Za co te nagrody?

"Wszystko o mojej matce" - reż. Michał Borczuch - Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie

Pokazany w ramach zakończonych niedawno Warszawskich Spotkań Teatralnych spektakl o tytule wziętym z filmu Pedro Almodóvara "Wszystko o mojej matce" w reżyserii Michała Borczucha, przywieziony z Krakowa (Teatr Łaźnia Nowa), obsypany nagrodami, wzbudził mój ogromny niesmak i skłonił do pytania o granice ekshibicjonizmu.

Jak daleko teatr, twórca teatralny może się posunąć dla efektu i własnej kariery, gdzie mieści się granica zwyczajnej ludzkiej moralności i przyzwoitości? Wprawdzie żyjemy w czasach ogromnego zawirowania aksjologicznego, obyczajowego, ale nie oznacza to, że dosłownie wszystko może być na sprzedaż. A niestety teatr, niegdyś należący do kultury wysokiej, dziś zaprzedaje swoją duszę za judaszowe srebrniki. Mamy więc obecnie teatr bez ducha, bez moralności i bez kręgosłupa podstawowych wartości. Teatr, który odziera człowieka z jego tajemnicy, intymności i tego, co stanowi o istocie człowieczeństwa, a mianowicie duszy. To teatr, który uprzedmiotowił człowieka. Te refleksje towarzyszyły mi przy oglądaniu spektaklu "Wszystko o mojej matce".

Przedstawienie oparte jest na wspomnieniach o matkach Michała Borczucha (reżysera spektaklu) i Krzysztofa Zarzeckiego (aktora występującego w przedstawieniu). Obu panów łączy to, że we wczesnym okresie życia utracili swoje matki. Obie zmarły na raka. Borczuch miał wówczas siedem lat, natomiast Zarzecki przeżył śmierć matki w wieku osiemnastu lat. Ich wspomnienia, które mają być zapisem pamięci o matkach (kim były, jak je zapamiętali, co szczególnego utkwiło w pamięci synów itd.) posłużyły Tomaszowi Śpiewakowi do napisania scenariusza przedstawienia. Michał Borczuch zaś wyreżyserował rzecz w formule "teatru w teatrze", traktując temat jako tzw. eksperymentowanie na procesie pamięci. Występuje pięć aktorek wchodzących w role matek i jeden aktor, Krzysztof Zarzecki, grający syna (będący autentycznym synem) i zarazem reżysera prowadzącego próbę sceniczną z aktorkami.

I co z tego wyszło? Humbug. Marna groteska prowokująca widza do śmiechu w najmniej odpowiedniej chwili. Oto jedna z aktorek mówi: "Pojechałam do Zakopanego, wspięłam się na Rysy, jeden człowiek spadł i zabił się. Ciało jest takie kruche". Co widownia kwituje chóralnym śmiechem. A to dlatego, że ta sytuacja jest tak wyreżyserowana i kwestia tak wypowiedziana, żeby było śmiesznie, kabaretowo. Nim widz zastanowi się, że przecież chodzi tu o śmierć człowieka i należny temu szacunek, to machina manipulacji widzem już zadziałała i na widowni rechot. Jak widać, dehumanizacja cywilizacji trwa wspierana przez teatr.

Spektakl ma być eksperymentem, by sprawdzić, jak działa pamięć. Do takiego eksperymentowania używa się dramatu umierających na raka kobiet i odbywa się to w takim kontekście i w takiej formie, która uwłacza pamięci. To jest profanacja pamięci nieżyjących kobiet. Profanacja dokonana rękoma ich własnych synów. Nie ma tu nic z przeżyć synów doświadczających umierania ich matek. Spektakl pozbawiony jest jakiejkolwiek empatii. Bez emocji, bez wzruszeń, bez uczucia tęsknoty. Zamiast tego głupawa wesołość.

A niektóre sceny o niedwuznacznym podtekście erotycznym między Zarzeckim a na przykład Rasiakówną (w roli jego matki) budzą zażenowanie i niesmak. Co chciał reżyser Borczuch powiedzieć, wprowadzając takie klimaty? Wiemy, że to "teatr w teatrze", ale mimo wszystko Aktorki grają przecież konkretne kobiety-matki, które mają nazwiska, imiona i których synowie są twórcami tegoż bezsensownego i żenującego spektaklu. Spektakl zrealizowany w formule "teatru w teatrze" ma formę próby scenicznej reżysera z aktorkami, które próbują wejść w role zmarłych kobiet. Chwilami granica zaciera się i nie wiadomo, czy to jest tylko próba sceniczna, gra gotowego spektaklu czy rzeczywistość. Jest też wątek dziennikarki prowadzącej wywiad z Zarzeckim na temat jego relacji z matką. Z szacunku dla Czytelników nie przytoczę tu wypowiedzi syna, Krzysztofa Zarzeckiego o swojej matce. Piętrowość narracji tworzy chaos. Jest bałagan, bezsens i niesmak.

Obaj opowiedzieli o swoim bólu po stracie matek w sposób prześmiewczy. Bo w takim tonie utrzymany jest ten spektakl. Istne kuriozum. A do tego artystyczna miernota. Pytam więc: za co te nagrody?

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
24 kwietnia 2017

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia