Andrzejowi Kozakowi, który wypowiadając kwestie Jaśka, co zgubił Złoty Róg, wyposaża go w lęki i poczucie zagubienia osoby starszej. Bo zagubienie i martwota narodu nie są przecież niczym nowym - sugeruje Jan Klata.

Egzystencjalne rozterki zdominowały Wybrzeże Sztuki

Tegoroczna edycja Wybrzeża Sztuki od początku krążyła wokół tematów trudnych i przytłaczających. Publiczność miała okazję zmierzyć się z kwestią winy i kary wobec oskarżonego o pedofilię Arnolda Friedmana i jego syna, który po traumatycznych doświadczeniach z dzieciństwa poszedł w ślady ojca ("Sekretne życie Friedmanów" w reż. Marcina Wierzchowskiego, Teatr Ludowy w Krakowie), posłuchać księdza Jakuba, przez trzy godziny przybliżającego swoje polsko-żydowskie korzenie i religijne uwikłania ("Historia Jakuba" w reż. Ondreja Spišáka, Teatr Dramatyczny w Warszawie) oraz - dla odmiany - przyjrzeć się Maxowi Aue, biseksualiście związanemu toksycznym, kazirodczym związkiem z siostrą, spełniającego się jako gorliwy hitlerowiec strzegący porządku w niemieckim obozie koncentracyjnym ("Punkt Zero: Łaskawe" w reż. Janusza Opryńskiego, Teatr Provisorium w Lublinie). Co ciekawe - w rolach Jakuba i Maxa Aue cały ciężar tych dwóch spektakli dźwiga grający główne role Łukasz Lewandowski.

Z klasyką inaczej niż Klata i Garbaczewski postąpił z kolei Paweł Miśkiewicz, reżyser "Idioty" Teatru Narodowego w Warszawie. Tekst powieści Fiodora Dostojewskiego ułożył po swojemu, decydując się przedstawić rozterki bohaterów z perspektywy salonu Jepanczynów. To trochę teatralne szachy, z wyśmienitą rolą Wiktorii Gorodeckiej jako Nastazji Filipownej i Dominiki Kluźniak w roli generałowej Lizawiety Jepaczyn. Blisko czterogodzinny spektakl gry pozorów i zakładania kolejnych masek przez niezwykle ślamazarne tempo akcji pogrąża się w apatii i nudzie.

Rozczarował spektakl "Wszystko o mojej matce" w reż. Michała Borczucha z Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie. Historie zmarłych na raka matek twórców przedstawienia (reżysera Michała Borczucha i aktora Krzysztofa Zarzeckiego), splecione z ich losami za pomocą zaczerpniętych ze wspomnień lub improwizowanych scen, stanowią trochę eksperymentalny, trochę terapeutyczny, na swój sposób intymny seans zagłaskiwania traum. To bardzo odważny spektakl, na swój sposób nowatorski (próba rekonstrukcji zdarzeń i zachowań matek) z luźną strukturą spektaklu-performance'u i dobrym aktorstwem (szczególnie Haliny Rasiakówny). Jednak uznanie go najlepszą realizacją polskiej sztuki współczesnej w minionym sezonie ("Wszystko o mojej matce" kilka dni temu nagrodzono Grand Prix Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej) to w moim odczuciu spore nadużycie.

Góralski folklor z przytupem

Tę pełną przygnębiających, ciężkich tonów atmosferę nieoczekiwanie rozbroił studencki spektakl "Do dna" w reżyserii Ewy Kaim. Dyplom PWST w Krakowie to śpiewogra, która zaskakuje żywiołowym góralskim folklorem i bawi pikantnym dowcipem w stylu "rozbiegły mnie się nóżki i nie mogą spotkać". Trzy aktorki, dwóch aktorów i muzyk za pomocą kolejnych numerów śpiewanych przede wszystkim gwarą i granych na skrzypcach, flecie czy instrumentach perkusyjnych przez całą szóstkę, opowiadają o tym, co bliskie duszy i ciału - jest tu miejsce na zaloty, na wielkie miłości i przelotne miłostki, jest rozpad związku, lament porzuconej kobiety, a nawet groza przywołana wspomnieniem wojny. Wszystko to jednak, dzięki skocznym, żywym, nierzadko przejmującym interpretacjom (na tle wszystkich pozostałych spektakli Wybrzeża Sztuki) zadziwia świeżością i lekkością. Nic dziwnego, że "Do dna" porwało publiczność niemal tak samo jak "Wesele", czyli najlepszy spektakl przeglądu.

Wszystkie spektakle odbywały się przy nadkompletach, zaś podczas krakowskiego "Wesela" Teatr Wybrzeże przeszedł prawdziwe oblężenie. To pokazuje, jak ważne i potrzebne jest Wybrzeże Sztuki, bo pozwala choć przez chwilę poczuć puls polskiego teatru z innych ośrodków. Bardzo brakowało jednak spotkań z artystami (zorganizowano je tylko po drugim graniu "Wesela"). Choć poziom całego przeglądu nie był oszałamiający, dobieranie spektakli ważnych, głośnych i poświęconych trudnym, kontrowersyjnym kwestiom wydaje się dobrym tropem, który warto kontynuować.

Łukasz Rudziński
www.trojmiasto.pl
4 lipca 2017

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...