Wyrypajew - zdzieranie iluzji

"Ożenek" - reż. Iwan Wyrypajew - Teatr Studio w Warszawie

Ostatniego dnia festiwalu KONTAKT, gdy werdykty wydawały się uzgodnione, na scenę weszła dwójka rosyjskich aktorów, a za pulpitem didżeja usiadła dziewczyna. W dziesięciu sekwencjach, w rytm rapowanej muzyki, wykrzyczeli pytania o zbrodnie i narkotyki, miłość i AIDS, Żydów i Arabów, o brak perspektyw i alkoholizm, czyli o tlen - przestrzeń dobra i wolności

Ból i tęsknoty swojego pokolenia spisał ich kolega, Iwan Wyrypajew. Z Irkucka, gdzie skończył aktorstwo, a potem przez cztery lata grał w teatrach Magadanu i Pietropawłowska na Kamczatce, trafił właśnie do Moskwy na reżyserię. Tam młodzi twórcy biegali z magnetofonami po kraju, by wysłuchać, co i jak ludzie mówią na ulicy, w pracy, na wsi, na bazarach i w mieszkaniach, wyzwalając się ze skorupy komunistycznej mentalności w objęcia drapieżno-oligarchicznego kapitalizmu. Dokumentalny zapis mowy w formie wrzucanych do sieci e-maili stał się podstawowym budulcem tekstów dramatycznych pisanych techniką verbatim. Tlen w reżyserii Wiktora Ryżakowa z moskiewskiego Teatru.doc, który młody dramaturg współtworzył, był tak zjawiskowy, że wygrał festiwal w cuglach. Było to w maju 2003 roku.Na zamówienie dyrektora toruńskiej sceny, Andrzeja Bubienia, rosyjski dramaturg napisał "Księgę Rodzaju 2", monolog chorej psychicznie kobiety, prezentowaną rok później jako spektakl gospodarzy festiwalu. Debiutanckie Sny otworzyły mu drzwi londyńskiego Royal Court, fundującego stypendia młodym pisarzom z Europy, ale - w odróżnieniu od innych - przy technice verbatim nie został, tylko ją sobie podporządkował; w dokumentalny szum mowy wpisał cytaty z Biblii i pism filozofów. Stworzył oryginalny język sceniczny, konkretny i metaforyczny, realistyczny i poetycki zarazem.

Błyskawicznie stał się jednym z najbardziej znanych rosyjskich dramatopisarzy, wystawianym od Berlina po Helsinki i od Londynu po Madryt. Zajął się też reżyserią filmową, jego debiutancka Euforia z 2006 roku zdobyła małego Złotego Lwa na festiwalu w Wenecji i Grand Prix Warszawskiego Festiwalu Filmowego, a Tlen, z 2008 roku, w wersji kinowej - Nagrodę Publiczności wrocławskiego festiwalu Era Nowe Horyzonty i Nagrodę Krytyków na festiwalu w Soczi.

Małżeństwo z Karoliną Gruszką zakotwiczyło go w polskim teatrze na tyle dobrze, że w ubiegłym roku został laureatem Paszportu "Polityki". Wielu ów werdykt rozdrażnił - Rosjanin, nie Polak? - lecz wydaje się nad wyraz słuszny. Nie dlatego, że swoje sztuki wystawia sam - "Lipiec" w Teatrze na Woli, "Taniec Delhi" w Narodowym, "Iluzje" w krakowskim Starym Teatrze i "UFO. Kontakt" w Teatrze Studio we współpracy ze studentami krakowskiej szkoły - ale że czyni to inteligentnie i z wdziękiem. Jest mądry na tyle, by nie wierzyć w dramaturgię jeden do jednego, czyli opowiadanie tyleż prawdziwych, co egzotycznych historii. Zawsze powtarzał, że nawet w nurcie teatru.doc u niego jest więcej teatru, sztuczności niż dokumentu. W przeciwieństwie do naszych czołowych dramatokletów, którym wtórują naiwni recenzenci, nie używa publicystyki ani politycznych deklaracji nawet w najsłuszniejszej sprawie i ma w nosie tak zwaną poprawność polityczną. Osadza swe utwory w realiach współczesnych, ale dla przeżyć bohaterów szuka specyficznego języka teatralnego, filmowego również, by opowiedzieć o najbardziej istotnych pytaniach wobec życia, tych z gatunku nierozwiązywalnych, metafizycznych. Nie nudzi, więc zachwyca, i - co ważne - konsekwentnie buduje osobną estetykę teatralną, a co jeszcze ważniejsze - dostosowane do niej aktorstwo.

Nazywa się je eksperymentalnym, choć lepiej powiedzieć adekwatnym do tego, co chce przekazać. Choćby w monologu seryjnego mordercy i kanibala, który wygłasza kobieta, co autor podkreśla w didaskaliach. W Moskwie "Lipiec" mówiła Polina Aguriejewa, w Warszawie Karolina Gruszka (premiera 9 października 2009 roku). Słowo mówiła, nie grała, jest właściwsze dla sposobu realizacji owego tekstu. Aktor u Wyrypajewa niczego nie gra, a broń Boże niczego nie przeżywa, ani się z niczym nie utożsamia. Przeżywany jest temat utworu, a nie jak u Stanisławskiego - rola. Aktor ma wypowiedzieć swój tekst, niemal jak śpiewak arię, tak jakby sam stal się rodzajem naczynia, koryta, przez które słowa spinające uniwersalny sens przepływają niczym strumień. Poetyckość rosyjski dramaturg rozumie niemal jak metafizykę, czyli połączenie tragizmu i piękna. W "Lipcu" pełen okrucieństwa monolog starego mordercy lubującego się w opowieściach o zjadaniu kolejnych ofiar, wygłaszany przez eteryczną, śliczną aktorkę, przywołuje obraz drogi człowieka od ostatecznego upadku, przez pokajanie się. do odkupienia, do Boga. Droga bohatera do zbawienia, wiodąca przez piekło, wyraźnie wskazuje na inspiracje twórczością Fiodora Dostojewskiego. A właściwie, co autor podkreśla, myślą prawosławnego teologa Pawła Floreńskiego. Duchowa filozofia i symbolika prawosławia wyraźnie określa mentalność rosyjskiego dramaturga, a to skutkuje zadawaniem najważniejszych pytań ludzkiej egzystencji o to, "co jest poza" światem doświadczanym zmysłami.

W "Tańcu Delhi" (premiera 5 marca 2009 roku) autor także konfrontuje nas ze śmiercią, by zobaczyć życie. Akcje siedmiu miniatur dramatycznych umieszcza w szpitalu. Już ich tytuły układają się w zdanie-sens spektaklu: "Każdy ruch / wewnątrz tańca / odczuwany przez ciebie / ze spokojem i uwagą / i wewnątrz, i na zewnątrz / i na początku, i na końcu / na dnie i na powierzchni snu". Bohaterowie miłosnych związków są informowani przez Pielęgniarkę o zagrożeniu życia swoje-

go i najbliższych, więc nic nie jest pewne, ani uczucia, ani doznania, ani życie własne, ani życie tych, których kochamy, a każdy to samo odpowiada inaczej. Trzeba patrzeć w serce i pytać własnego sumienia. Tak jak Katia, która taniec życia i śmierci zobaczyła w Delhi na Main Bazar, gdzie obok śmierdzących połci mięsa sprzedaje się cudownie pachnące owoce i kwiaty, gdzie barwy życia sąsiadują z nędzą i brudem. Wstrząs okrucieństwa prowadzi do apoteozy piękna i choć nie zobaczymy "Tańca Delhi", to uda się odczuć siłę marzeń o nim. Metafizyka ujawnia się przez zaprzeczenie lub wskazanie na jej brak. Tym łatwiej, że do tego tekstu autor jako reżyser dopisał partyturę sceniczną, wyraźnie podkreślającą sztuczność wykreowanego świata. Począwszy od kostiumów, po melodramatyczne, przerysowane gesty i mimikę, jakby pochodziły z filmów z lat trzydziestych, przez nagrane odgłosy towarzyszące zajmowaniu miejsc przez publiczność, po również nagrane oklaski towarzyszące opuszczanej kurtynie po każdym z siedmiu aktów. Podkreślaniu teatralności służy podawanie tekstu tak, by tylko sugerować emocje postaci, opowiadać o nich. Im bardziej sceną rządzi konwencja, umowność, tym łatwiej opowiedzieć o losie, dotknąć prawdy. Słowem, sztuka jest sztuczna, a życie jest naprawdę, a w nim ból i radość, dobro i zło, sztuka zaś przynosi jeśli nie katharsis, to przynajmniej poczucie ulgi, zrozumienie. Wydech.

Podobnie sprawa wygląda z tekstem "Iluzji". Zrealizowane przez Agnieszkę Glińską w Teatrze na Woli, stały się poruszającym i dramatycznym spektaklem o sprawach, o jakich boimy się mówić, tkwiąc w wieloletnich związkach. Natomiast sam Wyrypajew w Starym Teatrze (premiera 27 kwietnia 2012 roku) wyraźnie podkreślał ich teatralność: dekorację tworzy panneau z urządzeń grających, jest też postać dziewczyny z laptopem, która wtrąca komentarze do relacji obu par małżeńskich, steruje światłem. Postać i opowieść to bowiem pierwsze iluzje, które trzeba odrzucić, by dotrzeć do tematu. Czwórka aktorów (Anna Dymna - Sandra i Juliusz Chrząstkowski - Danny oraz Krzysztof Globisz - Albert i Katarzyna Gniewkowska - Margaret) siedzi na wprost z mikrofonami w rękach i próbuje rozmawiać z widzami o tym, jak było naprawdę, kto kogo kochał, kto zdradzał, komu się tylko to wydawało, a także o tym, czy owa wiedza służy porozumieniu między żoną a mężem. Reżyser mówił o spotkaniu człowieka na widowni z człowiekiem-aktorem.

Z teatralnych prac reżysera najbardziej podobał mi się UFO. Kontakt, przewrotna opowieść o spotkaniu dziesięciu ludzi, którzy mieli kontakt z pozaziemską cywilizacją, a których reżyser, jak mówi w ekspozycji nagranej na wideo, spotkał, przygotowując dokumentację do filmu, który w końcu nie powstał. Przewrotność opowieści polega na tym, że filmu w ogóle miało nie być, dokumentacja jest tylko relacją autora o wymyślonych przez siebie od początku do końca postaciach, łącznie z milionerem-sponsorem filmu. To on w ostatniej sekwencji spektaklu ujawnia całą mistyfikację, służącą opowiadaniu o kosmitach. A naprawdę o zwykłych ludziach, którzy znaleźli w życiu moment ciszy, by usłyszeć siebie, chwilę olśnienia, pogodzenia ze światem, poczuli harmonię ze sobą i innymi lub tylko inaczej spojrzeli na własną szamotaninę. Owa przewrotność dowodzi poczucia humoru i inteligencji Rosjanina. Nade wszystko zaś jego rozumienia teatru, czyli przestrzeni całkowicie podlegającej wyobraźni, gdzie wykreowana sztuczność, umowność świata przedstawionego pozwala mówić szczerze. Wyrypajew podkreśla, że dziś, gdy technologia wyprzedza rozwój świadomości, istotniejsze od społecznych stają się problemy ludzkie i metafizyczne, tak jak od klikania pilotem telewizora czy myszą komputera ważniejsze jest spotkanie, kontakt z drugim człowiekiem. Więc usuwa wszelkie iluzje i zakłamany psychologizm, by w formie brechtowskiego dystansu poruszyć widza.

Najsłabszym projektem Wyrypajewa wydał mi się "Ożenek" [na zdjęciu] z Teatru Studio, ponieważ narzucona przez reżysera forma okazała się ważniejsza niż to, czemu powinna służyć. A można się domyślać po zdjęciach anonsujących premierę w specjalnym dodatku do "Gazety", że była jeszcze bardziej agresywna. Karolina

Gruszka jako nieszczęsna Agafia, panna na wydaniu, paradowała w gigantycznej białej peruce, do różowej bufiastej sukni i tego samego koloru pantofelków z kokardkami nosiła czarne pończochy. Główny amant Podkolesin (Marcin Bosak) ubrany w błękitny frak z bufami przy rękawach, kraciaste spodnie i buty z kokardami przypominał papugę, co pewnie wydało się nazbyt pokraczne. Na premierze nosił czarny smoking i kapcie, a Agafia została pozbawiona monstrualnej peruki i czarnych pończoch.

Reżyser postanowił zlikwidować tak zwaną czwartą ścianę, czyli udawany psychologizm na rzecz jawnej umowności i gry. Słowa wypowiadane w rytmie kołowrotka, nadekspresja gestów i mimiki wzmocniona doklejonymi nosami, przerysowaniem kostiumów -wszystko to oddalało widza od bohaterów. Kiedy przez jednostajny rytm dialogów i trzęsionkę wystraszonej stale Agafii przebił się tekst Gogola, było śmiesznie, zwłaszcza że użyto przekładu Juliana Tuwima. Ale większość działań aktorskich pozostała tak schematyczna i tak obarczona wysiloną formą gestu, dialogu, że po kilku identycznie powtórzonych sekwencjach stała się mało strawna. Postacie nie miały szans się rozwinąć czy zmienić, od pierwszego wejścia na scenę były gotowe, przerysowane jak marionetki, nakręcone mechaniczne lalki, a nie żywi ludzie. Zwłaszcza w akcie pierwszym, gdzie przydałyby się spore skróty tekstu i wyreżyserowanie sceny zalotów kilku konkurentów do ręki, na premierze bowiem wyglądała jak przeniesiona z amatorskiego teatru.

Mistyczności i symboliczności, o których reżyser szeroko opowiadał przed premierą, gorzkiej interpretacji Gogola, ponoć powszechnej w Rosji, raczej nie zauważyłam, bo samo umieszczenie kobiecego chóru w głębi sceny, pięknie śpiewającego prawosławne pieśni, sprawy nie załatwia. Jeśli ktoś nie traktuje małżeństwa jak sakramentu mistycznego wtajemniczenia, rzecz jasna. Całość sprawiała wrażenie dość niezborne, aktorzy starali się opowiadać o perypetiach postaci i się z nimi nie identyfikować, ale nie zawsze przekonująco. Ujęci w białą ramę sceny, niby klasycystyczny salon, pozostali tak niedopasowani do siebie, jak stojące w głębi fotele, zdumiewające kakofonią form i barw. Nie wystarczy usunięcie czwartej ściany, żeby Gogol zabrzmiał świeżo. Porażka reżysera z "Ożenkiem" dowodzi, że użycie klucza stosowanego z powodzeniem do wystawiania własnych tekstów nie zawsze się sprawdza. Wystawienie klasyki tak, by brzmiała współcześnie, wymaga chyba innych narzędzi. Co nie przeszkadza mi rekomendować artysty.

Kto nie widział spektakli teatralnych Iwana Wyrypajewa, może obejrzeć filmowy "Tlen", zachwycić grą Karoliny Gruszki i Aleksieja Filimonowa, którzy siedząc w studio, opowiadają o miłości. Chłopak nie usłyszał bożych przykazań, bo miał na uszach słuchawki, a gdy zobaczył piękną dziewczynę, zapragnął być z nią tak bardzo, że zabił swoją żonę. W kilkusekundowe, rapowane kwestie wplatają się obrazy przemocy i łagodnej zadumy, agresji i szczęścia, biegu w poszukiwaniu znikającej miłości i nowojorskich wież zburzonych 11 września, naiwnych chwil zachwytu światem, przyrodą, urodą kobiety oddzielonych obrazami pijackiej agresji. Przed oczami przesuwa się nie tylko dziesięć sekwencji mówionych, lecz także obraz świata złożonego z reklam, gadżetów, przemocy, widoku pięknych miast i obskurnych zaułków, urokliwych peryferii świata arabskiego i japońskiej cywilizacji. Filmowy "Tlen" utrzymany w poetyce wideoklipu stosuje niemal wszystkie możliwe konwencje: od brutalnego realizmu, przez poetycko rozedrgane kadry, kreskówki, po kukiełkowe animacje - porusza intensywnością przesuwających się obrazów, rapowym rytmem mowy bohaterów, którzy na śmietniku cywilizacji wciąż pytają o miłość i prawdę na zasadzie skojarzeń, często podświadomych. Emocje podbijają szalony zupełnie montaż i muzyka, pisana do prawie każdej z dziesięciu sekwencji przez innego kompozytora. Poza wrażeniem estetycznego zaskoczenia, szaleńczej wręcz wolności wyobraźni, pozostaje wrażenie spójności obrazu, dźwięku i tekstu, dających pewną nadwartość znaczeniową, jakby układały się w eksperymentalny dekalog pokolenia trzydziestolatków.

To zupełnie inny film niż debiutancka "Euforia", w której na tle niesamowitych pejzaży stepów i załomów gigantycznej rzeki Don, reżyser próbował odrodzić antyczny mit tragicznej miłości. To, co we współczesnym teatrze tak trudne, mówienie o miłości, dobrych uczuciach, harmonii człowieka ze światem, rosyjskiemu twórcy udaje się nadspodziewanie dobrze. Przy czym nie unika obrazów brutalnych, okrutnych wytwarzanych przez naszą śmieciową cywilizację, ale próbuje ocalić to, co najważniejsze. Czystość wewnętrzną i dobro.

Elżbieta Baniewicz
Twórczość
18 czerwca 2013

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia