Zadymiony i pomylony

"Fantazy" - reż. Maciej Podstawny - Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu

Po obejrzeniu "Fantazego" J. Słowackiego w reż. Macieja Podstawnego zachciało mi się ponownie zerknąć do oryginału, bo zwątpiłem, czy aby na pewno czytałem Słowackiego. Niestety, gwałcenie starych mistrzów zaczyna we współczesnym polskim teatrze należeć do dobrego tonu. Tak, jakby nie można było gwałcić kogoś młodszego i bardziej powabnego.

Na scenie wita nas betoniarka, obok której ktoś rozłożył ogrodowy basen. W basenie jest nawet woda, o czym przekonuje nas jedna z aktorek, która się w niej zanurza, by potem rozchlapywać tę ciecz po całej scenie. Po co jednak wstawiono tam betoniarkę? Chyba po nic. Poza tym, że ktoś ją włącza, by zaraz potem wyłączyć. Betoniarka działa, czyli jest sprawna. Ale na tej budowie nie buduje się żadnego domu.

To może powstaje tam piekarnia? Bo w pewnym momencie na scenie pojawia się mąka. Ale z tej maja nie będzie żadnego chleba. Są też krzesła. Czasami ktoś na nich siada. Ale służą głównie do kopania i rzucania.

Zasłona dymna jak kurtyna milczenia

Są jeszcze dymy. Jest ich więcej niż na wojskowym poligonie, a nawet więcej niż na prawdziwej wojnie. Nie wiadomo tylko, po co? Dymy w "Fantazym" potrzebne są tak, jak szybkie samochody w "Rodzinie Połanieckich". Albo jak wyrzutnia rakiet w"Panu Tadeuszu". Mają robić wrażenie. Ale nijak mają się do fabuły i do świata przedstawionego.

Dramaturg we współczesnym teatrze to ktoś, kto dopisuje komuś innemu własne teksty lub zmienia oryginał według własnego widzimisię. W tę rolę w najnowszym spektaklu kaliskiego teatru wcielił się Łukasz Zaleski. Problem w tym, że z całego dziedzictwa światowej literatury pamiętam tylko jeden przypadek, gdy poprawianie starych mistrzów komuś się udało. Gombrowicz w swoim, "Dzienniku" poprawił Dantego. Ale to był Gombrowicz. A - jak rozumiem - Łukasz Zaleski nie jest Gombrowiczem.

O co chodziło Słowackiemu?

Macieja Podstawnego poznaliśmy już w Kaliszu jako reżysera - delikatnie mówiąc - kontrowersyjnego. Ale bycie kontrowersyjnym jest czymś zupełnie innym niż bycie nieczytelnym i niezrozumiałym. Ten spektakl to klęska reżysera. A przecież punkt wyjścia był całkiem prosty i obiecujący. Jesteśmy na Podolu w roku 1841. "Rodzina Respektów to rozbitkowie historii. Niegdyś zesłani na Sybir, teraz zawieszeni pomiędzy trywialnymi wspomnieniami wygnania, a nową rzeczywistością w której kluczową rolę odgrywa ekonomia. Wszyscy bohaterowie Fantazego, stali rezydenci wielkiej poczekalni Europy, poruszają się w świecie, który nie tyle wypadł z formy, ile żadnej nie zdołał jeszcze zyskać" - czytamy w reklamówce tego spektaklu.

Jest nieźle, a możemy jeszcze sięgnąć głębiej. "Widzę podobieństwa świata schyłkowego romantyzmu lat 40. XIX wieku i wschodzącego postromantyzmu lat 90. XX wieku. Hasło: przemiana. Transformacja. Żeby wykluło się nowe, trzeba przetopić stare. Słowacki daje możliwość obserwowania zmiany polskiego zodiaku. Stąd chwiejny ton Fantazego, rozmiar dzieła skomplikowany wiersz, otwartość formy" - zauważa reżyser w swoich notatkach do "Fantazego". To wyznanie jest nie tylko dobrze napisane, ale też dobrze pomyślane. Może byłoby lepiej, gdyby ten mądry i szczery autor pisał książki, a nie brał się za reżyserowanie w teatrze?

Jakoś nie dostrzegam "chwiejności tonu" w dziele Słowackiego. Nie wiem, ile pił rywal Mickiewicza, gdy pisał "Fantazego", ale z pewnością nie aż tak dużo, by nie można go było zrozumieć. A teraz przewraca się w grobie, na co wcale nie zasłużył.

Dobry Major i dobry Grzybowski

Na klęskę reżysera nie zasłużyli też aktorzy. Na scenie jest ich sporo, ale role wiodące można policzyć na palcach jednej ręki. Na najważniejszą z nich przychodzi nam czekać do samego końca. To Maciej Grzybowski w roli rosyjskiego Majora. Już u Słowackiego była to postać zaskakująco prawdziwa i pozytywna, zwłaszcza dla polskiego odbiorcy mającego w pamięci rozbiory i całą resztę zła uczynionego Polsce przez Rosjan. Gdy pod koniec spektaklu Major odsłania prawdę o sobie, podchodzi do widowni i wygłasza swoją ostatnią kwestię, publiczność nie śmie nawet głośniej oddychać. To niewątpliwy sukces Macieja Grzybowskiego, artysty reprezentującego starą i dobrą szkołę aktorstwa. Choć nawet on mówi trochę za cicho i momentami niewyraźnie. A może to moja winą bo siedziałem w ostatnim rzędzie?

Chwała betoniarce!

Żaden Grzybowski nie uratuje jednak spektaklu, który został poroniony w zarodku. Co tam robi prezydent Bill Clinton? A Lech Wałęsa? Pijanego i tańczącego Jelcyna nawet lubię, ale co to ma do rzeczy? Wszystko to zawdzięczamy impresjom filmowym, które co pewien czas przerywają akcję sceniczną. Poza tym jest jeszcze muzyka (nawet niezła) i trochę dyskoteki. Wkrada się nawet odrobina westernu. Gdyby wkradli się kosmici i "Władca pierścienia", także bym się nie zdziwił. Można by też puścić aktualne wydanie wiadomości telewizyjnych, epokowe zwycięstwo Polski nad Niemcami w niedawnym meczu w piłkę nożną i fragment bitwy pod Grunwaldem.

Niczemu by to nie zaszkodziło. Ale też niczemu by nie pomogło.

Jednego natomiast wybaczyć nie można. W sztuce - jak i w życiu - można błądzić, szukać i nie znaleźć. Można popełniać głupstwa robić z siebie błazna mylić się i nie mieć wyczucia. Jednego tylko nie można.

W sztuce nie można nudzić. A ten spektakl trwa trzy godziny. Jest co prawda przerwą ale źle wyważona. Zamiast dzielić mękę na dwie równe części i dawać litościwe wytchnienie w samą porę, przerwa zjawia się pod koniec i nie jest już nikomu do niczego potrzebna. Jestem pewien, że autorem tego pomysłu nie była osobą dla której umiar i złoty środek są wartościami artystycznymi.

Niech zgadnę. Sam reżyser?

Aha, jest jeszcze betoniarka. No, to może ona?

Robert Kordes
Życie Kalisza
3 listopada 2014

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia