Z kogo się śmiejemy? A no z siebie

„Historie łóżkowe" - reż. Marcin Sławiński - AveTeatr w Rzeszowie

Ma być śmiesznie. Ale chwilami nie jest. Nie z powodu mankamentów czy błędów scenicznych. Ta farsa granicząca z komedią jest świetnie zrobiona i zagrana. A że chwilami nie śmieszy... No nie śmieszy, bo życie sprawia żeby było nieśmiesznie.

Na samym początku jest już scena nieśmieszna. Podstarzałe małżeństwo dla pieniędzy, którymi córce zamierzają opłacić studia daje się mediom sprowadzić do poziomu niżej obcasa i zrobić z siebie pośmiewisko. Godzą się na nagranie radiowe „miłosnych uniesień" w łóżku. To sceniczna wersja Big Brothera, którego odcinki kończą się słusznym łkaniem większości uczestników skoro całkowicie w realu, nie wirtualnie i medialnie, koło nosa przelatują im spore pieniądze. Kogo to śmieszy? Tych ludzi raczej żal. Nie dlatego, że stracili pieniądze. Tylko, że dali się ogłupić.

W teatrze na „Historiach łóżkowych" Norma Forstera podczas tej sceny widownia omal nie tarza się ze śmiechu. Tak, jakby w tym scenicznym Big Brotherze z udziałem ludzi dorosłych występowały wiewiórki. Gogol swym celnym zdaniem: No, z kogo się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie! - niczego nie nauczył. Na jego obronę można rzec tylko, że ci którzy tak ambitnie rechocą pewnie nic o nim nie wiedzą.
Niemniej to co w „Historiach łóżkowych" ma smak Big Brothera w sumie raczej jest przewrotną prowokacją. Znając inne realizacje Sławińskiego tak trzeba podejrzewać. Towarzyszy temu też świetne aktorstwo. Na planie pierwszym Beaty Zarembianki, która błyskotliwie odnajduje się w kilku postaciach. Takie zresztą jest założenie Sławińskiego: kilkanaście komediowych postaci gra kilku aktorów. Stąd to samo co Zarembianki dotyczy również świetnie czującego komedię Kornela Pieńki, znakomicie poruszającego na granicy groteski i absurdu Aleksandra Janiszewskiego, zmysłowej i pełnej wdzięku Marty Sroki i mającego wiele farsowej naturalności Piotra Rybaka.

Ale przewrotnie, jak to u Sławińskiego, najważniejszym „aktorem" w tym przedstawieniu jest mebel, czyli łóżko - dosłownie i w przenośni. W prostym przekazie kojarzone z miłosnymi uciechami, subtelniej z miłością trwałą, przeszłą, niedoszłą, także cierpieniem (wcale nieśmieszna scena kiedy umierającego w szpitalu odwiedza po latach była sympatia, która go porzuciła mocno raniąc).

Takie sytuacje Sławiński szybko jednak przełamuje z właściwym sobie humorem. Po scenie szpitalnej wprowadza sceną z udziałem włamywaczy (fenomenalni Kornel Pieńko i Aleksander Janiszewski!), z których debiutujący w złodziejskim fachu miast pieniędzy znajduje w cudzym mieszkaniu dowody na zdradę swojej żony. Po tej scenie trzeba położyć nowy przekładaniec na już smakowitym torcie, scenę w której gwiazda rocka (przezabawny Piotr Rybak!) odrzuca zaloty nastolatki bowiem po szarej stronie życia jest przykładnym mężem i ojcem. A zaraz potem mamy pyszną scenę z mało rozgarniętą tancerką oklaskiwaną jedynie za to, że była w stanie dokończyć taniec bez szwanku. I taksówkarką, która wskutek kraksy straciła poczucie rzeczywistości. W obu rolach tryumfuje Beata Zarembianka. Takich przykładów jest kilka.

Foster w pilnym i inteligentnym obserwowaniu ludzi i sposobie narracji, zabawnej czasem drapieżnej, nieco zbliża się do Gogola. Tytułem "Historie łóżkowe" świadomie wprowadza w błąd miejscami prowokując do przemyśleń na tematy nie komediowe. Czego część widzów sądząc po reakcjach do końca nie rozumie. A w oryginale Forstera, jak i spektaklu Sławińskiego, między chwilami beztroskiej zabawy jest dosyć spora przestrzeń na refleksję wrażliwą i całkiem serio o nas samych.

Jak to w komedii, szczególnie farsie, w „Scenach łóżkowych" szczególnie liczy się dobre aktorstwo. To sztuka móc w ciągu kilku minut przedzierzgnąć się z naiwnej kołtunki nie wahającej się sprzedać swą łóżkową intymność, w tancerkę „na rurze" i energiczną taksówkarkę, znającą zakątki miasta i zawiłości ludzkich charakterów. Takie role gra Zarembianka. A sama kwestia dotyczy też pozostałych aktorów.

Sławiński wymusza zawrotne granie choć przedstawienie trwa bite dwie godziny, akcja dzieje się w kilku pomieszczeniach z udziałem kilkunastu postaci w kreacjach kilku aktorów. Imponująco ustawia całość na cienkiej granicy zabawy, liryzmu i refleksji zmuszając aktorów do szybkiego zakładania i zdejmowania nowych masek. Mrużąc oko i posługując się swym komediowym językiem sprawia, że śmiejąc się z niektórych postaw ludzkich, nie powinniśmy się z nich wyśmiewać.

Zwłaszcza gdy mówi nam o miłości, potrzebie akceptacji, o tym, że w naszym zagonieniu nie powinniśmy tracić z oczu bliźniego. Tworzy spektakl chwilami gorzkawy, choć nie za łatwo może to widać. Zabawny, ale też z dobrą przestrzenią na refleksję. Bo pod maskami, które nakładają sceniczne postacie ukryci są ludzie w gruncie rzeczy pogubieni i samotni.

Spektakl ma trafioną, oszczędną scenografię Barbary Guzik i świetnie podkreślającą sceny i sytuacje muzykę Jarka Babuli. A to ważna zaleta.

Andrzej Piątek
Dziennik Teatralny Rzeszów
26 października 2019

Książka tygodnia

Carroll, Baum, Barrie. (Mito)biografie i (mikro)historie
Wydawnictwo Universitas
Maciej Skowera

Trailer tygodnia

14. Międzynarodowy Fes...
14 Międzynarodowy Festiwal Teatrów La...