Wykrzywione wektory

"Zmierzch długiego dnia" - reż. Krystyna Janda - Teatr Polonia w Warszawie

Rodzina Tyrone'ów z dramatu Eugene'a O'Neilla jest układem sił, których wektory prą w przeciwnych kierunkach. Przy tym można mówić o pewnej dośrodkowości - wszystkie frustracje i lęki jej członków komasują się i ujawniają w przeciągu jednego dnia. Ta demaskacja nie prowadzi do oczyszczenia. Przeciwnie, eksternalizacja negatywnych emocji nakręca spiralę destrukcyjnych zachowań. Podobnie jak u amerykańskiego dramaturga, Tyrone'owie ze spektaklu Krystyny Jandy zmierzają do nieuchronnej katastrofy.

Z pozoru dokonano wiernego przekładu litery dramatu na wersję sceniczną. Wydarzenia jednego dnia są soczewką skupiającą wzbierające na przestrzeni lat konflikty. Mary to histeryczka zmagająca się z uzależnieniem od morfiny. Jej mąż, James, a także synowie Jamie i Edmund, borykają się z nałogiem alkoholowym. Tyrone nie umie zapewnić bytu rodzinie, bez powodzenia lokując inwestycje w niepewnych nieruchomościach. Na domiar złego pogarszają się rokowania chorego na gruźlicę Edmunda. Uwagę zaznajomionych z O'Neillowskim oryginałem powinno przykuć wykreślenie części fragmentów odwołujących się do przeszłości. Czyli: na zachowania bohaterów nie rzutuje tęsknota za mitycznym czasem utraconym. Nie dowiadujemy się wiele o zaprzepaszczonej szansie Jamesa na karierę aktorską ani o pobycie Mary w szkole przyklasztornej. Wektor zawrócono z przeszłości na trajektorię "tu i teraz". W tym momencie jest brutalnym sztychem pod bok teraźniejszości.

Rozładowanie frustracji jest łatwiejsze, jeśli większość sprzymierzy się przeciwko jednostce i uczyni ją symbolicznym winowajcą. Nawet tak mała i ograniczona struktura, jaką jest rodzina, umożliwia zawiązywanie sojuszów. Jednostką wykluczoną w ewidentny sposób jest Mary, zagrana przez samą Jandę. Prowizoryczne koalicje uwidaczniają się choćby w ustawieniu aktorów na scenie. Rzadko kiedy tworzą zbitą formację w centrum przestrzeni gry. Znajdują się raczej w stanie rozproszenia - konfrontacyjnego "twarzą w twarz" bądź wyrażającego wolę odizolowania się od reszty.

Układy pomiędzy członkami rodziny są daleko bardziej powikłane, niżby wskazywała na to ekspozycja. Neurotyczna Mary ma potrzebę ciągłego usprawiedliwiania swoich zachowań. Dokonuje nadinterpretacji słów i zachowań bliskich, co skutkuje wydawaniem fałszywych sądów o rzeczywistości. Jednocześnie ceduje winę za swoje niepowodzenia na męża i synów. Przypuszcza gwałtowne werbalne ataki. Ta ambiwalentna defensywno-ofensywna postawa stanowi swego rodzaju mechanizm przystosowawczy do pogmatwanych zależności. Mary nie potrafi wykalkulować, co w danej sytuacji zadziałałoby na korzyść - ustawienie się w kontrze do bliskich czy załagodzenie konfliktu.

W każdym razie jest pewne, że napastliwe zachowania kobiety są próbą przebicia muru tworzonego przez resztę Tyrone'ów. Sprzymierzeńca chce pozyskać głównie w beniaminku rodziny, gruźliku Edmundzie (Rafał Fudalej). Ten jednak wyślizguje się matce. Edmund w szczególności pragnie zaimponować ojcu. To przed nim demonstruje siłę, maskując fizyczne cierpienie wymuszonym luzem. Starszy Jamie, pieniacz i abnegat, również poniekąd zostaje wykluczony. W domu mówi się przede wszystkim o stanie zdrowia chorego brata. Wybuchy furii mogą być więc niedojrzałym sposobem zwrócenia na siebie uwagi.

James Tyrone (Piotr Machalica) stanowi przeciwieństwo histerycznej żony. Ironiczny, zdystansowany, nie rozstający się z cygarem, wydaje się być ostoją trzeźwości. Tą powściągliwością rządzi jednak pozór. Jego zachowanie umotywowane jest zwykłym eskapizmem. Nie próbuje wniknąć do źródła konfliktów. Ta zasada rządzi również postępowaniem synów. Jedyną osobą, która próbuje drążyć, jest pani Tyrone. Gdzieś w tle przemyka jeszcze prosta służąca Katarzyna, która jedyna wydaje się wystrzegać morowego powietrza familii. To właśnie w niej Mary znajdzie chwilową popleczniczkę.

Początkowo Mary zdaje się być epicentrum koncentrycznego modelu rodziny, skupiając na sobie uwagę powrotem do nałogu. Potem szybko przywdziewa kostium ofiary. Janda w rozmyślny sposób rozgrywa dezintegrację osobowości swojej postaci, której uwieńczeniem jest finałowa scena obłędu. Kobieta przywdziewa starą suknię ślubną i paraduje w niej po saloniku. W utworze Mary pod wpływem morfiny całkowicie pogrąża się w szaleństwie, majaczy, mieszając wspomnienia z teraźniejszością. W warszawskim spektaklu - co stanowi celny zabieg - Mary nie pogrąża się w pustosłowiu. Zamiast tego milczy, mamrocząc co chwile bezsensowne zbitki wyrazów. Podejmuje ostateczną próbę nawiązania kontaktu czy też okazania swojego przywiązania do pogrążonych w alkoholowym upojeniu bliskich. Potem, ostatecznie przegrana, powoli usuwa się z pola widzenia.

Rola Piotra Machalicy nie ewoluuje zanadto, ale nie można uczynić z tego zarzutu. James nie chce się zmienić, wie, że próba naprawy losu jest skazana na fiasko. Swoje nadzieje lokuje w latoroślach. Rola Rafała Fudaleja jako Edmunda z początku wydaje się być kalką astenicznego, wychuchanego poety, lecz w toku aktor wydobywa z niej smaczki. Względem ojca Edmund manifestuje dystans i tumiwisizm. Z kolei w stosunku do matki przybiera bardziej asekurancką pozę - mieści się w niej dziecięca naiwność i ugodowość. Tyrone junior jest rozdarty, próbuje buntu, ale podskórnie łaknie stabilnego konsensusu. Ze swoją rolą gorzej radzi sobie Michał Żurawski, wcielający się w Jamiego. Nie potrafi odpowiednio wypoziomować napięcia, bezustannie gra na najwyższych rejestrach. Grającej Katarzynę Patrycji Szczepanowskiej nie udaje się uniknąć kalki prymitywnej służącej o niezgrabnym chodzie i głupkowatym chichocie. Rodzina Tyrone'ów jest dostatecznie powikłana. Katarzyna, jako zawór bezpieczeństwa familii, powinna być jak najbardziej naturalna. Wtedy Szczepanowska nie musiałaby wyszukiwać cech charakterystycznych, bo - nie oszukujmy się - jej postać jest zaledwie epizodyczna. Jak największa przezroczystość i nieokreśloność Katarzyny wyeksponowałaby wykrzywienie jej chlebodawców.

Szczerość przeradza się w deformację. Rozkładają się naturalne więzi łączące członków klanu Tyrone'ów. Zamiast nich pozostaje im tylko planowanie strategii. Każdy z życiowych rozbitków podejmuje szereg działań kompensacyjnych, mających na celu zachowanie twarzy. Przeczuwają jałowość swoich działań, niemniej oszukują siebie, że mają jakieś atuty - James żyłkę do interesów, Edmund talent literacki. Nie potrafią wybić się poza swoją rodzinę, więc pozostaje im walka o wpływy w jej obrębie. Tym zmaganiom towarzyszy leitmotiv fałszywej melodii wygrywanej na pianinie. Jak widać, podstawowa komórka społeczna okazuje się być rozstrojonym mechanizmem. Każdy członek jest częścią układu wektorów, różnicujących się na płaszczyznach osobowości i motywacji. Nie stanowią jednak sił komplementarnych. Wszyscy są skazani na podążanie we własnym kierunku.

Janda wychwytuje te wszystkie zależności. Wyraźnie przesuwa przy tym akcent na postać Mary (co nie powinno dziwić, skoro premiera spektaklu zbiega się z sześćdziesiątymi urodzinami artystki). Niemniej w widowisku brakuje eskalacji napięcia. Całość zmienia się w monotonny (!) ciąg scysji, łagodzony miarką łatwych wzruszeń. "Zmierzch długiego dnia" to dobra pozycja dla tych, którzy potrzebują przelotnego poruszenia. To spektakl poprawny - ale nic poza tym.

Agata Tomasiewicz
Teatr dla Was
28 grudnia 2012

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia