Wygnanie z piekła

"Curikow" - reż. Ireneusz Janiszewski - Teatr Polski w Szczecinie

Zimne światło, gra czerni i bieli, sterylne klatki, których luksus jest zarazem chłodną, bezosobową tandetą. Przejście z tej rzeczywistości do piekła - przestrzeni równie nieludzkiej, pustej, choć... cieplejszej - bo przenikniętej mocną czerwienią - jest proste. Właśnie jak w sztuce ukraińskiego pisarza Maksyma Kuroczkina "Curikow", której bohaterowie schodzą do piekła, a w zasadzie udają się do Hadesu tak, jakby jechali na wczasy.

Sugestywna, a jednocześnie funkcjonalna scenografia - owe klatki-mansjony na kółkach przesuwane po rozległej, nagiej scenie - to atut spektaklu. Wprowadza w jego świat i niepokoi, nadaje przedstawieniu klimat i wymusza uwagę nawet wtedy, gdy na scenie nie dzieje się nic. Czy raczej: gdy dzieje się Nic. Nic przerażające. Życie po prostu. Przynajmniej takie życie, które dla Kuroczkina jest synonimem piekła.

Zastanawiam się jednak, czy - paradoksalnie - ów anturaż, pełen groźnego porządku, nie jest aby za doskonały dla tej opowieści o brudzie i pospolitości zła, o koszmarze codzienności?

Problem bowiem w tym, że inscenizacja Ireneusza Janiszewskiego wydaje się jakby przytłoczona swoimi sensami. Dźwiga ich wagę, celebruje rangę nie zostawiając odbiorcy wielu szans na sprzeciw, opór, a choćby tylko wątpliwości.

Cóż, "Curikow" to sztuka z tezą, a jej autor skupia się nie na niuansach relacji między bohaterami, lecz na ukazaniu ponurej tych relacji potworności. W krótkim słowie, które Kuroczkin napisał specjalnie dla Teatru Polskiego, i które znalazło się w programie do spektaklu, czytamy, że pisząc tę sztukę chciał "zrozumieć ludzi, którzy spieszą się, by ze swego życia uczynić piekło i z własnej woli wybierają nieszczęście".

Czy jednak - po napisaniu "Curikowa" - udało mu się ich zrozumieć? Pokazać, owszem. Wystawić na próbę. Tak. Ale zrozumieć chyba nie. Bo przedstawia ich tak, jakby wiedział o nich wystarczająco dużo, by się nimi specjalnie nie interesować.

Aleksiej Curikow (Sławomir Kołakowski) oraz otaczający go ludzie - jego żona (Katarzyna Sadowska), jego kochanka (Sylwia Różycka), kochanek jego żony Dima (Filip Cembala) - są w zasadzie jednowymiarowi. Podli, mali, bezrefleksyjni. Zło, w którym są pogrążeni, czyni z nich figury, którymi brzydzić się musi nawet sam diabeł. Manabozo (Jacek Piotrowski) wykrzykuje w jednej ze scen, że nienawidzi ludzi. A nienawidzi ich, bo są gorsi - więc w jakiejś mierze lepsi - od niego, diabła. Bardziej piekielni od mieszkańców piekła, wśród których są przede wszystkim ludzie przegrani, szarzy i skazani na rozpamiętywanie swej jałowej egzystencji, jak Kulawy (Mirosław Kupiec), i wielcy grzesznicy, jak Sprzątacz w czapce (Zbigniew Filary) - strącony w otchłań Bóg, a może tylko zwykły śmiertelnik cierpiący katusze, które to Bóg cierpieć winien za swoje sprzeniewierzenie się "moralnemu prawu".

Curikow i jego kompania zeszli do piekła i zgorszyli je sobą. Więc zostali z niego wygnani. Jak prarodzice - z Raju.

Diabeł przeklinający ludzi? Piekło, które chce się od nich uwolnić? Trochę naiwne to w swej... piekielnej powadze. A i całe założenie sztuki trąci pretensjonalnością. Nawet nie dlatego, iż nie nowe są jej prawdy, a dlatego, że Kuroczkin głosi je z taką namaszczoną miną. Owszem, jego sztuce nie brak humoru - i jest on cierpki, palący, a przy tym inteligentnie ironiczny. Tyle, że wystarcza go głównie do obyczajowego tła. Kiedy Kuroczkin zaczyna mówić o tym, że piekło jest nie tam, gdzie piekło, ale tam, gdzie życie - przechodzi w ton serio i ociera się o kicz.

Mimo to trudno jego gorzkiej sztuce odmówić wartości. Jest w niej myślowy potencjał i wyzwanie inscenizacyjne, któremu można by sprostać wykorzystując to, co w "Curkiowie" najbardziej interesujące.

Szansą przedstawienia jest na przykład jej tytułowy bohater. W nim tylko tli się człowieczeństwo - tęsknota za innym życiem, poczucie winy, świadomość krzywdy wyrządzanej innym i sobie. Choć i on to figura. Tyle że figura ludzkiego losu - nie bez kozery u źródeł sztuki był mit o Eneaszu szukającym w piekle swego ojca Anchizesa.

Sławomir Kołakowski szarpie się więc ze swoim bohaterem próbując go opisać pełniej i uczłowieczyć. Czasem szczególnie ostro ukazując brutalność jego zachowań, czasem przydając mu delikatności (sceny z ojcem - granym przez Jacka Polaczka), ale reżyser zdaje się zostawiać go w tych staraniach samego.

Inną szansą sztuki i spektaklu był Pampucha (Piotr Bumaj), "kolega z wojska", przynoszący Curkiowowi zaproszenie do odwiedzin ojca. Lecz właśnie w tej dwuznacznej w założeniu postaci - posłańca między światami - widać najbardziej, czego w dramacie i przedstawieniu zabrakło. Dramatu właśnie. Napięcia, pytań.

Spektakl toczy się ociężale, raczej ilustrując tezę niż każąc nam się z nią mierzyć. A że w budujących narrację sekwencjach obyczajowych pierwszego aktu komediowo-satyryczną tonację zastępuje wulgarna chwilami farsa, i postsowiecka rodzajowość, to w odbiorze całości dominuje uczcie przykrości, a nie bólu czy grozy, które mogłyby przynieść oczyszczenie, a choćby tylko głębszą refleksję.

Nie bez kozery z całego spektaklu w pamięci zostają przede wszystkim postaci drugiego planu - Fotograf (Mateusz Kostrzyński) i jego Ciocia (Lidia Jeziorska). W ich prostych tęsknotach, zawiedzionych nadziejach i klęskach, kołacze się ludzki wymiar naszego losu. Maleńki ogieniek w zimnym piekle rzeczywistości.

Artur D. Liskowacki
Kurier Szczecinski
27 kwietnia 2012

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Nastazja wychodzi za mąż
Krzysztof Babicki
Kameralny spektakl o namiętnościach n...