Wyjątkowy duet na scenie Teatru Korez

Grażyna Bułka i Mirosław Neinert

To będzie recenzja tylko na dwa akapity. Akapit żeński i męski. O niej i o nim. Tylko częściowo o sztuce "Dwa" Jima Cartwrighta, najnowszej premierze teatru Korez, w której w duecie na 14 ról grają Grażyna Bułka i Mirosław Neinert - pisze Aleksandra Czapla-Oslislo.

Ona. Kiedy w 1985 roku przyjmowała się na etat do pierwszego i jak dotąd swojego jedynego teatru (Polski w Bielsku-Białej), miałam zaledwie kilka lat. Nie widziałam jej pierwszych ról, nie widziałam jej Raniewskiej w "Wiśniowym sadzie" Czechowa ani roli molestowanej kobiety w "Milczeniu" Stephensona. Nie widziałam jej komediowych ról na czas karnawału. Przyglądam się jej zaledwie sześć lat. Po spektaklu "Dwa" zrobiłam prosty bilans. Wyszło mi, że trzy razy doprowadziła mnie do łez. W tym raz ze śmiechu. Świętkowa z "Cholonka" przylgnęła do niej naturalnie jak druga skóra. Gdyby mistrz naturalizmu w teatrze Konstanty Stanisławski chciał wystawić sztukę Janoscha, nie mógłby lepiej trafić. Swój śląski naturalizm ma ona przecież we krwi, wprost ze świętochłowickich Lipin. Drugi raz łzy były już gorzkie. W "Utarczkach" Teatru Polskiego, gdzie gra dorosłą córkę opiekującą się umierającą matką, jej postać jest odrażająca. Mimo to kreuje teatralny majstersztyk. Po tym, jak nazywa siebie "kobiecym bublem", wciąż złaknionym macierzyństwa, mogłoby już się nic nie wydarzyć na scenie. Na najnowszej premierze Korezu doprowadziła mnie do łez po raz trzeci. W pierwszej etiudzie gra Starą Kobietę. Coś szepcze, nieśmiało cedzi słowa nad jednym piwem, na które wolno jej wyjść pod koniec każdego dnia, który wypełnia opieka nad niedołężnym mężem. I nagle coś w niej pęka - zaczyna krzyczeć, protestować, wołać o miłość. Chwilę później mami nas głupiutką, tandetną Krystyną - sitcomową postacią oblepioną kiczem. I kiedy robi się dla widza bezpiecznie, bezszelestnie wchodzi w dzierganej czapeczce jako Lesley. Ta scena trwa zaledwie kilka minut. Jej Lesley pozwala się upokorzyć zazdrosnemu mężczyźnie tak bardzo, że widz ma ochotę uciec z teatru. Zapomnieć tę scenę między kobietą a mężczyzną na zawsze. I kiedy negatywne emocje sięgają zenitu, pojawia się nagle jako Alice. Zmienia się jak kameleon, emanuje ciepłem i niekończącą się miłością do Elvisa Presleya. Światła już gasną, ręce są gotowe do oklasków i jeszcze pada kilka finałowych kwestii. Nie zdradzę nic ponad to, że w ciszy gdzieniegdzie kapią łzy. Czasem mam wrażenie, że ona wcale nie gra. To jej największy talent aktorski.

On. Gdy nikt nie słyszy, nazywam go "naszą śląską Krystyną Jandą". Ma bowiem ten sam teatralny rodzaj schizofrenii, że gra zawsze siebie, a jednocześnie kogoś innego. Wiadomo - Janda na scenie to Janda i Schirley Valentine jednocześnie. A on to zawsze on i jeszcze Cholonkowy Świętek albo aktor-megaloman Feliks Rzepka. Wiecznie puszcza oko do publiczności na scenie i nie przestaje grać z widownią już za kulisami, na korytarzu prywatnego teatru, któremu dyrektoruje od lat. Nie przestaje być aktorem w chwili, gdy zgasną światła, a on siedzi w oparach dymu ze swojej nieodzownej fajki. Kiedy wydaje się, że już wpada we własne sidła ironicznego emploi w kolejnej sztuce, znów zaskakuje publiczność. Takie też jest "Dwa". Nie wstydzi się kpiny z samego siebie. Wystawia się na ogląd bez żenady i np. jako podstarzały amant tańczy w barze wokół grającej szafy. Chce się przypodobać publiczności tanimi chwytami. To jednak publiczność jest w pułapce, bo on zaraz zmienia tony i udowodni, że z samych siebie się śmiejemy. Zresztą słynne zdanie z Gogolowskiego "Rewizora" (w którym zresztą wciąż można go oglądać na bielskiej scenie) mogłoby być wydrukowane śmiało na jego wizytówce. U Cartwrighta rozśmiesza, ale zaraz po tym przeraża. Nie sposób zapomnieć jego twarzy tyrana w etiudzie z Lesley. Obnaża się cały, a jednocześnie skrywa się pod maskami. Gra czy nie gra? Mam wrażenie, że zawsze gra. Czy to wrażenie nie jest jego największym aktorskim talentem?

cza
Gazeta Wyborcza Katowice
17 października 2009

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Film balkonowy
Paweł Łoziński
Czy każdy może być bohaterem filmu? C...