Zagłada ma się dobrze

"W drodze do siebie" - reż. Ireneusz Janiszewski - Teatr Nowy w Zabrzu

Przeważająca większość mieszkańców Europy Zachodniej i krajów o podobnym poziomie cywilizacyjnym na pytanie o to, co jest celem i sensem życia, odpowiedziałaby: bycie szczęśliwym - mając na myśli osiągnięcie stanu samozadowolenia. Świadczy to o tym, że nie tylko nie wiemy, co dzieje się w pozostałych częściach świata, ale zwykle nawet nie mamy ochoty się nad tym zastanawiać. Dla mieszkańców wielu miejsc na Ziemi celem jest przeżycie. A życie godne, bez upodlenia i nieustannych poniżeń, to już zbytek łaski.

Tania (Katarzyna Łacisz-Kubacka) to zwyczajna rosyjska dziewczyna, która dla córki jest w stanie zrobić wiele. O wiele za dużo - przychodzi nam do głowy, gdy siedzimy rozparci w fotelach ogrzewanej teatralnej sali obserwując, jak młoda kobieta zgadza się za 150 dolarów uprawiać seks z przygodnie napotkanym mężczyzną, jadącym z nią w jednym przedziale. Wiemy tylko tyle, ile nauczyło nas życie, a Tania zdążyła się już nauczyć, że niewykorzystane okazje szybko się mszczą. Jadąca do Amsterdamu dziewczyna nie pójdzie w ślady wielu swych rodaczek, nie zostanie prostytutką, ani niczyją utrzymanką. Tylko, że życie, to nie hollywoodzka opowieść z happy endem - nikt jej za te skrupuły nie nagrodzi. Nie odnajdzie księcia, który pozna się na jej złotym sercu i zrekompensuje doznane krzywdy. Na kolanach będzie sprzątała u byłej ukraińskiej prostytutki (obecnie kochanki „dzianego kolesia") Stefani (Dagmara Ziaja) i u wykorzystującego ją seksualnie Araba Badbarjara (Elie Zeitouny), za nic mającego „Ruskich", którzy zamiast otwierać za granicą własny biznes, wolą czyścić cudze podłogi. Najlepsze, co może spotkać Tanię, to związek z rodakiem Jewgienijem (Dariusz Czajkowski) - tym samym, któremu gotowa była oddać się w przedziale pociągu myśląc, że jest amerykańskim profesorem. Tania osiąga więc maksimum tego, do czego mogła dojść pochodząc z rosyjskiej prowincji - uczy się cenić to, co ma. Więcej nie zostało dla niej przewidziane. Dla bezrefleksyjnych pożeraczy serwowanej co dnia massmedialnej papki, omamionych hasłami w stylu „możesz być kim chcesz", „wykreuj siebie" to po prostu „ściema", bo przecież mamy wpływ na swój los. Jednak takie przeświadczenie nie odmieni życia Tanii i setek tysięcy ludzi, będących w podobnej sytuacji, którzy już więcej zrobić nie mogą. To znaczy teoretycznie mogą, tyle, że nie odniesie to żadnego skutku. Dlaczego? Bo taki jest świat. I kropka.

„W drodze do siebie" to spektakl, w którym udało się uzyskać to, co w opowiadaniu historii najtrudniejsze - reżyser stworzył postaci z jednej strony ucieleśniające stereotyp, nie pozostawiające wątpliwości co to tego, z kim mamy do czynienia, a z drugiej będące ludźmi z krwi i kości, autentycznymi i wiarygodnymi w swych dążeniach, obsesjach i przekonaniach. Kiedy patrzymy na Krisa (Tomasz Lis) – wnuczka zamożnych, holenderskich mieszczan, którzy spędzają czas w ogrodzie swego domu, bredząc o antropozofii albo każąc Jewgienijowi łapać papugi, wiemy, że mamy do czynienia z typowym „lemingiem", którego jedynym zmartwieniem jest znalezienie kasy na kolejną porcję „zioła" i wybranie jakiegoś kraju na cel swej kolejnej podróży. Kolorowe ciuchy od najlepszych projektantów, na głowie obowiązkowa „dizajnerska" czapka noszona pomimo upałów – i można ruszać w drogę do Norwegii, bo z nudów pozostało jedynie zwiedzanie świata. Podobnie sprawa wygląda z reżyserem teatralnym Martinem (Sebastian Berg), rozemocjonowanym „gówniarzem" z artystowskim zadęciem (obowiązkowo noszącym czerwone buty), u którego chęć „tworzenia dzieła" dawno wzięła górę nad racjonalnym myśleniem, czyniąc z niego oderwanego od rzeczywistości humanoida. Zmysł obserwacji i trafność spostrzeżeń umiejętnie przetransponowanych na język sceny sprawiają, że wydarzenia śledzimy z prawdziwą nieprzyjemnością. Bo patrzenie na to, jacy są ludzie, nie może być przyjemne.

Podobna zasada konstrukcyjna znalazła zastosowanie w rozwiązaniach scenograficznych, w których kilka typowych elementów odsyła nas do konkretnej rzeczywistości. Wykafelkowana ścianka i stojąca przed nią lodówka umiejscawiają akcję na zapleczu lokalu Badbarjara, byśmy już po chwili mogli przenieść się do ogrodu Anity (Danuta Lewandowska) i Herberta (Marian Kierycz) stworzonego przy pomocy fototapety (przedstawiającej drzewa i trawnik) oraz kawałka wykładziny imitującej trawę. Patrząc na grupę młodych ludzi snujących się po scenie z kamerą, z której obraz transmitowany jest na wielkim ekranie wiemy, że przyszło nam wziąć udział w supernowoczesnym, multimedialnym, międzynarodowym projekcie work-in-progress z serii „grupa młodych pseudoartystów bawiących się w sztukę", zapewne dofinansowanym przez Unię Europejska w ramach wyrównywania szans, socjalizacji wykluczonych, czy innego działania, stwarzającego pozory zmiany świata na lepsze. Natomiast widząc kanapę w panterkę w domu Stefanii nie mamy złudzeń co do tożsamości mieszkającej tu kobiety. Jej kiczowata do granic możliwości sukienka wypełnia tę małą przestrzeń dawką tandety, którą można by obdzielić niejedno targowisko.

Historia rosyjskich emigrantów obnaża jeszcze jeden rozczarowujący i odzierający ze złudzeń mechanizm – bieda demoralizuje, odbiera godność i pozbawia skrupułów, jednak w jeszcze gorszy sposób działa nadmiar dóbr. W zabrzańskim przedstawieniu najbardziej zdemoralizowaną jednostką jest Helena (Aleksandra Gajewska) - córka Anity i Herberta, profesor filozofii, matka dwójki zepsutych i pozbawionych jakiegokolwiek kompasu moralnego dzieci, która mężczyzn zmienia jak rękawiczki, z dorastającymi pociechami najwyraźniej nie widuje się wcale (nie odczuwa takiej potrzeby), a dla przygodnego seksu jest w stanie przejechać pół Europy, bo nie ma aktualnie wykładów, więc cóż robić z czasem i pieniędzmi? W jej pokoju (pluszowe misie wystarczą by zasugerować, że w tym pokoju mieszkała jako dziecko) uprawia seks z Jewgienijem, którego jej rodzice wykorzystują do różnego rodzaju posług w zamian za możliwość mieszkania w ich domu. To on wypowiada jedną z najtrafniejszych kwestii mówiąc, że każda przeciętna rosyjska dziewczyna (traktowana przez ludzi pokroju Heleny jak przedstawicielka podgatunku) ma więcej przyzwoitości od tej wykształconej, „oświeconej" kobiety, bo przeciętna rosyjska dziewczyna kocha swoje dzieci. Nie zmienia to jednak faktu, że już po chwili Jewgienij pada do stóp Heleny by błagać ją, żeby go nie opuszczała, bo jest mu potrzebna. Ona natomiast - jak na bezdusznego cyborga zaprogramowanego na realizację cielesnych uciech przystało - poniża go po raz kolejny, bo przecież jest tylko „Ruskiem" i na zawsze nim pozostanie. Nie zmieni tego znajomość obcych języków, inteligencja, ani posiadane umiejętności. Zawsze będzie przedstawicielem nacji, która dla mieszkańców Europy Zachodniej jest czymś w rodzaju żywego mebla lub robota kuchennego. Przekonania mieszkańców III Rzeszy są dziś ukryte pod bluzami Gapa, spodniami z Diesela i butami z Replaya. Bo ludzie się nie zmieniają. „Humanitarny Holocaust" to nowy, liczący największą liczbę uczestników, ogólnoświatowy happening, który nigdy nie trafi do Księgi rekordów Guinnessa, ponieważ formalnie nie istnieje. Dzieci pracujących w chińskich fabrykach i „Ruskich", na kolanach spełniających rozmaite posługi nikt nie uwzględni w statystykach, opisujących życie „cywilizowanego Zachodu".

Ireneusz Janiszewski swoim zabrzańskim spektaklem rozbija bańkę ułudy, w której żyje większość z nas. Tekstem Marii Arbatowej reżyser mówi wprost - szczęście to towar reglamentowany, a pomnożenie go jest niemożliwe. Gdy rodzisz się w kraju, w którym twoje życie jest niewiele warte, masz dwa wyjścia - możesz skoncentrować wysiłki na pogodzeniu się z tym, jak wygląda świat i życiu dalej wiedząc, że zmiana własnej sytuacji jest niemożliwa, albo podjąć walkę o to, by znaleźć się w gronie zadowolonych ze swego życia wybrańców. Jednak by osiągnąć stan samozadowolenia, musisz coś odebrać innym. Szczęściem – wbrew temu, co słyszymy w kolorowych telewizyjnych spotach reklamowych – nie można się podzielić. Na siedem miliardów losów tylko parę tysięcy wygrywa. A jak wiadomo przedarty na pół los jest bezwartościowy i nie uprawnia do odbioru wygranej.

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Katowice
16 grudnia 2013

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia