Wyspy Guliwera

"Mój niepokój ma przy sobie broń " - reż. Wiktor Loga-Skarczewski - Akademia Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego

Mój niepokój nie ma przy sobie broni. Nie wiedziałby zresztą, przeciw komu ją kierować. Ma tylko bezradność wypisaną na pysku.

Od lat krzątania się wokół spraw polskiej dramaturgii współczesnej trapi mnie coś, czemu nie mogę nijak - choćby w ramach Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej - zaradzić. Myślę o, nazwijmy to tak, wymuszonej jednorazowości. Autorzy piszą teksty, czasem z własnej potrzeby, czasem w porozumieniu bądź na zamówienie któregoś z teatrów. Odbywa się premiera, bardziej czy mniej udana. I koniec. Początek życia scenicznego dramatu jest jednocześnie tego życia kresem. Bo nikt po utwór już drugi raz nie sięgnie. W zamierzchłych czasach mej młodości pojawiający się na horyzoncie dobry, obiecujący tekst, brały w próby teatry w różnych miastach naszej ojczyzny. Reżyserzy proponowali odmienne interpretacje, autor mógł przyjrzeć się sposobom obrabiania jego słów. Czegoś się uczył, a przynajmniej zwyczajnie musiało go bodźcować pomnożone zainteresowanie tekstem. Dziś egzemplarz odkłada na półkę, a jeśli czasem komuś zaproponuje tytuł, słyszy w odpowiedzi: eee, gdyby tak coś nowego

Długi czas myślałem, że zjawisko to wywoływane jest wyłącznie przez absurdalny snobizm na prapremiery. Absurdalny, bo jeśli istotą działania teatru jest proponowanie swoim widzom ważnej wypowiedzi artystycznej, to przecież naprawdę nikogo w Szczecinie nie obchodzi, że w Rzeszowie już to grali. Zaś liczenie na to, że sam fakt prezentacji nowego tekstu przyciągnie ponadlokalne media, też jest nieracjonalne, skoro prapremier mamy na kopy, gdzieś dziewięćdziesiąt procent obfitych zgłoszeń do naszego Konkursu. Teraz myślę, że drugim czynnikiem obok owego bezprzedmiotowego snobizmu, może być po prostu generalny uwiąd czytelnictwa w narodzie. Narodzie reżyserskim i dyrektorskim też. Mówiąc krótko: łatwiej nowy utwór zamówić, niż go wyszperać. Wyszukać na półce, w książkach, w "Dialogu". Albo wręcz we własnej pamięci: coś się widziało bądź czytało parę lat temu, a teraz mogłoby się przydać, bo to i temat pasuje, i mamy aktora, który mógłby to świetnie zagrać Marzenie ściętej głowy. Nikt w teatrze tak nie myśli.

Żeby było jasne: są dzieła dramatyczne, którym los jętki jednorazówki jest pisany sprawiedliwie i nie ma się co skarżyć. Ale wypiszę sobie listę tytułów, trochę przypadkową i z całą pewnością niekompletną: "Popiełuszko" Sikorskiej-Miszczuk, "Generał" Jakubowskiego, "Farrago" Lidii Amejko, "Ciała obce" Holewińskiej, "Kowal Malambo" Słobodzianka, "Ciałopalenie" Marka Bukowskiego, "Elementarz" Klickiej, "Koronacja" Modzelewskiego, "Obywatel K." Pałygi, "Zabić was to mało" Andrzeja Pieczyńskiego, "Osobisty Jezus" Wojcieszka. Czy ktoś zaprzeczy, że te utwory zasługiwałyby na parokrotne przepuszczenie przez scenę, w różnych reżyseriach i obsadach?

"Mój niepokój ma przy sobie broń" też jest z tej listy. Mateusz Pakuła jest autorem pracowitym, pisze dużo, niekoniecznie równo; sporo jego dramatycznych dzieł, zwłaszcza z ostatnich lat, grzeszy niepowstrzymanym wodolejstwem. Ale ten tekst ma nade wszystko znakomitą konstrukcję. Pożyczoną od nie byle kogo, od samego Jonathana Swifta. To nowa wersja "Przygód Guliwera". Na żadne wyspy tu się oczywiście nie płynie, wystarczy pstryknąć pilotem i zmienić kanał. W każdym obrazku są jacyś miejscowi i ktoś kolejny przejmuje rolę Guliwera, ale tak naprawdę Guliwerem jesteśmy my, widzowie, oglądacze migawkowych światów, tak zadziwiających przez zmienione proporcje, powykręcane sensy słów i pojęć, wszechobecną przemoc i łotrostwo. Policjant relacjonuje w trybie typowym dla filmowego dokumentu, a może wręcz dla "społecznego" (czyli zajmującego się sensacyjnymi okropnościami) telewizyjnego talk show swoją interwencję u rodziny, która właśnie ugotowała i zjadła najsłabsze i najbardziej chore dziecko - żeby inne mogły przeżyć. Kolejna wyspa - Arvo - to archiwum kultury ludzkości. Żyją tu stwory z wielkimi, reniferowymi rogami. Jeden z nich pokazuje Guliwerowi ekran laptopa na którym wszystko jest, bo przecież wszystko już było i nic nowego już nas nie czeka. Drugi mówi poetycką Apokalipsę: przerażającą wieszczbę degeneracji człowieczeństwa niezdolnego do zrzucenia odpowiedzialności na jakiegokolwiek szatana. Jest jeszcze Wyspa Hibakusza, świat po atomowym, czy to hiroszimskim, czy czernobylskim napromieniowaniu z przejmującą modlitwą o resztki godności. I brawurowy przerywnik drwiąco komiczny: świat troskliwych misiów wypełniających sobie egzystencję seksualnym fik fik tudzież piosenkami Bryana Adamsa. Oczywiście odpowiednika szczęśliwej i rozumnej krainy Yahoosów nie ma tu w ogóle. Gdzie miałoby się jej szukać?

W dramacie Mateusza Pakuły każda z tych wysp ma swój klimat, swój język, swoją narzędziownię metaforyczną, a czytelnik ma tę frajdę, że autor zmienia mu skojarzenia i nastroje właśnie jak telewizor pod naciśnięciem pilota - tylko w przemyślanym celu. Naprawdę żal serce ściska, że nasz teatr, po prapremierze - bardzo udanej - w Kielcach przed sześcioma laty (reżyserowała Julia Mark), uznał rzecz za nadgryzioną, więc nie wartą kolejnego przyrządzania. O sztuce pamiętały tylko szkoły teatralne, najpierw białostocka, a w tym sezonie krakowska Akademia Sztuk Teatralnych. W dyplomie wystąpili studenci czwartego roku (i jeden z roku trzeciego) Wydziału Aktorskiego, a reżyserował Wiktor Loga-Skarczewski.

Niestety, przedsięwzięcie ochoczo władowało się we wszystkie pułapki, jakie niosą szkolne dyplomy. Ewidentnie miało być "młode przedstawienie" - to znaczy mieli być wszyscy na scenie, mieli dużo biegać i dużo krzyczeć. Loga-Skarczewski, który samego siebie umieścił na afiszu także jako dramaturga, rozbudował i rozbuchał postać szalonego narratora w kudłatej fryzurze, który niby to miał objaśniać widzom zasadę scenicznego uniwersum - ale tak naprawdę został użyty do robienia zamieszania. Do wpadania na scenę, pokrzykiwania na aktorów, na widzów, uruchamiania wielkiej tuby do zbierania liści z chodników. Tuba ta, spektakularnie wznosząca mini-trąby powietrzne, świetnie współgrała z głównym elementem scenograficznym z wizji Marcina Chlandy - z krociem urywków starych gazet, wysuszonych i sprawiających wrażenie właśnie jesiennego listowia. Aktorzy ogrywali je, brodzili w nich, obsypywali się nimi. Aliści owo robienie wiatru na scenie, rozkręcanie widowiska i ogrywanie kolejnych elementów dekoracji - choćby starego samochodu stojącego w kącie sali; w nim to Guliwery podróżowały przez światy, a ich teleportacji towarzyszyła patetyczna muzyka á la John Williams - służyło jedynie pozorom teatru. Takim pozorom, gdzie coś się dzieje, lata, błyska i w ogóle jest dynamicznie, ale to, na czym warto się skupić, ulega bardzo rychłej anihilacji.

Swiftowski w dramacie Pakuły namysł nad dziwnością i okrucieństwem przeglądanych światów rozjechał się w bieganinie i mizdrzeniu scenicznym tak mocno, że pierwsza, wstrząsająca sekwencja, owa spokojna rzeczowa opowieść o gotowaniu najmłodszego dziecka, żeby przynajmniej inne przeżyły, wręcz zginęła, niewybrzmiała, zakrzyczana i zatupana. Scena z Wyspy Hibakusza, wyspy niedobitków po jakimś radioaktywnym wybuchu, zamieniła się w banalną etiudę plastyczną, jak nie przymierzając z naśladownictwa teatru, ja wiem, Józefa Szajny? Ale skąd mieliby go znać? Sekwencja z "Wyspy Troskliwych" tańczyła stylistycznie między szkolnym kabaretem i płaską satyrą, a nieoczekiwaną i niepodprowadzoną scenicznie przemocową sceną ludzko-ludzkiej tresury. Notabene Pakuła charakteryzował sytuację przez "słitaśne" (jego słowo) songi Bryana Adamsa; nazwisko piosenkarza zostało w dialogach, muzyka już nie. Jakby, psiakość, nikt tu nie chciał się skupić, wejść w szczegóły, rozpoznać logiki poszczególnych etiud, wstrzymać karuzelę bieganiny. Może twórców spektaklu uwiodły rozmaite anarchizujące elukubracje autora formułowane przy różnych okazjach? Tyle, że w tej akurat sztuce wrodzony Pakułowy anarchizm na chwilę poszedł się paść.

Owszem było w spektaklu parę przejmujących momentów aktorskiego skupienia: choćby piękny, gorzko-drwiący monolog zmagającej się ze zdeformowanym ciałem Kobiety Hibakusza. Chyba Maja Wolska, może jednak Katarzyna Zarychta? Nie wiem, w programie przy nazwiskach aktorów nie ma wyszczególnionych postaci. Są zdjęcia - nie w rolach, w identyczny sposób upozowane, na jednakim tle. Ósemka młodych ludzi wygląda rozczulająco ślicznie, ale rozpoznać, gdy już skończy się spektakl, kto co konkretnie grał niepodobna. Pal sześć, że to kłopot dla recenzenta, ale gdyby zamiast mnie pofatygowałby się na scenę przy Warszawskiej 5 dyrektor świetnego teatru z jednym, akurat wolnym etatem do obsadzenia? I się wściekł, nie mogąc zanotować sobie nazwiska aktora, który mu się spodobał? Czemu służy program w Szkole Teatralnej, co eksponuje przedstawiając kończących studia? Ich robotę aktorską czy rezultat artystycznej wizji fotografa, sesję zdjęciową jak z portfolio modelek bądź modeli? Przecież to też seria pytań z jakiejś małej, nie tak wstrząsająco dramatycznej oczywiście, wysepki w archipelagu współczesnych wynaturzeń zwiedzanym przez współczesnych Guliwerów. Których niepokój coraz mocniej domaga się pozwolenia na broń i - jak się mówi w dramacie Mateusza Pakuły - nie ma to być broń biała.

Jacek Sieradzki
e-teatr.pl
14 maja 2019

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...