Za zamkniętymi drzwiami

"Wariat i zakonnica" - reż. Krzysztof Jasiński - Krakowski Teatr Scena STU

Zakład psychiatryczny kojarzy nam się raczej ponuro. Wyobrażenie na jego temat tworzymy sobie głównie na podstawie filmów czy sensacyjnych artykułów prasowych. Z tych przekazów wyłania się obraz miejsca pełnego krzyków, przymusowego unieruchomienia oraz nieprawdopodobnego nagromadzenia anormalnych zachowań. Jednak trzeba sobie (na nowo?) uświadomić, że za tymi zamkniętymi drzwiami, w osobnych pokojach żyją ludzie. W ich życiu stało się coś, co wyrzuciło ich na margines, ale pozostali istotami z całą gamą naturalnych potrzeb. Jedną z takich historii pokazuje Krzysztof Jasiński w spektaklu „Wariat i zakonnica" – w widowisku, które na scenie broni się już od niemal 30 lat!

Na scenie widzimy wnętrze białego pokoju. Drzwi z małym okienkiem, ściany obite materacami. Na łóżku leży przywiązany pacjent, którego obserwujemy w ciszy. Nagle otwierają się drzwi i demoniczny lekarz sprawdza stan pacjenta, a następnie wprowadza zakonnicę, która ma być dla niego „lekiem na całe zło". To próba przeprowadzenia nieco irracjonalnej terapii. Tak zaczyna się dziwna, ale niezwykle śmieszna i „ludzka" historia, którą od początku do końca śledzimy z niegasnącym zainteresowaniem. Nikt nie pozostanie obojętny, nikt też nie wyjdzie stąd bez uśmiechu na twarzy.

Od początku zwraca uwagę bardzo dobre aktorstwo – wyraziste postaci, których zamaszyste, ale konkretne ruchy podkreślają charakter każdej z nich. Dr Jan Burdygiel (Wiesław Smełka) będzie apodyktyczny i podejrzliwy, Siostra Anna (Dorota Kuduk) swoje drobne kroczki i skromność zamieni później na otwarcie erotyczne kocie ruchy. Niesamowicie ogląda się Marcela Borowca jako doktora Grüna – ten młody człowiek plastycznością swojego ciała naturalnie „zagarnia" przestrzeń. Odcinające się na tle rudych włosów i białego kitla niebieskie okulary „lenonki" podkreślają, że ma on swój własny filtr, przez który pojmuje świat.

Większość scen odbywa się bez towarzyszenia muzyki. Są tylko słowa, rozmowy, napięcia. Pacjent, czyli Mieczysław Walpurg (Dariusz Gnatowski) to znany poeta, którego uwielbiała czytywać Siostra Anna. Jednak poezja nie uchroniła Walpurga przed szaleństwem z powodu utraty ukochanej. Kiedy zostaje sam, dostaje napadów szału – miota się po pokoju jak rozjuszone zwierzę w klatce. Światło pulsuje, zmienia kolor na ciemnoniebieski. Muzyka Jana Kantego Pawluśkiewicza przypomina utwór, który słyszymy w „Umarłej klasie" Tadeusza Kantora. Dźwięk (tak u Kantora, jak i u Jasińskiego) podrywa bohaterów z miejsca – Walpurg wstaje z łóżka i zaczyna jeździć nim po pokoju. Widać, że jest targany emocjami. Siostra Anna przypomniała (zarówno jemu jak i sobie) o tym, jak wielka jest siła miłości.

Sterylny, czarno-biały świat skrzętnie ukrywa kolory. Każda z postaci pokłady uczuć skrywa pod białym uniformem. Spektakl podzielony jest na dwie części – pierwsza z nich jest jakby „oficjalna", wszyscy trzymają się raczej swoich ról. Po przerwie natomiast wszystko staje się bardziej intensywne, przez co „wykrzywia się" jak twarz na tytułowym „Portrecie Doriana Graya" Oskara Wilde'a. Nawet pielęgniarze Alfred i Pafnucy, którzy profesjonalnie wykonują swoje obowiązku, okazują się być dodatkowo opłacani przez Walpurga. Sam pacjent jest tu postacią centralną i – ze względu na nazwisko – można mu przypisywać związek z siłami nieczystymi. To on sprawia, że jedna zakonnica występuje z klasztoru, druga zostaje doprowadzona do szaleństwa, a młody lekarz całkiem ulega swojej naukowej, Freudowskiej obsesji. To także Walpurg zabija z zimną krwią na oczach wszystkich.

„Wariat i zakonnica" to świetny spektakl, który na pewno opisywany był już wiele razy, ale warto pokazywać go nadal, ponieważ zaciera granicę między zdrowymi a chorymi i stawia chorobę psychiczną pod swoistym znakiem zapytania. Witkacowski tekst służy Jasińskiemu do pokazania, że człowiek może mieć wiele twarzy, a czyjaś powszechnie znana tożsamość może być jedynie przykrywką. Nie mamy pewności co do niczego: trupy powracają z zaświatów, a racjonalne umysły (jak Siostra Barbara) nie dają sobie rady z nagromadzeniem odstępstw od normy. Każdy ma jakąś swoją obsesję, która często staje się jego osobistym więzieniem. Natomiast obudzone w człowieku instynkty kierują go w stronę sztuki, czułości, erotyzmu – każą mu brać odpowiedzialność za siebie i tę drugą osobę. Bo może właśnie jest tak, jak powiedział Sartre, że „Szczęściem jednego człowieka jest drugi człowiek"?

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
23 maja 2016

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia