Za pięć Apokalipsa

"Jak ocalić świat na małej scenie?" - reż. Paweł Łysak - Teatr Powszechny w Warszawie

Śmieci walają się od kulisy do kulisy, od proscenium do horyzontu. A w środku tego wszystkiego tapczan, komputer i sterty bibelotów. Scenografia kameralnego przedstawienia Pawła Łysaka nie przenosi widowni w "magiczny świat teatru", ani nawet nie zachęca do przeniesienia się wspólnie z aktorami w rzeczywistość sceniczną, którą przed nami budują.

Przeciwnie. Wszystko wygląda, jakby ulegało powolnemu rozkładowi pomiędzy kolejnymi przedstawieniami. Wygląda jakby... znajomo. I ta historia, którą nam Paweł Łysak ustami swoich aktorów opowiada też brzmi jakoś tak, jakbyśmy kiedyś już ją słyszeli. Jakbyśmy słyszeli ją wielokrotnie, w innych wersjach - może nie ze sceny, ale gdzieś, kiedyś na pewno. "Ta historia" to zresztą nie do końca dobrze powiedziane. Raczej "te historie". I nie dlatego się poprawiam, że w spektaklu raczy się nas kilkoma odrębnymi opowieściami ale dlatego, że w tym właśnie ich specyfika. W powtarzalności. W zwielokrotnieniu na różne sposoby.

Trzech synów opowiada nam dzieje swoich ojców. Jak pracowali, jak wszystkim im bez wyjątku wiodło się zawile i ciężko. Ale przecież nie zgromadzono nas tutaj, żeby rozmawiać o starych karabinach i wzdychać do poszarzałych fotografii. Zgromadzono nas tutaj podstępnie, podwójnie blefując od samego początku. Nikt przecież idąc na spektakl nie sądził, że tytuł "Jak ocalić świat na małej scenie" jest dosłowny. A jest. Niech brzmi to głupio albo pretensjonalnie, ale bez żartów i z ręką na sercu stwierdzam - Paweł Łysak, w Warszawie, co parę wieczorów, za kilka dych od łebka, mówi wszystkim (którzy chcą słuchać) w jakim aktualnie jesteśmy miejscu, jeżeli chodzi o naszą relację z planetą, i co trzeba robić (a czego nie robisz ty, ja ani nikt), żeby z tego miejsca zawrócić.

Jesteśmy w Polsce, w Senegalu, na Ukrainie. Jesteśmy wszędzie tam, gdzie powietrze robi się dla nas zbyt gęste, by nim wydajnie oddychać. A może odwrotnie - wszędzie gdzie jesteśmy, powietrze robi się zbyt gęste, by ktokolwiek nim wydajnie oddychał. Plastikowe pamiątki, które po sobie zostawiliśmy i resztki dinozaurów, z których je wykonano, nie tylko przeżyją nas tutaj o miliony lat, ale jeszcze zanim to się stanie, najzwyczajniej zabiorą nam przestrzeń do życia. Jesteśmy w obliczu nieuniknionego. Radosny (dla odmiany) paradoks rozwoju cywilizacyjnego, który nas tu przywiódł jest taki, że chociaż przekroczyliśmy granicę, za którą nie ma już powrotu, możemy jeszcze zawrócić. Nasz nowoczesny tragizm, uświadamiany nam subtelnie ze sceny, nie polega na tym, że jesteśmy w sytuacji bez wyjścia. Jesteśmy w sytuacji z wyjściem, z którego nie korzystamy, a które na naszych oczach powoli - choć odwracalnie - się zamyka.

Bardzo mądrze robi zespół warszawskiego teatru, że opowiada nam tę historię zaczynając od ojców. Mam wrażenie, że w ten sposób łatwiej nam przyjąć prawdę, która brzmi - jesteśmy częścią problemu, ale nie jesteśmy jego jedynymi sprawcami. Na naszych barkach zalegają lata bezsilności poprzednich pokoleń - w tym naszych rodziców. Takie postawienie sprawy daje też potencjalnie (choć pewnie to zbytni optymizm) efekt motywacyjny. Przyjemnie jest myśleć o sobie, jako o pokoleniu skrzywdzonym, które własnym wysiłkiem powstanie przeciw morzu niezawinionych przez siebie problemów i... ocali świat.

Wspomniana na początku scenografia autorstwa Janka Simona nie poraża skomplikowaniem. Jest tym, czym jest i mówi tyle, ile ma mówić: że żyjemy pośród stert śmieci, ale jakoś sobie radzimy - tu mamy kanapę, tam miejsce na telewizor, nawet stolik na komputer. Inscenizacyjnie "Jak ocalić świat" jest dziełem po części opowiadanym, a po części granym, choć z przewagą tego pierwszego elementu. Łatwo było wciągnąć się w nurt opowieści, hybrydy mrocznej przepowiedni i rozpaczliwego wołania o opamiętanie. Aktorzy (Mamadou Góo Bâ, Andrzej Kłak, Artem Manuilov) są zresztą doskonali w roli gawędziarzy. Częściowo jest to zapewne zasługa autentyczności opowiadanych historii, ale nie można pominąć dbałości, z jaką słowa są kierowane w stronę widowni. Ani przez chwilę - chociaż długimi fragmentami słuchamy tylko słów, bardzo skromnie okraszonych akcją sceniczną, nie chce się ziewnąć z nudów czy pomyśleć o "gadających głowach". Przeciwnie - historie snują się przyjemnie i chciałoby się żeby po prostu trwały, nawet niekoniecznie prowadząc do konkluzji. Ale tak dobrze nie ma. W miarę jak spektakl zmierza do kulminacji, coraz więcej pola zdobywa sobie, początkowo tylko wpleciony między wierszami, wątek "globalny".

Ostatecznie historie ojców i synów oraz opowieści o postępującej degradacji środowiska "spotykają się" najdobitniej w końcowej historii matki i córki. Wściekła i szczera Anna Ilczuk, wykrzykuje nam w twarz, że może te wszystkie dane, którymi zasypano nas w trakcie spektaklu to tylko ściema wciskana ludziom na siłę, ale fakty są takie, że jej córka, która teraz ma cztery lata, być może w wieku swojej matki nie będzie miała czym oddychać.

W kulminacyjnym, finałowym epizodzie przedstawienia nad głowami publiczności odczuwalne staje się coś, co było cały czas na widoku, a czego nikt wcześniej nie zauważył. Nie sterta śmieci na scenie, nie ściany tekstu z bezlitosnymi danymi o nadchodzącej zagładzie, nie krzyk aktorki, apelującej do widowni o chwilę refleksji, ale lampy. Rozgrzewające lampy w stylu tych, które we wrześniu i październiku przedłużają użyteczność restauracyjnych ogródków. W niewielkiej przestrzeni - nomen omen - małej sceny Teatru Powszechnego bardzo szybko dają o sobie znać, grzejąc coraz intensywniej głowy publiczności. Robi się coraz mniej przyjemnie, a w głowie łomoce się pytanie: jaką historię opowiedzą o nas nasi synowie i nasze córki? Czy będziemy pokoleniem zbawców? Jeśli wierzyć słowom raportu, którego obszerne fragmenty przytoczono w spektaklu, odpowiedź poznamy szybciej niż nam się wydaje.

Można pewnie polemizować z zaproponowanym przez Łysaka i Sztarbowskiego rozkładem ciężaru winy pomiędzy poszczególnych uczestników sztafety pokoleń lub dyskutować o zasadności przedstawienia Ziemi i jej statusu ekologicznego jako swoistego posagu przekazywanego z pokolenia na pokolenie przez globalnie rozumianych rodziców, dzieciom. Nie można jednak odmówić zasadności głównej obserwacji spektaklu, jaką jest potrzeba dostrzeżenia w jak istotnym dziejowo momencie się znajdujemy, i jak ważkie mogą być konsekwencje naszych działań i zaniechań - nie w perspektywie przyszłości, ale teraźniejszości. Z punktu widzenia widowiska teatralnego zdecydowanie po stronie pozytywów należy zapisać fakt, że tak postawiona, potencjalnie bardzo aktywistyczna teza wyłuszczona została w gruncie rzeczy lekko, prawie mimochodem, przy okazji skromnej opowieści o trzech ojcach.

Konstrukcja spektaklu daje absolutne pierwszeństwo tematowi: nie zakrzykuje go formą, nie obrzydza przesadną natarczywością przekazu, ale pozwala wsiąknąć samoistnie. Dzięki prostocie i sile kreacji aktorskich misyjność tekstu nie wpada w pretensjonalne tony, a bezpośredniość narracji i brak przekombinowania tylko podbijają przekaz. Twórcy wyraźnie mówią nam, że wzięcie odpowiedzialności za losy planety jest indywidualną decyzją każdego. Oczywiście moralne uwarunkowania takiego postanowienia poddawane są w spektaklu dość jednoznacznej ocenie, ale jednak jasne pozostaje, że decyzję w tej kwestii musi podjąć każdy sam za siebie. Póki jeszcze jest czas.

Sandra Szwarc
e-teatr.pl
3 czerwca 2019
Portrety
Paweł Łysak

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia