Zakręcony musicalem

rozmowa z Wojciechem Kościelniakiem

Znam swoje zalety, ale też wady. Jedni uwielbiają to, co robię, innym mniej się podoba. Przez kilka lat byłem dyrektorem Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu, a więc znam smak sukcesu i porażki. Noszono mnie na rękach i dostawałem tęgie lanie. Jedno i drugie mnie wzbogaciło, ale sądzę, że porażki uczą więcej, szybciej się po nich dojrzewa - mówi reżyser Wojciech Kościelniak

Wyjaśnijmy na początek: czy potwierdza Pan tezę, że nie czuje się mordercą musicalu?

Jak najbardziej. I mam nadzieje, że nigdy nim nie byłem. Bardzo szanuję musical, uważam, że jest potrzebny, podobnie jak opera, operetka czy inne muzyczne formy. Staram się powołać sceniczny gatunek, który wypełnia istniejącą lukę. To luka pomiędzy teatrem dramatycznym i muzycznym. Ten pierwszy często nie docenia drugiego, ten drugi nierzadko godzi się na zbyt daleko idące uproszczenia W swoich spektaklach próbuję łączyć różne elementy teatru muzycznego i dramatycznego.

Czuje się Pan twórcą nowego gatunku teatralnego?

To zdecydowanie zbyt odważne stwierdzenie. Pojawiły się głosy...

Kościelniak to Warlikowski i Lupa scen muzycznych...

To bardzo miłe i pochlebne, ale próba znalezienia własnej drogi niekoniecznie musi iść w parze z próbą tworzenia nowego gatunku. Nie aspiruję tak wysoko: lubię, wręcz kocham to, co robię i nadal chcę iść własną drogą. Moje korzenie, z których wyrosłem, to teatr muzyczny i dramatyczny - staram się uczciwie robić to, co choć trochę potrafię i czego choć trochę się nauczyłem.

Nie tak trochę, Szanowny Panie, bo 15 lat bycia amantem wrocławskich scen, współpraca z Grzegorzewskim, Wajdą, Lupą czy Jarockim to było duże wyróżnienie...

No właśnie, bycie amantem mi nie odpowiadało. A mówiąc serio: od mistrzów brałem, ile się da i podglądając ich, zawsze chciałem być reżyserem. Zadebiutowałem "Hair" w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Do naszej debiutanckiej trójki należał też Leszek Możdżer i Jarek Staniek. Praca była mordercza, ale my byliśmy jej zgłodniali.

Poszedł Pan własną, osobną drogą, realizując musicale według "Opery za trzy grosze", "Snu nocy letniej", swym "Kombinatem" - spektaklem sprzed lat złożonym z piosenek "Republiki" - zawojował Pan Przegląd Piosenki Aktorskiej, za musical według "Lalki" Prusa otrzymał Pan nominację do Paszportu Polityki. Przecież od takich sukcesów może się w głowie poprzewracać - przewróciło się Panu?

Mam nadzieję, że nie. Znam swoje zalety, ale też wady. Jedni uwielbiają to, co robię, innym mniej się podoba. Przez kilka lat byłem dyrektorem Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu, a więc znam smak sukcesu i porażki. Noszono mnie na rękach i dostawałem tęgie lanie. Jedno i drugie mnie wzbogaciło, ale sądzę, że porażki uczą więcej, szybciej się po nich dojrzewa. I łatwiej zobaczyć u siebie pychę czy butę. Wierzę, że mam jej zdecydowanie mniej.

Reżyser, który nawet z książki telefonicznej zrobi musical - tak mówią o Panu życzliwi, nie zawistni...

Jeśli człowiek kocha to, co robi, robi to nie najgorzej. W aktorstwie nie czułem się spełniony, choć grałem bardzo interesujące role. Kiedy oglądałem kolegów na scenie, zawsze podobali mi się bardziej od tego, co ja na tejże scenie robiłem. Od kiedy pojawiła się szansa reżyserowania, poczułem, że to jest mój świat, że tak chcę czytać jego barwy poprzez własny reżyserski charakter pisma. Teatr muzyczny to moje zabawki, moje klocki.

Zaprezentował Pan je nam również w Krakowie, wystawiając w PWST brawurowy, muzyczny spektakl dyplomowy "Ślubów panieńskich". Teraz jesteśmy przed premierą "Ziemi obiecanej" według Reymonta realizowanej w formie musicalu w Teatrze im. J. Słowackiego...

To duże przedsięwzięcie z 10-osobową orkiestrą grającą na żywo, ogromną obsadą aktorską, tańcem, piosenkami - słowem musical. Z tym zespołem pracowało mi się znakomicie, zresztą w szkole także. Pewnie też dlatego, że dla mnie Kraków zawsze był miastem magicznym, teatralną mekką do której jeździłem, żeby oglądać spektakle mistrzów.

Dlaczego tę powieść przerobił Pan na musical?

Jestem wielkim zwolennikiem -jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi - budowania naszej tożsamości narodowej. Kiedy jadę do Grecji - słyszę grecką muzykę, w Paryżu słyszę francuskie nuty, a w Polsce słychać amerykańską muzykę. Martwi mnie to, choć sam uwielbiam amerykański musical. Przecież mamy znakomitą tradycję, literaturę, kulturę i z nich chcę czerpać, a nie wpatrywać się w obce wzorce. Nasze znakomite powieści, jak "Lalka" czy "Ziemia obiecana" są świetnym materiałem dla spektaklu muzycznego, materiałem niewykorzystanym. Moim zdaniem na podstawie "Lalki" może powstać znakomity film animowany, obraz czy poemat. To samo jest z wieloma polskimi tekstami. Przetwarzanie pierwowzoru niekoniecznie musi być ilustracją.

O jakim świecie opowie Pan prozą Reymonta?

Dziś rządzą nami bardzo podobne mechanizmy co w czasach Reymonta. W goniącej do przodu rzeczywistości, krwawej, brutalnej, gdzie trzeba biec, by zdążyć, właściwie żaden światopogląd, żaden sposób myślenia nie chroni do końca. W "Ziemi obiecanej" bardzo nieliczne osoby są szczęśliwe, większość przegrywa, bo zgodzili się funkcjonować w Łodzi. Mam wrażenie, że ta Reymontowska Łódź jest synonimem współczesnego świata. Okropnego świata, w którym nie chcemy żyć. Ale pokazanie mechanizmów jego działania i pułapek, które na nas zastawia, godne jest zainteresowania. Łódź była czasem Maksów, Borowieckich i Moryców, którzy też są wśród nas. O takim fragmencie naszej rzeczywistości opowiada ten spektakl. O tym, jak wielką pułapką jest współczesny wyścig szczurów, w który wpadamy i jaką cenę za to płacimy.

Co Pan najbardziej kocha w teatrze?


Magię, która nas porywa, unosi kilka centymetrów nad ziemię i pozwala wierzyć w to, co się dzieje na scenie.

A czego Pan zdecydowanie nie lubi?

dcinania kuponów od ewentualnych sukcesów.

A Pańska artystyczna i życiowa dewiza?


Vivere non est necesse, navigare necesse est. A żeby nie brzmiało górnolotnie powiem po prostu: żeglować jest w życiu koniecznością, samo życie nią nie jest.

Jolanta Ciosek
Dziennik Polski
3 października 2011

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia