Zagubieni

„Pralnia marzeń" - reż. Oleg Mielniczuk - Sensemble Theatre, Augsburg, Niemcy

Czasami tak bardzo się nie wie. Nie wie się – skąd? Dokąd? Po co? Dlaczego? Pytania zalewają mózg. Potem się wyjeżdża. Migruje, emigruje. Właśnie dlatego, że się nie wie. Wolności szuka się jak tlenu. I o tym podobno jest ten spektakl. „Pralnia marzeń" jest po niemiecku i nie ma tłumaczenia. Oleg Mielniczuk serwuje obrazy, będące inscenizacją na podstawie poezji Rose Auslander. Oglądając, jesteśmy tak samo zagubieni jak postaci.

Międzynarodowy Festiwal Teatru Ukraińskiego „Wschód-Zachód" to takie miejsce, w którym niemal każdy z uczestników oraz widzów rozumie język rosyjski. Niemiecki niekoniecznie. Szkoda, że „Pralnia marzeń" jest właśnie po niemiecku i składa się z dużej ilości słów. Problemy techniczne się zdarzają, komputer odmawia posłuszeństwa. Reżyser przeprasza i mówi kilka zdań o spektaklu: migracje w poszukiwaniu tlenu jako metafory wolności. Wiemy, że tekst jest ważny. Tutaj widać to szczególnie.

Na scenie widzimy nieco surrealistyczną scenografię, którą tworzy duży podest, będący jednocześnie mieszkaniem na piętrze, jak i schronieniem pod dachem. Kobieta i mężczyzna nie mają już środków na uruchomienie dziwnej maszyny (pieca?), która prawdopodobnie dostarcza im tlen. Wdychają go na przemian przez dużą, żółtą, plastikową rurę, zakończoną prostą maską tlenową. Kiedy decydują się na podróż, za granicę zostaje przepuszczony jedynie mężczyzna.

Kobieta wraca do mieszkania na piętro. Egzystuje, korzysta z tlenu, który wraz z listami przysyła jej partner. Mężczyzna ciężko pracuje, jest poniżany przez Szefową, walczy z tęsknotą. Jego Szefowa to starsza aktorka, która wciela się w rolę pracowników wszystkich organów, które w jakikolwiek sposób mogą poniżyć nowego przybysza. Zdaje się być chochlikiem i demonem jednocześnie. Postacią w jakiś sposób metaforyczną, która nie daje bohaterom osiągnąć spokoju.

Po przerwie historia pokazana jest z perspektywy kobiety, która mieszka z matką. Jest zrozpaczona, ciężko jej odbyć rozmowę z ukochanym przez skype'a. W końcu, jakimś cudem, mężczyzna i kobieta spotykają się znów w swoim (najprawdopodobniej) starym mieszkaniu. Mężczyzna wykrzykuje długi monolog, który ma charakter swoistej bezradności. Potem udaje mu się uruchomić piec: wszystko zaczyna się od nowa.

W „Pralni marzeń" najładniejsza jest muzyka. Fenomenalnie „gra" razem z całą historią. Dzięki niej możemy intuicyjnie pojąć uczucia bohaterów. Szkoda, że nie można było dokładnie zrozumieć fabuły zawartej w tekście, która była tutaj istotna. W czasie przerwy widzowie zbierali się w grupki i próbowali dojść do tego, o czym jest spektakl, co było znamienne. Dramat bohaterów, którzy poszukiwali tlenu jak wolności zakończył się, kiedy znów byli razem, a w ich biednym, zniszczonym domu zamieszkała miłość. Brzmi to być może banalnie, ale przypomina, ile człowiek musi znieść tragedii i upokorzeń, ile przejść dróg, zanim osiągnie spokój.

„Pralnia marzeń/ Traumwäscherei (Lundry of illusion)", reż. Oleg Mielniczuk,
Sensemble Theatre, Augsburg, Niemcy
Spektakl pokazywany w ramach Międzynarodowego Festiwalu Teatru Ukraińskiego „Wschód-Zachód" w Krakowie

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
30 kwietnia 2018

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

9. Międzynarodowy Fest...