"Wyzwolenie" jak jesienny bies

"Wyzwolenie" - reż. Krzysztof Jasiński - Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie

Przed Krakowem nie ma ucieczki. Spowitą smogiem melancholię jesiennych liści na Plantach nosi się w sobie nawet, gdy tak jak ja ostatnio, postanawia się wziąć nogi za pas i uciec stąd do bardziej przyjaznych dla zdrowia i duszy krain. I kiedy się już wydaje, że wreszcie jest dobrze, że łyk świeżego powietrza oczyszcza nasze płuca z wyziewów starych pieców i kłębów miejscowych plotek, to nagle spod stosu gnijących roślin wyskakuje krakowski bies, upominając się o swoje.

No bo czymże innym był afisz na olsztyńskim Starym Mieście, anonsujący "Wyzwolenie" w Teatrze im. Jaracza? Tym bardziej, że obok nazwiska Stanisława Wyspiańskiego widniało na nim nazwisko reżysera, który jak mało kto kojarzy się z Krakowem. Trudno było mi więc oprzeć się pokusie zobaczenia, jak Krzysztof Jasiński interpretuje na Warmii jedno z najważniejszych dzieł pisarza, tym bardziej, że w Teatrze STU wciąż grany jest jego tryptyk "Wędrowanie", na który składa się obok "Wesela" i "Akropolis", także "Wyzwolenie".

Już pierwsze sceny olsztyńskiego przedstawienia podkreślają, że akcja dramatu dzieje się pod Wawelem. Na wiszącym nad sceną ekranem zobaczyłam widownię Teatru im. Słowackiego, na której jeszcze parę dni temu siedziałam. No ale taki mój los. W końcu trudno, żeby reżyser odciął się od założeń Wyspiańskiego, który właśnie na tej scenie umieścił akcję swojego dramatu. Jednak dalej Jasiński nie zatrzymuje się na dłużej przy placu św. Ducha. Odniosłam wręcz wrażenie, że w dalszej części spektaklu wraca do namiotu przy ul. Rydla, wspominając lata 70-te, kiedy rozkwitała tam kontrkultura, a legendarna "Szalona lokomotywa", czy "Król Ubu" były przebojami. Teraz konsekwentnie nawiązuje do niegdysiejszej tradycji, w której łączyło się ze sobą sacrum i profanum. Wypreparowuje sceny z Maskami, tu symbolicznie przedstawianymi za pomocą kart tarota, które pozwalają mu wyciągnąć ze sztuki to, co dla niego najistotniejsze - tkwiącą w naszych trzewiach polskość, tego Polaka w Polaku, który nas najbardziej zniewala i sprawia, że nasze społeczeństwo jest wciąż tak samo podzielone jak przed wiekami.

Każdy, kto mierzy się z "Wyzwoleniem", musi odpowiedzieć sobie na pytanie, kim jest dla niego Konrad. W niedawnej realizacji Radosława Rychcika w Teatrze im. J. Słowackiego, Konrad był nauczycielem rodem z filmu "Stowarzyszenie umarłych poetów", który przeprowadzał uczniów przez meandry historii. U Jasińskiego Konrad jest z złożenia słabszą osobowością. Dawid Dziarkowski, walcząc o swoją indywidualną wolność artysty, jest bezradny jak wielu dziś młodych ludzi. Najsłynniejsze słowa z "Wyzwolenia": "Chcę, żeby w letni dzień" wypowiada na kolanach, niemal płacząc.

Sens tej zawieszonej między tradycją a współczesnością interpretacji docierał do mnie długo. Może dlatego, że Jasiński kończąc swój spektakl przełamał nastrój, wprowadzając pieśni m.in do muzyki Jana Kantego Pawluśkiewicza czy Zbigniewa Wodeckiego. Za ich sprawą znowu wróciłam do skąpanego w jesiennej melancholii Krakowa, choć pod stopami szeleściły mi olsztyńskie liście.

Magda Huzarska-Szumiec
Polska Gazeta Krakowska
13 listopada 2017

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia