Zaglądamy za ściany alkowy

"Machiavelli" - reż. Bartłomiej Wyszomirski - Impresaryjny Teatr Muzyczny w Toruniu

Premierowa sztuka w reżyserii Bartłomieja Wyszomirskiego nie rzuci widzów na kolana, ale ma co najmniej trzy mocne akcenty, dla których warto ją obejrzeć.

"Machiavelli" jest nieco zapomnianym musicalem, który powstał 40 lat temu na potrzeby Teatru Muzycznego w Gdyni. Za muzykę odpowiadał Jerzy Wasowski, a autorami libretta byli Antoni Marianowicz i Ryszard Groński. Myli się ten, kto podejrzewa, że od tego czasu sztuka musiała się mocno zestarzeć. Po czterech dekadach, dzięki drobnym uwspółcześnieniom, a przede wszystkim nowym aranżacjom zgrabnych piosenek, całość zyskała w Toruniu nowego ducha.

Spektakl opowiada o zemście, jaką przy pomocy swojego ucznia - Kallimacha, zaplanował na swoim wrogu - Calfuccim, mistrz intrygi - Machiavelli. Mimo licznych prób Calfucci nie może doczekać się upragnionego potomka. Z "pomocą" spieszy Machiavelli, który podstępem podsuwa mu do sypialni swojego ucznia.

To lekka i niepozbawiona subtelnej pikanterii sztuka o tym, że - jak w finale śpiewają bohaterowie spektaklu - tak naprawdę "wszyscy chcemy być oszukiwani".

Jak już wspominałem, "Machiavelli" ma trzy mocne akcenty. Pierwszy to Dariusz Bereski, który po trzech latach przerwy wraca w Toruniu na teatralną scenę. Tytułowa rola wydaje się być wręcz skrojona dla niego. Potrafi skupić na sobie uwagę, nawet gdy jedynie spogląda zza okularów z szelmowskim uśmiechem. W grze jest bezbłędny.

I potrafi też śpiewać. Do tego w swojej roli zachowuje odpowiedni dystans i nie ucieka w przerysowanie.

Z tym ostatnim mają za to ogromny problem przede wszystkim grająca żonę Calfuccia - Kornelia Raniszewska, ale również - choć tylko momentami - grająca jej matkę - Agnieszka Płoszajska. Wiem, że teatr muzyczny rządzi się innymi prawami niż dramatyczny, ale taki sposób grania na dłuższą metą bywa dla widzów irytujący.

Po raz kolejny nie zawodzi Witold Szulc, któremu powierzono rolę Calfuccia. To właśnie jego postać wprowadza do sztuki najwięcej humoru. Podobnie było w "Siostrach Parry", pierwszej premierze Teatru Muzycznego. Wydaje mi się, że to właśnie dzięki niemu gdzieś w połowie sztuki, gdy publiczność ma okazję śledzić rozmowę jego bohatera z Kallimachem i Machiavellim, puszcza jakiś niewidzialny hamulec, który sprawia, że gra aktorów na scenie nabiera żywszego tempa.

Poza Bereskim i Szulcem kilka słów uznania należy się też zespołowi pod wodzą Tomasza Lewandowskiego, który zaaranżował wszystkie kompozycje Jerzego Wasowskiego. Warto wsłuchać się w to, jak muzycy grają. Gdzieś na pograniczu rocka i jazzu.

Jeśli ktoś lubi lekkie musicalowe propozycje podszyte odrobiną humoru, to najnowsza premiera Teatru Muzycznego jest dla niego. Pozwoli na półtorej godziny oderwać się od telewizora.

Tomasz Bielicki
Nowości
10 stycznia 2015

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia