Zainfekowani kapitalizmem

rozmowa z Janem Klatą

"Ziemia obiecana" Jana Klaty według Władysława Reymonta to najgłośniejszy spektakl nowego sezonu teatralnego. Premiera odbędzie się 10 września na Festiwalu Dialogu Czterech Kultur w Łodzi, potem sztuka pokazywana będzie w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Trzecia premiera nastąpi w 2010 r. na berlińskiej scenie Hebbel am Ufer.

Iga Nyc: Decyzja o teatralnej realizacji "Ziemi obiecanej" Reymonta po filmie Andrzeja Wajdy nie była szaleństwem?

Jan Klata: Nie. Mam wrażenie, że ta powieść stała się znowu czymś żrącym i jątrzącym, ciekawie opowiadającym o przemianach w mentalności i o naszej rzeczywistości. Wydawało mi się perwersyjne zrobienie w Łodzi spektaklu na podstawie tekstu absolutnie tu kultowego, w którym słowo "Łódź" nie pada ani razu. Nasz spektakl też nie rozgrywa się w Łodzi. - Proza Reymonta nie jest dziś ramotą? - Może powieść opowiadająca o narodzinach fazy przemysłowej kapitalizmu w Polsce nie jest dosłownie aktualna w roku 2009, ale jest świetnym narzędziem do opowiedzenia o tym, jaką drogę kapitalizm przebył i wjaki sposób ta ewolucja czy permanentna rewolucja systemu odbija się na naszej mentalności. To ciekawsze niż nostalgiczna podróż do końca XIX wieku za pomocą tekstu, który został fantastycznie zekranizowany przez Andrzeja Wajdę. Dlatego nasz spektakl będzie się koncentrował na mentalności gracza, człowieka, który funkcjonuje w ramach gry rynkowej i ma ogromną nadzieję, że okaże się graczem wybitnym, choć tak naprawdę funkcjonuje w kasynie, które zawsze wygrywa. Jest pewien rodzaj podobieństwa między współczesnym kapitalizmem a ustawioną grą - niezależnie od tego, czy w kasynie, czy na giełdzie. A wpływ tego wszystkiego na ludzką psychikę jest bardzo ciekawie opisany w dziele Reymonta. 

Kapitalizm pana intryguje? 

- Tak, jako system, którym zostaliśmy zainfekowani z zewnątrz i której to infekcji poddaliśmy się po roku 1989 z nieco naiwną radością graniczącą z rozkoszą. Kapitalizm to rodzaj gry. Przygotowując się do tego spektaklu, czytałem wspomnienia graczy giełdowych, przeważnie amerykańskich. I tam znalazłem zdanie, które może być mottem naszego spektaklu: "Jeśli nie przestaniesz cały czas grać o najwyższą stawkę, rynek cię zabije". To może inny ważny cytat: "Ziemia obiecana to cel, do którego się zmierza. Osiągnąć go można dzięki pieniądzom, bo pieniądze wszystko otwierają". 

Gdy byłem w pierwszej klasie liceum, na początku kapitalizmu, pani polonistka powiedziała: "Już niedługo będziecie podawali swój adres i będzie wiadomo, ile zarabiacie, czym się interesujecie, jakiej muzyki słuchacie i jakie sporty uprawiacie. Będzie tak, jak jest na Zachodzie - to, w jakiej dzielnicy mieszkacie i jaką szkołę skończycie, przesądzi o waszej przyszłości". My wtedy odpowiedzieliśmy, że nic takiego się nie zdarzy. Ale upłynęło raptem kilkanaście lat i dokładnie z taką sytuacją mamy do czynienia. Teraz, gdy moje trzy córki chodzą już do szkoły, zastanawiam się nie tyle, wjaki sposób uniknąć gonienia za mamoną dla siebie, ile jak wychować dzieci, żeby one potrafiły nie oceniać ludzi przez pryzmat tego, co kto posiada. Paranoja tego systemu polega na tym, że nas infantylizuje. Podsyca najgorsze dziecięce cechy, takie jak niecierpliwość i potrzeba natychmiastowego spełniania swoich zachcianek. Z dorosłych ludzi robi rozwydrzonych szczeniaków w sklepie z zabawkami. To ma mniejszy związek z pieniędzmi, a większy z zepsuciem charakteru. 

Dlaczego "Ziemia obiecana" nie jest wystawiana w teatrze? To zbyt trudny tekst? 

- Najtrudniejsza jest legenda, zarówno fantastycznej powieści, jak i arcydzieła Wajdy. Filmem nie zajmujemy się w żaden sposób, bo to byłoby niebezpieczne. Nie próbujemy go poprawiać ani nie składamy hołdu. Bliżej nam do "Wall Street" Olivera Stone\'a niż do Wajdy. Z powieści bierzemy świat, o którym opowiadamy trochę inaczej. Nie ma u nas tłumów ciągnących ze wsi do miasta, bo dzisiaj tych tłumów przemieszczających się, aby pracować w fabrykach, już nie ma. Te tłumy są teraz w krajach Trzeciego Świata. U Reymonta trudność polega na tym, że trzeba się oddzielić od opisów uliczek, pięknych pałaców w obrzydliwych zaułkach chciwości i samo-zatracenia i znaleźć je w głowach bohaterów. Fascynujące jest to, że u Reymonta zdobywanie pieniędzy jest połączone ze zdobywaniem kobiet. To wręcz seksistowska powieść.

Berlińska premiera "Ziemi obiecanej" ma szansę na taki sukces jak pański "Transfer"? 

- Tamten spektakl opowiadał o wysiedleniach, co wciąż jest dla Niemców palącą kwestią. Niemcy powiedzieli, że zdecydowali się na koprodukcję, ponieważ fascynuje ich nasz sposób widzenia kapitalizmu. Mają wrażenie, że są wobec niego z jednej strony znacznie bardziej krytyczni - w sposób często stereotypowy - a z drugiej, już do niego przez ten szmat czasu przywykli i nie mają świeżego spojrzenia. Interesuje ich, jak to jest być zalanym przez kapitalizm w ciągu zaledwie dwóch dekad. My przez te 20 lat mamy w pigułce coś, co u nich budowało się począwszy od etyki protestantyzmu. Powiedział pan, że chodząc po równych chodnikach w Berlinie, czuje pan wstyd za dziury w naszych drogach oraz że uwiera pana świadomość, że ostatnim politykiem, który kładł tory na Dolnym Śląsku, był Hitler. Kompleks powinniśmy mieć w stosunku do własnych możliwości, do tego, co powinniśmy byli zrobić, a nie zrobiliśmy. To jest kompleks ciężkiej roboty. Trzeba zadać sobie pytanie, dlaczego coś jest dla nas niewykonalne, podczas gdy tak naprawdę powinno stanowić standard. I wtym sensie to się odnosi do Niemców. Niektórzy moi znajomi twierdzą, że to jest część zachodniego projektu cywilizacyjnego i my nie musimy iść tą drogą, bo mamy swoją tożsamość, a nasz urok leży w tych dziurach. Aleja się z tym nie zgadzam. Myślę, że równy chodnik by nam nie zaszkodził i mamy lepsze sposoby na zaznaczenie swojej odmienności cywilizacyjnej i kulturowej niż żenująca infrastruktura. Dwa lata temu zrobił pan spektakl o powstaniu warszawskim. Historia jest dla nas jeszcze ważna? Kiedy rozmawiam z moimi rówieśnikami z Europy Zachodniej, to mówią, że mamy obsesję historii. Myślę, że nasza świadomość historyczna się poprawiła w ciągu ostatnich lat. Wystarczy spojrzeć na stołeczne Muzeum Powstania Warszawskiego, które świetnie funkcjonuje i jest stałym punktem wycieczek do stolicy. Tam walą tłumy. To znaczy, że stajemy się prawdziwymi patriotami? Nie odważyłbym się tego powiedzieć. Ale należy sobie zadać pytanie o nowoczesny patriotyzm: czy polega na tym, że nie lubię innych, bo nas zaatakowali, czy może chodzi o to, że kupuję polskie, żeby wspierać miejsca pracy, lub na minutę zatrzymam samochód w Godzinie W? Nie wszyscy kierowcy w Warszawie chcieli 1 sierpnia "stracić" 60 sekund. Być może patriotyzm polega na tym, żeby solidnie wykonywać swoją pracę i, kładąc autostradę, nie oszczędzać na składnikach, bo przecież można sobie przy okazji wylać alejkę w domu. 

Bywa pan w teatrze jako widz? 

- Nie znajduję wystarczająco dużo czasu, aby chodzić do teatru, ale w moich ustach brzmi to nieco bardziej wiarygodnie niż w wypadku kolegów, którzy robią jeden projekt rocznie. Jeżdżę przede wszystkim na spektakle aktorów, z którymi pracuję lub mam zamiar pracować. Najwięcej oglądam podczas festiwali, w Polsce głównie podczas wrocławskiego Dialogu Krystyny Meissner. 

I mam w zwyczaju oglądać każdy swój spektakl, który jest grany. Dlatego tych wieczorów na wyskoczenie do teatru "na cudze" jest mało. Ale biję się w klatę, że nie oglądam tyle, ile powinienem. Niestety, trzymam smutną średnią branżową. 

Jakiś cudzy spektakl zrobił ostatnio na panu wrażenie? 

- "Kaspar" Barbary Wysockiej we Wrocławskim Teatrze Współczesnym był super. To bardzo zdolna reżyserka. Ale widziałem ten spektakl "po znajomości". Basia gra u mnie w "Trylogii" w Starym. Postaram się zobaczyć ,,(A)pollonię" Krzysztofa Warlikowskiego, "Opętanych" Krzysztofa Garbaczewskiego w Wałbrzychu oraz zaległe "Dziady" duetu Strzępka- Demirski.

Iga Nyc
Wprost
11 września 2009
Portrety
Jan Klata

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia