Wyspiański ponadczasowy

"Wesele" - aut. Stanisław Wyspiański - reż. Krzysztof Jasiński - Krakowski Teatr Scena STU

„Wesele" Wyspiańskiego — wszyscy je znamy, ponieważ poznać je musieliśmy. Nie wszyscy jednak widzieliśmy je na deskach teatru. Nieważne jakiego teatru i nieważne w czyjej reżyserii. Po prostu wielu z nas go nie widziało. Mowa o nas — Polakach. Nie każdy przecież do teatru chodzi, niektórzy jedynie bywają, a jeszcze inni z premedytacją teatr omijają.

Uważam, że „Wesele" jest tym dziełem, które każdy z nas powinien choć raz zobaczyć z poziomu widowni. Jesteśmy w końcu polakami, a Stanisław W. jest kimś z kogo dumni być powinniśmy, a jak mamy być dumni nie poznawszy go osobiście? W tym wypadku mamy szczęście, przecież nawet nieżyjącego artystę możemy spotkać w jego dziełach. Krzysztof Jasiński świadom wielkości Wyspiańskiego oraz ponadczasowości jego dzieła ułatwia nam to zadanie, reżyseruje i wystawia w Teatrze Stu w Krakowie swoją wizję „Wesela".

Jasiński reżyserował już „Wesele", pierwsza premiera miała miejsce w 2015 roku. Następnie po wielu latach obecności na deskach teatru Stu, spektakl został zdjęty z repertuaru. — Ponowny afisz nie był w planach — dzielił się z widzami po spektaklu Jasiński . Sytuacja za naszą wschodnią granicą wymusiła na Reżyserze zmianę planów. Liczne myśli związane z nieszczęściami, jakie dzieją się zaledwie kilka set kilometrów od Krakowa, sprowokowały reżysera do ponownej rewizji „Wesela", dostrzegł on w nim proukraińską wartość, która dobrze przedstawiona, pozwoliłaby nam widzom zdaniem reżysera, jeszcze bardziej zbliżyć się do naszych żółto-niebieskich braci.

Streszczać wesele nie zamierzam, bo jak wyżej, zakładam, że znamy historie i bohaterów. Skupimy się więc na samej realizacji, zaczynając od reżysera. Jasiński dokonał interesującego miksu, spektakl jest jednocześnie kameralny, jak i uroczysty przez wielkie U. Znaczy to, że niewielkich rozmiarów scena teatru Stu została wykorzystana z rozwagą. Oszczędna scenografia równoważona jest bogactwem szczegółowych strojów z ówczesnej epoki. Muzyka, światło czy doskonała gra aktorska równoważy braki w przestrzeni scenicznej. To, co w gruncie rzeczy i z samej istoty powinno być wadą, w rękach Jasińskiego przeoblekło się w zaletę.

Dzieło Wyspiańskiego w mojej opinii jest syntezą szczęścia i nieszczęścia — rzeczywistej radości wymieszanej z rzeczywistym cierpieniem. Dzieło takie w niewłaściwych rękach przerodzić się potrafi w coś zbyt posępnego lub wręcz przeciwnie w coś nieznośnie przaśnego. Aktorzy jednak dowieźli, ich doświadczenie wylewa się na widownie w każdej minucie spektaklu. Grają uczestników wesela z ekstatyczną wesołością (jak przystało na uczestników takiego wydarzenia) a po chwili, gdy wymaga tego sytuacja, nabierają pełnej powagi, która co najważniejsze jest powagą naturalną, na którą widz godzi się i wierzy w nią.

Na uwagę zasługuje przede wszystkim poeta w tej roli Dominik Mironiuk, który ze wszystkich aktorów, najbardziej urzeczywistnia wyżej opisaną syntezę humoru (beztroski) z cierpieniem i wewnętrznymi konfliktami granego bohatera. Ruchy aktora, jego gestykulacja dystyngowanego dżentelmena głodnego kobiecego ciała, zmienia się na naszych oczach w postać poważną i zatroskaną. Szukającą zagubionej prawdy. I to, co powyżej opisałem, my widzowie widzimy, transformacja dzieje się na naszych oczach, Mironiuk rozumie swoją postać, na czas spektaklu znika jakby, zastępuje go poeta.

Nie tylko Mironiuk pokazał warsztat, Andrzej Deskur doskonale odegrał Panna młodego, frywolnego i szczęśliwego, pełnego beztroski o jutro. Łatwo przecież o groteskę w takiej kreacji. Nie w tym przypadku.

Pozostali również wyczuli istotę powierzonych im charakterów: Marcin Zacharzewski (Czepiec) i Beata Rybotycka (Gospodyni), którzy głosami prawdziwie chłopskimi pozwolili mi, zanurzyć się w świecie przedstawionym. Demoniczna Rachela, zagrana przez Kamila Bestry czy pijany w sztok Robert Koszucki (gospodarz).

Cieszę się, że Jasiński zdecydował się na reaktywacje. Jego interpretacja trafia w nasze czasy, czerpie zarówno z tego, co dokoła nas, jak i z samego źródła. Po spektaklu moja głowa domagała się głębszego namysłu nad tym, co dzisiejsze i nad tym, co minione. Miałem okazje rozmawiać z reżyserem i nie wiem, czy to dialog z nim wpłynął na mnie, czy już przed tą pogadanką miałem to w głowie - Podzielił się on ze mną swoim spojrzeniem na temat dzieła Wyspiańskiego, że jest ponad czasowe i my jako Polacy do dziś jesteśmy w stanie znaleźć w tej sztuce prawdę, która dotknie naszą zbiorową duszę, poczujemy jakąś niewygodę, z którą powinniśmy się zmierzyć, choć bardzo tego nie chcemy i uciekamy ze wszystkich sił. — I ja się tak właśnie po tym spektaklu czułem.

Ciekawe to było przeżycie. Niemalże mistyczne.

Mateusz Nowicki
Dziennik Teatralny Poznań
4 listopada 2022

Książka tygodnia

Utalentowani jak Nardelli
Sekcja Krytyków Teatralnych ZASP
red.: Anita Nowak, Krystyna Piaseczna, Piotr Rudzki

Trailer tygodnia