Z makabrą im do twarzy

"Frankenstein" - reż: W. Kościelniak - Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu

Monstrum biega po scenie, co chwila morduje innych bohaterów, wyrywa im języki, wielkimi łapami wyciąga flaki z rozprutych brzuchów. Makabra pełną gębą, zabawy i śmiechu jednak tu zdecydowanie więcej niż strachu

W przedpremierowych rozmowach reżyser Wojciech Kościelniak zapewniał, że jego "Frankenstein" ma przede wszystkim bawić. I co prawda, gdzieś w tle przedstawienia przemykają pytania o odpowiedzialność nauki, potrzebę miłości czy inność, ale nie o drętwe filozofowanie tu chodzi. "Frankenstein" miał zapewnić rozrywkę i ze swojego zadania wywiązał się w 100 procentach.

Spektakl wrocławskiego Teatru Muzycznego Capitol to przede wszystkim popis aktorski duetu Mariusz Kiljan-Cezary Studniak (Wiktor Frankenstein i jego "działo"). Pierwszy po raz kolejny dowodzi swojego wielkiego talentu komediowego, drugi - ze swoimi gabarytami, grubym tubalnym głosem - jest wprost wymarzony aktorem do zagrania roli Monstrum. Jego potwór jest wielki, niezgrabny i groteskowo nieporadny, miejscami jednak budzi litość i współczucie. I to nawet wtedy, kiedy wyrywa flaki innym bohaterom.

Powieść Merry Shelley przez ostatnich 200 lat była eksploatowana na wszystkie możliwe sposoby. Jej powołane do życia Monstrum było bohaterem krwawych horrorów, filozoficznych dramatów, a w ostatnim czasie głównie pastiszów. Potwór nie wzbudza strachu, czemu więc się nim nie zabawić? Ubrać w fartuszek i kucharski czepeczek, postraszyć nim dzieci, położyć na łące wśród kicających zajączków. U Wojciecha Kościelniaka wyszło to więcej niż przyzwoicie. "Frankenstein" to spójne, dynamiczne, blisko trzygodzinne dzieło, na którym nie można się nudzić.

Marcin Szewczyk
Dlastudenta
1 grudnia 2011

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...