Wyspiański zmasakrowany

"Wyzwolenie" - reż. Piotr Jędrzejas - Teatr Na Woli w Warszawie

"Warchoły, to wy! - Wy, co liżecie obcych wrogów podłoże, czołgacie się u obcych rządów i całujecie najeźdźcom łapy, uznając w nich prawowitych wam królów. Wy hołota, którzy nie czuliście dumy nigdy, chyba wobec biedy i nędzy, której nieszczęście potrącaliście sytym brzuchem bezczelników i pięścią sługi..."

Cholera, panie Jędrzejas, ten wybuch Konrada nie za bardzo pasuje do ataku na ludzi spod krzyża. Co z tym zrobimy? Przecież już bardziej podchodzi to pod naszych politycznych sponsorów.

Jak to co?! Wyrzucimy. Niech Konrad wrzaśnie: "Warchoły to wy!" i przegoni grupkę groteskowych Polaków z Krakowskiego Przedmieścia.

No dobrze, ale tam w ogóle nic nie pasuje. Ten prymas nawołujący do posłuszeństwa wobec Watykanu, ten natchniony ksiądz bredzący coś o orle białopiórym - żaden z nich nie przypomina księdza Małkowskiego i innych oszołomów w służbie moherowego świata... Co na to Piotr Jędrzejas? Jaką decyzję artystyczną podejmie nasz wrażliwy twórca przygotowujący premierę na koniec kampanii wyborczej? Niech prymasa gładzi po udach Muza, to odwróci uwagę widzów, a potem dajmy zbiorówkę: niech palanty spod krzyża skandują "Polska, Polska!". To i przestanie się zwracać uwagę na niekonsekwencje tekstu.

I tak się dzieje przez półtorej godziny kompletnego masakrowania tekstu Wyspiańskiego. Bo skoro tekst nie pasuje, trzeba go zagłuszyć sztuczkami rodem z licealnych kabaretów, a i piękno niektórych fraz zniweczyć, by nie poruszało serc widowni.

Gdy Konrad udręczony walką z własnymi myślami wypowiada marzenie:
Chcę, żeby w letni dzień,
w upalny letni dzień
przede mną zżęto żytni lan,
dzwoniących sierpów słyszeć szmer
i świerszczów szept i szum
i żeby w oczach mych
koszono kąkol w snopie zbóż

- to jednak pan Jędrzejas nie decyduje się na wywalenie tego do kosza, może obawiając się protestów koalicjantów z PSL, tylko każe wymamrotać ją Konradowi na granicy zrozumiałości. To jakaś paranoja.

Reżyser, dowodząc grupką zdezorientowanych aktorów, najwyraźniej nie wierzy w życie duchowe i obcowanie z duchami narodowymi, tak jak wierzył w to Konrad Swinarski, jak wierzą ci, którzy z nabożeństwem biorą do rąk święte księgi narodowe.

Wie, że zainstalowanie krzyża z lampkami z Krakowskiego Przedmieścia zapewni mu poklask i ochronę przed krytyką. Wznosi więc zadowolony z siebie reżyser Jędrzejas krzyż na środku sceny i udaje, że portretuje polskie społeczeństwo. Udaje także, że wystawia Wyspiańskiego.

Powiedzieć, że spektakl ten jest żałosny - to powiedzieć za mało. Spektakl ten jest podły.

Nie dziwi obecność w programie teatralnym Cezarego Michalskiego, który jak zwykle na granicy autoparodii tłumaczy, że de facto Wyspiański był rzecznikiem ciepłej wody w kranie i tego dotyczy bunt Konrada.

A przecież dawny twórca "brulionu" pamięta groteskowe fałszerstwa, jakich propaganda i edukacja PRL-owska dokonywały na naszym kanonie narodowym, wmawiając wieszczom rewolucyjny internacjonalizm! Dlaczego więc nie cofnie się? Dlaczego teraz wmawia Wyspiańskiemu jakiś projekt modernizacyjny tonem dobrej pani z telewizji? Dlaczego to robi?

Dlaczego do tej hucpy daje się zaangażować Jerzy Trela, pamiętny Konrad z "Wyzwolenia" Swinarskiego? Dlaczego firmuje tę intelektualną tandetę rolą Geniusza jak z teatru lektur szkolnych?

Czy nie pamięta roku 1983, gdy z liczącym już sobie dziewięć lat spektaklem "Wyzwolenia" Swinarskiego musiał przyjechać do Warszawy na inaugurację Teatru Rzeczypospolitej? Czy nie pamięta upokorzenia, jakim był wywiad dla "Polityki"? Gdy Tomasz Raczek, propagandzista kulturalny stanu wojennego, słusznie obdarzony ksywką Wycie-raczka, kazał mu udawać, że można sobie tak otwarcie o wszystkim podyskutować?

On, wielki Jerzy Trela, wspominający prace z Konradem S winarskim i swoje z nim wzrastanie, magiczną noc mickiewiczowskich "Dziadów", szamotanie się w kaftanie bezpieczeństwa, w który ubierali go lekarze w genialnej scenie tamtego "Wyzwolenia", gdzie męka, psychiczna i fizyczna męka Konrada, dzięki jego genialnej kreacji udzielała się widzom, pokazując, czym może być miłość narodu i romantyczna gorączka. Dlaczego daje swoją twarz temu humbugowi? Co czuje, gdy przysłuchuje się z kulis zmasakrowanym tekstom Wyspiańskiego, gdy widzi dziewuszki i chłopaczków nieradzących sobie z dykcją i gestem gdy obserwuje płaskie role na poziomie amatorskiego kabaretu, te marne przebieranki służące politycznej agitce? Cóż może powiedzieć swoim znajomym z obsady dawnego "Wyzwolenia"? Annie Polony, która uwodziła go jako Muza, Jerzemu Radziwiłowiczowi, który jako Hołysz podfruwał, machając ramionami niczym orzeł? Że co, że taka jest dola aktora, komedianta, człowieka do wynajęcia?

"Wy chcecie żyć i nie ma podłości, której byście do ręki nie wzięli i nie przyswoili sercu. Wy chcecie żyć i już trawicie błoto i brud, i już was nie zadusza zgnilizna i jad; ale jadem i zgnilizną nazywacie wiew świeży od pól i łąk, i lasów. Wy chcecie żyć i plwać na wszystką rękę, która was i podłość waszą odsłania" - tę kwestię, o dziwo, zostawia reżyser Jędrzejas, choć brzmi ona kompletnie ni pricziom, ale zdaje się, że w ogóle całe stadko aktorów spod krzyża nie za bardzo rozumie, o czym "Wyzwolenie" jest.

To znaczy "Wyzwolenie" Wyspiańskiego, nie Jędrzejasa. Bo Jędrzęjasowe, wiadomo, jest o moherach i że trzeba ich pogonić, bo są barierą modernizacji.

No dobrze, więc o czym jest "Wyzwolenie" Wyspiańskiego? Skąd mieliby się dowiedzieć młodzi, szamoczący się po scenie aktorzy? Wizja Swinarskiego czyniła z Wyspiańskiego raczej obrzęd narodowy, pamiątkę dawnych sporów, emocji, ludzkich typów. Wraz z wystawą "Polaków portret własny", z wielkimi inscenizacjami i ekranizacjami odzyskiwaliśmy w latach 70. zbiorową pamięć o dawnych latach. Ale pamięć starannie wystrzyżoną z niebezpiecznych treści. I tak PRL-owska i postpeerelowska szkoła wymyśliła sobie parę chwytów na łagodną opowieść o "Wyzwoleniu", która nie dotykałaby politycznego podglebia dramatu. Żeby było bezpiecznie, elegancko i żeby za żadne skarby nie zniżać się do poziomu ideologii.

A przecież "Wyzwolenie" Wyspiańskiego to dramat powstały w epicentrum rodzącego się polskiego nacjonalizmu. To dramat tworzony dosłownie z "Myślami nowoczesnego Polaka" przed oczyma.

Kraków, rok 1902. Roman Dmowski pod pseudonimem Skrzycki publikuje w odcinkach w "Przeglądzie Wszechpolskim" swoje "Myśli nowoczesnego Polaka" - arcydzieło polskiej publicystyki politycznej, a Stanisław Wyspiański pisze "Wyzwolenie". Spotkanie obu mężów w salonie profesorstwa Lutosławskich, spotkanie, w czasie którego Wyspiański - jak to Wyspiański - przez bite dwie godziny milczał i słuchał, i patrzył, by potem przenieść patos oraz emocje na scenę. By fragmenty "Myśli" wbijać w usta Konrada, by oczyma Dmowskiego spoglądać na polską szlachtę, na lud, na stańczyków i egzaltowanych religijnie osobników, na tromtadrację patriotów i egoizm kolaborantów.

Walczył z wcieleniem romantyzmu, sam będąc buntownikiem i romantykiem, w tym naśladował wszak ton "Myśli nowoczesnego Polaka" pełnych wyznań tyczących się afektu do Polski, pełnych aforyzmów, ale i zwierzeń osobistych. "Kto naprawdę umie kochać, umie i nienawidzić" - pisał Dmowski. A Wyspiański: "Jestem z mojej nienawiści dumny".

Przecież "Wyzwolenie" to pojedynek dwóch romantyzmów: anachronicznego, skupionego na celebracji "ruin i gruzów, i złomów wielkości", omamionego mesjanizmem będącym zgodą na klęskę i poniżenie narodu oraz tego nowego - nietzscheańskiego, gdzie pytanie o naródjest wezwaniem do wielkości, do zwycięstwa.

Konrad Wyspiańskiego - co tak wspaniale oddał Swinarski - nie ustępuje wcale egzaltacją i egotyzmem Konradowi Mickiewicza. On po prostu jest Konradem nacjonalistą. Konradem, który pyta o triumf Polski i polskości. Konkretny namacalny triumf polskiej państwowości, polskiego narodu.

Widzę, jak krzywią się na te słowa ludzie, którzy nigdy na serio nie wczytali się w "Wyzwolenie". Którzy - bez zerkania w tekst bez zestawienia go z "Myślami nowoczesnego Polaka" - posądzać mnie mogą o nadużycie.

I przecież tak było od zawsze. Pisał profesor Ignacy Chrzanowski, szydząc z błędnych odczytań "Wyzwolenia" przez Wilhelma Feldmana:

"Na ideologię Wyzwolenia wyraźny wpływ wywarła myśl nacjonalistyczna Przeglądu Wszechpolskiego, zwłaszcza drukowane w tym czasopiśmie Myśli nowoczesnego Polaka Dmowskiego, tego się Feldman nawet nie domyśla - i prawdopodobnie z oburzeniem odrzuciłby to twierdzenie, bo to by w jego oczach Wyspiańskiemu ubliżało".

Otóż, czy by Wyspiańskiemu ubliżało, czy nie, jest to faktem. I jest faktem, że jego Konrad odrzuca mrzonki mesjanistyczne i szydzi z koncepcji Polski Chrystusa narodów, która cierpi "mękę i krzyż dla cudzego zysku".

Jego Konrad marzy o silnym państwie, państwie narodowym, które narzuciłoby obywatelom swoją wolę choćby gwałtem.

Jego Konrad jest wiernym druhem Romana Dmowskiego, jest jego partnerem i echem.

Można by przetasować niektóre fragmenty "Wyzwolenia" oraz "Myśli nowoczesnego Polaka" i nie spostrzec różnicy. Nawet w temperaturze wywodu, nawet w metaforach.

Czasem Konrad Wyspiańskiego zapędza się dalej niż Dmowski: oto w imię czystości krwi nie chce pozwolić "na prostytuowanie naszych kobiet", na małżeństwa mieszane. Oto wyciągając konsekwencje z rozważań Romana Dmowskiego o polskiej mentalności, zakazuje byle komu filozofować, by nie przefilozofować Polski.

Misja nowej inteligencji ma w sobie moc nietzscheańskich wizji i jest apoteozą woli.

Wykorzystywać zmasakrowany tekst "Wyzwolenia" do ataku na obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu? Krzyża, który jest - w wielu tego aspektach - wynikiem słabości państwa? To w ogóle jakaś żenada. Owszem odpowiada to poziomowi myślenia reżyserów, którzy sądzą, że jeśli na scenie ustawią znicze czy barierki, to mówią coś głębokiego i odważnego.

I tak na koniec, na marginesie: wydaje się, że myśl nacjonalistyczna, endecki realizm definiujący narodowy interes mogą odegrać we współczesnej Polsce o wiele istotniejszą rolę niż atakowanie gromadki zagubionych patriotów z Krakowskiego Przedmieścia.

Andrzej Horubała
Uważam RZe
20 października 2011

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia

700. Krakowski Salon P...
Anna Dymna
W najbliższą niedzielę 23 stycznia, j...