Z grantem lub na tarczy?

"Eros i Psyche" - reż. Natalia Kozłowska - Opera Bałtycka w Gdańsku

Marek Weiss postanowił uczcić 250-lecie teatru publicznego w Polsce wystawiając w tym sezonie w Operze Bałtyckiej wyłącznie polskie dzieła; słuszne to czy nie, trudno nie pochwalić wyboru, którego dokonał na inaugurację. "Eros i Psyche" Ludomira Różyckiego, wystawiona po raz pierwszy w 1917 r. adaptacja gigantycznego dramatu Juliusza Żuławskiego o arkadyjskiej królewnie wędrującej w poszukiwaniu utraconego boskiego kochanka przez kolejne epoki z symbolizującym mrok i cielesność parobkiem Blaksem u boku, nie był w Polsce grany od ponad półwiecza.

Inna sprawa, że mimo nader niekiedy udanych fragmentów libretta i partytury jako całość nie jest to arcydzieło; niezwykle bogatej i różnorodnej, a przy tym znakomicie zorkiestrowanej muzyce brakuje jednak, w moim odczuciu, tzw. "pazura", a także jakiejś muzycznej klamry, zdolnej spoić nader odmienne sceny w jedną całość. Języki muzyczne, do których nawiązywał Różycki, po prostu nie całkiem współgrają ze sobą, nie stanowią też, każdy z osobna, nowej jakości: motywy z V obrazu to świetna kopia mistrzów operetki, ale tylko kopia, rozgrywającemu się w średniowiecznym klasztorze obrazowi III, którym mógł się inspirować Puccini tworząc "Siostrę Angelikę", daleko jednak do inwencji i żarliwości tamtego dzieła. Różyckiemu przytrafiło się na większą skalę coś takiego, jak Dvořákowi w "Armidzie", z której twórca "Rusałki" próbował zrobić czeski odpowiednik Wagnera: w rezultacie ani to Dvořák, ani Wagner. Libretto jest podobnie nierówne: obok subtelnej gry uczuć, głębokich treści filozoficznych i pięknych wyznań miłosnych pojawiają się tam grafomańskie fragmenty czy łopatologiczne banały, od których zęby bolą. W obu wypadkach najlepszy jest I obraz i finał - może dlatego, że rozgrywają się poza historycznym czasem i kompozytor z librecistą musieli tam postawić na własną inwencję, a nie na próbę odtwarzania i reinterpretowania cudzego świata.

Interesujący był sam proces powstawania tego przedstawienia. Gdańska fundacja TUTTI, która w ostatnich latach wyprodukowała sporo ciekawych inscenizacji operowych dla Trójmiasta (m. in. cały "Tryptyk" Pucciniego), tym razem nie była w stanie sama podołać organizacyjnemu i finansowemu wyzwaniu, zwłaszcza że miasto Gdańsk odmówiło przyznania na ten cel grantu. Weszła więc w koprodukcję z Operą Bałtycką, której wkładem była maszyneria organizacyjna, orkiestra, chór i zespół Bałtyckiego Teatru Tańca; większość pieniędzy młodzi zapaleńcy musieli jednak zebrać sami, a na obsadę, w całości pochodzącą z przesłuchań, złożyli się studenci i niedawni absolwenci akademii muzycznych oraz chórzyści Bałtyckiej. (Okazało się przy tym, że po dokładnej analizie partytury czterdzieści kilka partii przewidzianych przez Różyckiego można powierzyć czternastce śpiewaków - ze względu na specyficzną konstrukcję dzieła większość postaci kończy swój sceniczny żywot po jednym obrazie).

No i dobrze. Daj im Boże zdrowie i więcej ciekawych produkcji operowych, do których sala Opery Bałtyckiej nadaje się lepiej niż Centrum świętego Jana. Pytanie tylko, czy ten "półamatorski" - jak go określił we wstępie dyrektor Bałtyckiej Marek Weiss - skład realizatorski i artystyczny oraz tryb produkcji przedstawienia sprawdził się przy wyzwaniu takim, jak sceniczny megafresk Różyckiego, z którego produkcji parę lat temu wycofała się we Wrocławiu Ewa Michnik tłumacząc, że nie stać jej na pokazanie dzieła tak rozbudowanego?

Do Rafała Kłoczki przy pulpicie dyrygenta nie mam uwag krytycznych. Pojawiły się wprawdzie narzekania, że prowadził muzykę Różyckiego zbyt emocjonalnie, że nie wysubtelnił bombastycznych niekiedy kulminacji, ale (acz miejscami istotnie bywało za głośno) sam skłonny byłbym złożyć te problemy raczej na konto kompozytora, któremu, jak Moniuszce, nie zawsze wychodziło łączenie orkiestry z głosem. Choć być może kapelmistrz istotnie obierał zbyt szybkie tempa "na wejście" z początku kolejnych obrazów, zwłaszcza piątego? Tak czy owak, orkiestra pod jego batutą grała bardzo solidnie, czystym dźwiękiem, bez żadnych wpadek intonacyjnych i nie mając żadnych problemów z przechodzeniem od masywnego, żałosnego tutti do lekkich pieśni miłosnych czy od tragicznych kulminacji do radosnych operetkowych ansambli - a partytura Różyckiego zastawia niemało takich pułapek.

Pod względem obsadowym bezkonkurencyjny był Marcin Miloch (Blaks). Jego dźwięczny, niemały baryton ogromnie się rozwinął, odkąd przed dwoma laty wychwalałem go jako Nortona w "Wekslu małżeńskim" na tej samej scenie; umiejętnie budował rolę, znakomicie panował nad aparatem wokalnym, a do tego był zawsze zrozumiały i słyszalny, chyba że orkiestra akurat postanowiła mu w tym poprzeszkadzać mięsistym forte. Z perspektywy życzyłbym sobie nieco większego zróżnicowania emocji w śpiewie artysty, ale to już prawie że szukanie dziury w całym. Jeśli Miloch będzie się nadal tak rozwijał i umiejętnie poszerzał repertuar, ma szansę zostać naprawdę ponadprzeciętnym barytonem. Barbara Zamek w ostatnich latach też zrobiła spore postępy, ale nie takie, żeby podołać arcytrudnej partii Psyche. Sprawiała wrażenie, jakby albo nie umiała właściwie rozłożyć sił na prawie trzy godziny śpiewu, albo jej tych sił zabrakło i próbowała już tylko oszczędzić je na finał: w każdym razie wypadła znakomicie w pierwszym akcie i w końcówce, a przez resztę opery śpiewała bez ikry i w dodatku bez dykcji. Co gorsza, sprawiała wrażenie, jak gdyby dopiero w połowie V obrazu reżyserka pozwoliła jej używać mowy ciała. Przypomniało mi to, że światek krytyczny bardzo często chwali Natalię Kozłowską za osiągnięcia w pracy nad indywidualnym aktorstwem śpiewaków, szczerze mówiąc nie całkiem rozumiem czemu; w "Erosie" bardzo rzadko ktokolwiek wznosił się pod tym względem ponad zrutynizowaną hieratyczność.

Z trójki głównych bohaterów najbardziej denerwował mnie Przemysław Baiński (Eros). Moim zdaniem nie jest to śpiewak do tego typu partii; jego chropawy tenor, barwą przywodzący mi na myśl szarą skałę, w której przebłyskują drobiny złota, lepiej pasowałby do ról introwertycznych mruków niż romantycznych kochanków. W dodatku Baiński prześpiewał cały obraz I i wiele innych momentów jak gdyby ze ściśniętym gardłem (premierowa trema? Oby!). Naprawdę znakomicie wypadł według mnie raz - jako błędny rycerz w obrazie III, gdy reżyserka kazała mu śpiewać na widowni. Może to jest jakieś rozwiązanie: Sławomir Kowalewski jako Hermes, umieszczony na drugim balkonie, także zaprezentował się głosowo znacznie lepiej niż w kolejnych rolach na scenie.

Spośród "comprimari" wyróżnić należy Ewelinę Rakocę (Hagne, Laida, Furtianka), mezzosopran o bardzo ciekawej barwie, dosyć mocny i nieźle prowadzony, choć jeszcze niedojrzały. Chór (przygotowanie Anna Michalak) śpiewał czysto i równo, ale był na ogół słabo zrozumiały, a śpiewając zza sceny wcale.

Na temat inscenizacji mam mieszane uczucia. Opera Różyckiego, składająca się z pięciu obrazów (każdy rozgrywający się w innej epoce) oraz finału, ma z oczywistych względów dość rozbudowane didaskalia: to późny wnuk bardzo jeszcze popularnej za czasów kompozytora grand opera, domagającej się wystawności i scenicznego rozmachu. Tyle, że na to nie było ani pieniędzy, ani możliwości technicznych (pamiętajmy, że to Opera Bałtycka, gdzie wedle słów Jerzego Snakowskiego reżyser musi sobie poradzić dostawszy "sznurek, latarkę i świeczkę"), przyszło więc próbować inaczej. Natalia Kozłowska była zresztą nieźle predestynowana do tego zadania. Kto widział już kilka jej inscenizacji, ten wie, że swym znakiem rozpoznawczym reżyserka uczyniła sceniczny minimalizm - wynikły, co tu kryć, z braku kasy, ale podniesiony (m. in. przez znudzonych często niepotrzebnym rozbuchaniem inscenizacyjnym krytyków) do rangi cnoty szlachetnej prostoty. "Eros" ładnie pokazuje, ile takie podejście jest w stanie zdziałać, a ile, no cóż, zdziałać nie jest w stanie.

Było w stanie wytworzyć momentami prawdziwą, głęboko wzruszającą sceniczną magię, posługując się dwoma środkami, które Kozłowska szlifuje od lat i które stanowią według mnie główne atuty jej inscenizacji: znakomitym operowaniem światłem oraz dopracowanymi (tym razem nie stanowiącymi, jak w "Giannim Schicchim", osobnego dzieła sztuki, ale dobrze pasującymi do tematu) projekcjami niezawodnej Olgi Warabidy. Mam tu na myśli takie sceny, jak pierwsze wejście Erosa, finał I obrazu czy z pewnymi zastrzeżeniami (płomienie, jak na mój gust, były ciut kiczowate) epilog opery.

Nie dało jednak rady ukryć mielizn libretta, które w podobnych dziełach zwykle łata przykuwająca wzrok scenografia. Choć trzeba przyznać, że z tą szczątkową ilością rekwizytów, na które realizatorzy wysupłali zaskórniaki, zdziałano sporo: w obrazie IV (o rewolucji francuskiej) wrażenie zrobiło na mnie, w jaki sposób w parę chwil można przekonująco przeistoczyć parę stołów i krzeseł w uliczną mównicę i barykadę, gdzie żądni krwi zwolennicy Blaksa przejdą po trupach stronników Psyche. Ale już w obrazie "rzymskim" efektowne w zamyśle przyjęcie-orgia w okupowanej Grecji, od którego miała się ostro odcinać rozmowa Psyche z niewolnikiem głoszącym nową wiarę, stało się własną, przaśną karykaturą, scenicznym wołaniem o więcej środków na stroje i rekwizyty. Może także dlatego, że tam i gdzie indziej choreografia wypadała mniej więcej jak wstawki baletowe w Warszawskiej Operze Kameralnej, co nie jest komplementem. Nie przekonał mnie również obraz V, w którym dom zamożnego barona usiłowano bez skutku pokazać samym tylko wnoszeniem szklanek wina na tacy. Na temat obrazu III można polemizować: oddzielająca wspólnotę klasztorną od świata półprzezroczysta zasłona-klauzura i wyświetlany na niej krzyż to oczywiście świetne pomysły inscenizacyjne i wyraziste znaki, ale czy wystarczające na całą, nie tak krótką scenę? Osobiście czegoś mi w niej brakowało, mimo że prostymi środkami zaopatrzono ją w porywający finał.

"I ten rachunek w prawdę sumuj oczywistą, / Niech ci do romantycznej znów uderzy głowy: / To jest twój sen upiorny, Wielki Realisto". Przedstawienie jest bezwzględnie warte wysłuchania i obejrzenia, ale potwierdza też znaną prawdę, że w studenckim, niedofinansowanym offie nawet największy entuzjazm realizatorów i artystów (tego odmówić ekipie od "Erosa" nie sposób) wszystkiego nie załatwi, nie w starciu z tak wymagającym dziełem. Wynik tego starcia to zwycięstwo dyrygenta i jeszcze Milocha, ale dla reżyserki i dla reszty śpiewaków pi razy oko powiedzmy, że remis. Pewnie, na większych scenach twórcy o większych możliwościach finansowych i renomie miewali znacznie większe problemy, ale to nie znaczy, że mamy być wobec (z każdym rokiem mniej) młodych artystów bezkrytyczni.

Tomasz Flasiński
Teatr dla Was
16 września 2015

Książka tygodnia

Mewa. Egzemplarz reżyserski Krystiana Lupy
Akademia Sztuk Teatralnych
Krystian Lupa

Trailer tygodnia