Zabić za wiedzę

„Imię róży" – reż. Radosław Rychcik – Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Klimat średniowiecznego opactwa, poróżnieni duchowni, kilka trupów i realizatorskie zamieszanie. „Imię róży" w reżyserii Radosława Rychcika to nie tylko kryminał, ale również opowieść o poróżnionym Kościele oraz o tym, do czego prowadzić może zaborcza miłość do wiedzy.

Kto czytał lub przynajmniej widział film z 1986 roku, nie będzie zaskoczony fabułą. Do włoskiego opactwa benedyktynów przybywa franciszkanin - Wilhelm z Baskerville - wraz z nowicjuszem imieniem Adso. Obaj zostają poproszeni przez opata o rozwiązanie zagadki tajemniczej śmierci jednego z braci. Kiedy w następnych dniach giną kolejni mnisi, rozpoczyna się wyścig z czasem. Wielopoziomowa historia zadowoli zarówno miłośników opowieści kryminalnych, jak i tych, którzy od sztuki oczekują poruszenia kwestii filozoficznych. Każdy wątek w spektaklu jest poprowadzony przynajmniej poprawnie, jednak intrygująca fabuła to przede wszystkim zasługa Umberto Eco, nie twórców sztuki.

Już od pierwszego aktu wiele dzieje się na scenie. Spektakl pochłania całą uwagę i skupienie widza. Osacza. Musimy obserwować sylwetki aktorów poruszających się po przestronnej scenie, obraz z kamery skupiony na jakimś szczególe (najczęściej mimice bohaterów). Od czasu do czasu pojawiają się dodatkowe efekty na ekranie znajdującym się w tle, ponad sceną natomiast mamy ekran z tłumaczeniem całego spektaklu na języki angielski i ukraiński oraz padających często łacińskich sentencji na język polski. Tak naprawdę każda z tych rzeczy jest pomocna i uzasadniona – widzimy wyraźniej twarze aktorów, które trudno byłoby dostrzec widowni nawet w pierwszym rzędzie czy rozumiemy ten swoisty „slang" średniowiecznego duchowieństwa. A mimo to mam wrażenie, że przysłowie „co za dużo, to niezdrowo" ma tutaj odzwierciedlenie. Szczególnie w pierwszej części spektaklu mnogość realizatorskich rozwiązań w połączeniu z różnym natężeniem i głośnością dźwięku może jedynie widza osaczyć i sprawić, że fabuła umknie, zwłaszcza jeżeli ktoś nie znał wcześniej historii.

Każdy aktor, który odgrywał istotną dla spektaklu rolę, wypadł przekonująco i, co najważniejsze, stworzył bohatera o wyróżniających się cechach, poglądach, charakterystycznym zachowaniu, co jest bardzo istotne z uwagi na identyczny mnisi strój. Poprawny od początku do końca Rafał Dziwisz (Wilhelm z Baskerville) jako średniowieczny Sherlock Holmes spaja całą opowieść. Feliks Szajnert jako Jorge z Burgos, kiedy tylko pojawia się na scenie, skupia na sobie całą uwagę widza. Ociemniały awanturnik i radykalista prowokuje filozoficzne rozważania. Największą przemianę natomiast przechodzi Karol Kubasiewicz (Adso z Melku) – w pierwszej części niewidoczny, podążający jak cień za swoim mentorem, w kolejnych ma szansę pokazać odrobinę swoich umiejętności. Na uwagę zasługuje też Pola Błasik (Dzieweczka), która, czy to kreując oszalałą wieśniaczkę, czy ponętną kochankę, czy czarownicę przed egzekucją, jest zauważalna, a jej postać wzrusza.

Aktorzy zapełniają sobą całą scenę, co przy takim jej rozmiarze jest istotne. Poszczególne partie rozgrywają się tuż przy siedzeniach publiczności, w głębi, z lewej i prawej strony, pojawia się nawet perspektywa wertykalna, kiedy franciszkanie wspinają się na najwyższe piętro klasztoru, do zakazanej części biblioteki, co oczywiście ma też znaczenie symboliczne. W ogóle ruchu na scenie jest dużo i za każdym razem jest to przemyślane i potrzebne. W momencie, gdy na scenie gra więcej niż trzech, czterech aktorów, wprowadzona zostaje symboliczna symetria – kiedy mnisi odprawiają nabożeństwo, zwraca uwagę na doskonałość sfery sakralnej, kiedy w opactwie prowadzony jest spór nad ubóstwem Jezusa - zajęcie miejsca po prawej lub lewej stronie sceny symbolizuje wewnętrzny podział Kościoła.

Mocną stroną jest niewątpliwie scenografia, która, w zestawieniu z przesytem innych rozwiązań, jest zachowawcza. Sygnalizuje jedynie, czy znajdujemy się obecnie w kaplicy, prosektorium, czy bibliotece. Dzieje się i blisko widza, i w głębi sceny. Dzieje się przede wszystkim kolorem – najczęściej czerwonym.

Na szczególną uwagę zasługuje w spektaklu oprawa dźwiękowa – a tutaj jest różnie. Wszystkie partie śpiewu-modlitwy wprowadzają niesamowity klimat, momentalnie przenoszą widza w świat czternastowiecznego klasztoru. W scenie erotycznej dobór muzyki sprawia, że na oczach widza łączy się sfera sacrum i profanum. Natomiast, na przykład, odgłosy zwierząt (zupełnie zresztą dla fabuły nieistotne) są płaskie i niepotrzebne. Momentami też muzyka zagłusza wypowiedzi bohaterów, jednak w scenie finałowej (wizualnie po prostu słabej) jej głośność wprowadza odpowiedni nastrój, zagęszcza atmosferę. Podsumowując – gdyby tylko zachowano umiar, byłaby to jedna z mocniejszych stron spektaklu.

Do wprowadzenia odpowiedniej atmosfery potrzebne jest również światło. I tutaj wszystko zagrało. Półmrok, jaki z pewnością panował w zimnych murach klasztoru czy punktowe światło przywodzące na myśl wszechobecne świece. Kiedy jednak do opactwa przybywa inkwizytor, wszystkie ciemne sprawki należy wydobyć na światło dzienne. Wtedy scena jest dokładnie oświetlona, znika poczucie intymności. Ciekawy zabieg daje się zauważyć w jednej z końcowych scen, kiedy Wilhelm i Adso znajdują się wraz z Jorge w bibliotece – nie widzimy aktorów, ukryci za ekranem i odpowiednio oświetleni tworzą coś na kształt teatru cieni.

Bardzo interesującym smaczkiem są też dwie sceny, kiedy na pierwszym planie odbywa się rozmowa dwóch postaci, natomiast reszta zastyga w bezruchu, jak choćby po odnalezieniu drugiego ciała. Jednak wśród mnóstwa różnorodnych rozwiązań to może umknąć, a szkoda.

Spektakl warto zobaczyć. To dobry kryminał, niezwykły klimat, zagęszczająca się atmosfera, tajemnica zaginionego dzieła Arystotelesa z konfliktem na linii papież-cesarz w tle. Jest to przede wszystkim opowieść wielopoziomowa, dlatego uważam, że każdy znajdzie coś dla siebie. Jednak pod względem realizatorskim czuję przesyt, zmęczenie wszystkich zmysłów i przebodźcowanie. A brakowało niewiele.

Izabela Pięta
Dziennik Teatralny Kraków
23 lipca 2020

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...