Z domu niewoli

"Elektra" - reż: Willy Decker - Teatr Wielki w Warszawie

Symboliczna przestrzeń w nowej inscenizacji Elektry Willyego Deckera przypomina podziemny schron. Ciemne ściany przytłaczają swoim rozmiarem. Są zimne, nagie, brunatno-ołowiane, jakby pancerne. Na nich rozlewają się niepokojące, czerwone zacieki. Na scenie panuje mrok, jedynie schody są oświetlone. Ale nikt z nich nie skorzysta. Droga ucieczki (ewakuacji?) pozostaje niedostępna dla uwięzionych we własnym losie postaci

Reżyserska interpretacja tekstu Elektry eksponuje dwa splecione ze sobą motywy. Pierwszy, zaznaczony wyraźniej, wiąże się ze sferą odczuwania głównej bohaterki. W centrum jej przeżyć i myśli mieszka nie pomszczona śmierć ojca. Oczekiwanie na to, co wielkie i nieuniknione, miesza się w niej z paraliżującym strachem. Wewnętrzną sytuację Elektry podkreśla światło, które szkicuje na scenie jej upiorny, wyolbrzymiony cień. Jest jak szpieg ukrywający swoje zamiary albo po prostu umbra mortis.

Drugi motyw łączy ze sobą wszystkie postaci i dotyczy wewnętrznego zniewolenia, które demoluje mityczną rodzinę. Jej członkowie duszą się wzajemną obecnością, zaś każda próba zbudowania jakiejkolwiek relacji obnaża między nimi emocjonalną przepaść. Wszyscy są wewnętrznie zrujnowani i pokaleczeni. Jeśli chcą przetrwać, muszą wyczołgać się z labiryntu uwikłań i nauczyć się samodzielnie oddychać. Trzeba tylko znaleźć na to dobry sposób – jakkolwiek wolność i tak nie będzie wtedy zagwarantowana. Bohaterowie w spektaklu Deckera podejmują próbę wydostania się z pułapki, jeszcze bardziej się w niej pogrążając.

Elektra swojego ocalenia będzie szukać w ojcu. Pamięć o Agamemnonie i pragnienie zemsty stają się dla niej najważniejsze. Pojawienie się bohaterki na scenie zwiastuje cień topora wyświetlony na murze. Elektra jest wręcz somatycznie związana z narzędziem, które niesie okrutną śmierć. Tuli je, głaszcze, delikatnie odkłada – w toporze jej zwycięstwo. Chociaż w domu matki traktowana jest jak panna służebna, nic ani nikt nie może odebrać jej królewskiej godności. Elektra nosi płaszcz Agamemnona – znak jej siły i determinacji, ale spod płaszcza wystaje suknia nędzarki. Kiedyś zapewne biała, teraz ma kolor popiołu, który symbolizuje upadek, ale też oddanie świętej sprawie.

Z wypracowaną wyniosłością przyjmuje złośliwości służby, która chce zobaczyć w niej ofiarę, pastwi się nad nią, nie wierząc w jej zasługi u bogów. Kiedy jednak królewska córka wkłada płaszcz i buty ojca, służebne po raz kolejny przegrywają. Tylko w bardzo cicho wypowiadanym przez Elektrę monologu słychać, że moc i siła, którymi przed chwilą pokonała przeciwniczki, nie należą do jej prawdziwej natury. Drżący głos i błędny wzrok zdradzają szaleństwo. W tej jednej chwili bohaterka pokazuje wszystko, co w sobie nosi: wiarę i niewiarę, siłę i bezsilność, miłość i nienawiść, chęć walki i rezygnację, nadzieję i rozczarowanie.

Jeanne-Michèle Charbonnet w roli Elektry doskonale wyraża te skrajności, jest świetna zarówno pod względem wokalnym, jak i aktorskim. Klimat tragicznego rozdarcia i braku sugestywnie oddaje też orkiestra poprowadzona przez Tadeusza Kozłowskiego, który umiejętnie zbudował napięcie w ekspresjonistycznym dziele Straussa. Z ogromnym wyczuciem wybrał też odpowiednie tempa, co w przypadku trudnej, „neurotycznej” wręcz muzyki stanowi nie lada wyzwanie.

Elektra w inscenizacji Deckera nie jest ofiarą, ale katem. Bezwzględna, nieufna, czasem okrutna – gardzi swoją matką, Klitajmestrą. Brata traktuje instrumentalnie – szanuje go wyłącznie ze względu na czyn, którego ma dokonać. Siostrę Chryzotemis darzy uczuciem litości, gdyż za żałosne uważa jej plany szczęśliwego życia z wymarzonym ukochanym i zdrowymi, radosnymi dziećmi. Ale czy pogarda może prowadzić do wolności?

Kiedy Klitajmestra – w tej roli obdarzona doskonałym dramatycznym głosem i wielką osobowością Ewa Podleś – po raz pierwszy zjawia się na scenie, od razu wiemy, że to kobieta silna i władcza. Zimna królowa w białej, długiej sukni, okryta jasnym futrem, ma wzbudzać respekt i niechęć. Dopiero po chwili widz rozumie, że dał się zwieść pozorom. Żona Agamemnona jest zbrodniarką, ale przede wszystkim – doświadczoną przez bogów kobietą. Projektując tę postać, Decker nie zapomniał o jej bolesnej przeszłości. Królowa sprawia wrażenie zmęczonej napiętą sytuacją. W pewnej chwili postanawia zwierzyć się córce ze swych koszmarów, ale – choć nosi koronę – nie ma odwagi spojrzeć w oczy własnemu dziecku.

Elektra wie o wszystkich udrękach Klitajmestry i nie daje matce spokoju. To jedna z najbardziej przejmujących scen w spektaklu. Dziewczyna narzuca na siebie płaszcz ojca i krąży wokół matki jak lew. Potem wyrywa z rąk Klitajmestry topór i odkłada go pod mur. Robi to jednak niezwykle delikatnie, tak jakby chciała powiedzieć: jeszcze nie przyszedł twój czas. Następuje zwrot akcji. Służka przekazuje królowej-matce wiadomość o śmierci Orestesa. Czyżby tak niespodziewanie miało przyjść wyzwolenie? Droga do wolności wydaje się teraz prosta. Klitajmestra przez chwilę triumfuje.

Chryzotemis (Danielle Halbwachs) – panienka w czerwonych trzewikach, białej sukni balowej, i z czerwoną torebką w ręku – wybrała drogę najłatwiejszą. Dla niej sposobem na życie jest konformizm, do którego próbuje też przekonać siostrę. Spotyka się jednak z pogardą i odrzuceniem. Albo jest niedojrzała, albo świetnie i konsekwentnie gra głupią i naiwną. Wierzy, że kiedyś będzie szczęśliwą żoną i matką. Męczy ją tylko nieprzychylność Elektry. Gdy Chryzotemis śpiewa o pięknej przyszłości, jej głos brzmi ciepło, pieszczotliwie, bo zanurzony jest w – rzadko brzmiące w dziele Straussa – tonalne frazy. Elektra stoi z dala od siostry, odwrócona od niej. W słowach Chryzotemis nie chce szukać złudnej nadziei na lepsze życie.

Orestes (Mark Schnaible) wychował się w pobliżu wyroczni delfickiej i nie wątpi w słuszność swego przyszłego czynu. Pomszczenie ojca jest jedyną i właściwą drogą, która jednocześnie ma mu zapewnić szczęście. Kiedy pojawia się w pałacu matki, dokładnie wie, co ma robić. I nie cofnie się przed zbrodnią.

Siła Deckerowskiej Elektry tkwi w jej zróżnicowanej ekspresji. Reżyser poprowadził swoje postaci w sposób konsekwentny i niezwykle wyrazisty, wciągając widzów w labirynt ich strasznego losu. Mimo że każdy członek rodziny królewskiej zna plan drogi ewakuacyjnej, nie ma siły z niego skorzystać. Zielone światło z napisem „Exit” nigdy się dla nich nie zapali.

Monika Jazownik
"Teatr"
5 lipca 2010

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...