Z fotela Łukasza Maciejewskiego: Oscar dla Ewy

"Oscar dla Emily" - reż. Kinga Dębska - Teatr Telewizji Polskiej

O realizacjach takich jak "Oscar dla Emily" mówi się: "piece bien faite" - "sztuki dobrze skrojone". To przede wszystkim aktorskie samograje, pisane z myślą o gwiazdach teatru i kina, często flirtujące z bulwarem, z tak zwaną sztuką mieszczańską. Często są to również opowieści autotematyczne, rozgrywające się w środowisku teatralnym czy filmowym. Inna rzecz, że tego rodzaju produkcje trzeba umieć wyreżyserować i zagrać z talentem, o czym przekonujemy się z nader często z zachwaszczających repertuar impresaryjnych chałtur, w których tego talentu i polotu zdecydowanie brakuje.

Teatr Telewizji "Oscar dla Emily" w reżyserii Kingi Dębskiej to szczęśliwie inna kategoria. Sztuka jest dobrze znana, również z polskich teatrów. Najlepsza realizacja "Oscara dla Emily" to spektakl w reżyserii nieodżałowanego Romualda Szejda na jego "Scenie Prezentacje" z 2012 roku z Ewą Wiśniewską, Leszkiem Teleszyńskim i Konradem Darochą, ale po dramat Alexandry Alexy i Folkera Bohneta sięgnął również Bartłomiej Wyszomirski w Teatrze Polskim w Szczecinie - w tym spektaklu, w roli Henry'ego Portera, błyszczał Jerzy Polaczek. Telewizyjna wersja Kingi Dębskiej to trzecie, znowu udane, podejście do tego tekstu.

Siłą "Oscara dla Emily" na pewno nie jest oryginalność. Podobne historie znamy z kina, niestety również z życia. Oto małżeństwo z długim stażem, z wysługą lat i wzajemnych pretensji. W tym przypadku chodzi o małżeństwo aktorskie, które prawie, prawie dotknęło szczytu, otarło się o największych i najlepszych (w sztuce wymieniane są naprawdę wielkie nazwiska), ale coś w końcu poszło nie tak, i teraz siedzą razem w domu, skazani na siebie, na resentymenty, złośliwości, wspomnienia. A przecież, to jest największa być może wartość tej opowieści, są od siebie uzależnieni w najlepszym tego słowa znaczeniu. Pomimo złośliwości, przyjaźnią się ze sobą, wciąż kochają.

Oglądamy jeden wieczór z życia Emily i Henry'ego granych przez Ewę Wiśniewską i Sławomira Orzechowskiego - wieczór ceremonii wręczenia Oscarów. Od rana oboje toczą rozmowy głównie na ten temat, szykują się na wielkie wyjście, wspominają. A kino i teatr mieszają się im z rzeczywistością. Emily i Henry: ostrzy, inteligentni, autoironiczni, a przecież także słabi, złamani, niespełnieni i niezrealizowani - zarówno jako artyści, jak i jako rodzice. W tej pozornie błahej sztuce jest bowiem chwilami miejsce na tonację serio. Henry i Emily rozmawiają ze sobą tekstami sztuk. Często Szekspir, czasami "Kto się boi Wirginii Woolf?". Mówią "szekspirem" do siebie, ale również do dostarczyciela jedzenia - granego pięknie przez Mateusza Rusina, który zresztą okaże się facetem z własną tajemnicą. Czym są te cytaty w autocytatach? Chodzi o ucieczkowość w profesji aktora. Można nie pamiętać godziny, zagubionego zegarka, i rachunków za prąd, ale frazy Szekspira z "Romea i Julii", z "Hamleta" (tak jak tekst "Wesela" Wyspiańskiego) aktor zapamiętuje na całe życie. Nawet jeżeli nigdy nie zagrał i już nie zagra Romea, Ofelii czy Klaudiusza.

To jest ważna płaszczyzna znaczeniowa spektaklu Dębskiej, ale na pewno nie najistotniejsza. W przedstawieniu obowiązuje bowiem żywioł uśmiechu. Nie rechotu, nie dowcipasów, nie politowania, ale właśnie uśmiechu. Uśmiechu do bohaterów, ich słabostek, do życia takiego jakie jest.

Debiutująca w Teatrze Telewizji realizatorka, autorka wielu świetnych filmów, ostatnio "Zabawy, Zabawy", linearnie opowiadając sztukę Alexy i Bohneta, postawiła jednak na szczególny formalny zabieg. Razem z Piotrem Sobocińskim juniorem, wybitnym operatorem filmowym ("Boże ciało", "Bogowie", "Wołyń"), nakręciła Teatr Telewizji w jednym długim ujęciu, bez żadnych cięć. Duże wyzwanie realizacyjne, zwłaszcza dla aktorów. Sprostali temu świetnie.

O ile jednak Sławomir Orzechowski z wdziękiem powtórzył doskonale znany wariant granych przez siebie postaci z licznych produkcji telewizyjnych: profil pociesznego, chwilami także groźnego, ale w gruncie rzeczy ciepłego safanduły, o tyle rola Ewy Wiśniewskiej jest bardziej wieloznaczna, pełniejsza. Komediowość reakcji i zachowań bohaterki, wybitna artystka nasyca goryczą, trudnym do ukrycia rozczarowaniem, ucieczką od rzeczywistości. Ponieważ gra na scenie nie bardzo się powiodła, Emily ucieka w grę w życie. Tam jest gwiazdą, tam jest kochana, tam jest sobą. Jeszcze za wcześnie na bilans zysków i strat, zawsze będzie za wcześnie, bo przecież może jeszcze zadzwonić telefon z zaproszeniem na plan filmowy, z zaproszeniem na Oscary. Emily jest gotowa. Nie zapomniała tekstu. Ma w głowie całą "Salome", "Marię Stuart", "Lady Makbet" - wszystkie role które mogłaby zagrać, właśnie teraz, kiedy jest dojrzała, mądra, tak wiele już rozumie. Gdyby tylko mogło być inaczej niż jest...

Wiśniewska gra te wszystkie emocje w jednym długim ujęciu. Jest jak kotka na gorącym rozgrzanym dachu ze sztuki Tennessee Williamsa. Emily jest gorąca, dowcipna i błyskotliwa, tylko świat jakoś oziębł. Na szczęście został uśmiech. Oscarowy.

Łukasz Maciejewski
AICT
9 listopada 2019
Portrety
Kinga Dębska

Książka tygodnia

Osobliwy dom pani Peregrine. Tom 4. Mapa dni
Wydawnictwo Media Rodzina
Ransom Riggs

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski